Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Stępień


Nazywam się Halina Stępień, urodziłam się 19 kwietnia 1934 roku w Warszawie. Powstanie zastało mnie wraz z rodzicami Julianną Wandą Bogdańską - matką i ojczymem Henrykiem Bogdańskim na Rynku Starego Miasta 10.

     26 sierpnia 1944 roku podczas kolejnego nalotu bombowego został zburzony nasz dom. Spod zwałów gruzów wydobyto wielu rannych i zabitych. Między zmarłymi był mój ojczym, którego wraz z innymi pochowano w jednym z lejów bombowych na Rynku. Matkę moją, która została ciężko ranna w głowę, prowadziłam piwnicami do szpitala powstańczego przy Długiej (dziś gmach AGAD), gdzie została opatrzona, i ja także, ponieważ byłam ranna w nogę.
     Po kilku dniach Niemcy rozpoczęli ewakuację mieszkańców Starego Miasta. Prowadzono nas Celną do Brzozowej, dalej do wybrzeża i w kierunku Woli, ulicą Wolską, aż do Pruszkowa.
     W Pruszkowie czekałyśmy na dalszą drogę. Byłyśmy bez żadnych środków do życia. Matka miała w skórzanej teczce woreczek z mąką, kostki cukru, suchary, łyżkę i nóż. Zbliżała się jesień, a my nie miałyśmy ciepłego okrycia.
     Po kilku dniach podstawiono pociąg składający się z towarowych wagonów i załadowano nas do nich. Zamknięto drzwi. Ruszyłyśmy w nieznane. Na kolejnych postojach wypuszczano nas z wagonów. Wszyscy załatwiali się w pobliżu. Niemcy śmiali się i fotografowali nas. Podczas dalszej podróży ktoś otworzył drzwi. Kiedy mijaliśmy osady, zasypywał nas grad owoców. Pamiętam, że byłam bardzo głodna, a zupełnie nie było co jeść.
     Kresem naszej podróży było Dachau. Ludzie byli przerażeni, nie wiedzieli, co z nimi będzie. Ja zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Nie wiedziałam, co to obóz.
     Zaprowadzono nas do przeglądu włosów i odzieży, ale nie zmieniono nam ubrań. Umieszczono nas w baraku, który stał przy głównej drodze obozu, był to ostatni barak po prawej stronie tuż przy ogrodzeniu. W baraku stały piętrowe prycze, na nich sienniki napchane słomą i koce. Wspólnie z matką zajmowałyśmy miejsce na dole. Na pamiątkę zostawiłam na ścianie napis upamiętniający nasz pobyt w tym miejscu. W obozie nie byłyśmy długo - kilka dni, do dziś matka ten okres nazywa kwarantanną. Chorowałam ciężko - miałam biegunkę, nikt mnie nie leczył. Niemcy dawali nam miętę. Pamiętam długie, niekończące się kolejki po zupę, miętę, chleb, gotowaną brukiew.
     Kobiety przebywające w obozie pracowały poza obozem u niemieckich gospodarzy w polu przy wykopkach. Przynosiły brukiew, marchew. Matki nie wzięto do pracy. Niemcy mówili, że jest stara, przy tym była ranna w głowę. Miała 50 lat, ale była siwiuteńka, mizerna, drobna.
     Czekaliśmy wszyscy na przeniesienie nas na teren obozu, gdzie mordowano ludzi. Tymczasem pewnego dnia rozpoczął się werbunek do obozu pracy w Tyrolu. Zapisano kilka małych rodzin. Matka zgłosiła nas chętnie, choć nie wiedziała, co nas tam czeka. Kto zorganizował ten werbunek, na czyje polecenie, czy też zapotrzebowanie - nie wiemy do dziś.
     Wszyscy zwerbowani pojechali do Insbrucka. Na miejscu byliśmy już w październiku. W dowodzie pracy nr 61 (Deutsche Reichsbahn, Dienstausweis nr 61) widnieje data 13 października 1944.
     Zakwaterowano nas na terenie dworca w obszernym murowanym baraku z piętrowymi pryczami jak w Dachau. Budynek nasz usytuowany był pomiędzy dwoma piętrowymi domami zamieszkałymi przez kolejarskie rodziny austriackie, w pobliżu kantyny. Ze wszystkich stron otaczały nas tory kolejowe i stojące wagony towarowe, osobowe i cysterny. Nie było nas więcej jak 30 osób - kobiety, mężczyźni, młodzież, dzieci.
     Dorośli otrzymali pracę na terenie dworca. Kobiety czyściły lokomotywy, odgarniały śnieg z torów, lub obierały ziemniaki dla kantyny. Dzieci były wolne. Obiady jadaliśmy w kantynie - na kartki. Produkty na śniadanie i kolacje nabywało się w mieście, także na kartki. Wszyscy mieliśmy możliwość swobodnego poruszania się po mieście. Jako dziesięcioletnie dziecko, z literą "P" przyszytą do klapy przydługiej marynarki, ze swobody tej korzystałam skwapliwie. Ponieważ po raz pierwszy w życiu ujrzałam góry i nowe, piękne miasto, nie musiałam bać się łapanek, ani spadających bomb, więc odbywałam spacery w nieznane.
     Prawie każdego dnia, po przebyciu szeregu torów oddzielających nas od miasta, szłam, lub szliśmy przed siebie. Urzekały mnie zabytki, ulice, place. Najpiękniejszą wydawała mi się ulica Marii Teresy. Myślałam wówczas, że to najpiękniejsza ulica świata. Śliczne kamieniczki, wysmukła kolumna Anny - cesarzowej Austrii,  i niepowtarzalny widok, jaki roztaczał się stąd na wysokie pasmo górskie, tak w kierunku północnym, jak i południowym, oraz piękny, szeroki Inn.
     Innego dnia wybierałam się w góry, jechałam tramwajem do dolnej stacji kolejki zębatej. Wsiadałam w wagonik i ruszałam w góry. Na dole pozostawał dworzec, na którym pracowała moja matka. Stacja Hungerburg - wysiadałam, odbywałam spacer i jechałam wyżej na Hafelekar. Tu już był śnieg i zima. Siedziałam na ławce i z zapartym tchem rozglądałam się we wszystkie strony. Widoki zapierały mi dech w piersiach, pozostały one do dziś w mojej pamięci. Po kilku godzinach wracałam do obozowej rzeczywistości.
     Potem chorowałam kilka tygodni, były to następstwa nalotu 26 sierpnia, odezwała się rana w nodze, zasypane gruzami oczy i nos.
     W pobliżu naszego budynku-baraku stał murowany domek, w którym mieszkał lekarz rosyjski ["] z żona i dzieckiem. Zainteresował się mną i leczył systematycznie. Operował też czoło mojej matki wyjmując z niego kawałki drzewa - pamiątka po Powstaniu.
     Dzień pracy mojej matki rozpoczynał się o 7:00, a kończył o 16:00, ja robiłam zakupy na kartki w sklepach spożywczych i mlecznych. Pamiętam, że na swoje kartki mogłam kupić trochę mleka, marmolady, margaryny, sera topionego, budyń itp. Nauczyłam się gotować zupę kartoflaną, smażyłam na tranie placki kartoflane. W baraku stał piecyk z rurą, dosyć duży, który służył do ogrzewania i przyrządzania posiłków. Bardzo dokuczały nam wszy - zwłaszcza odzieżowe.
     Nie znałam nigdy nazwisk i imion osób, które dozorowały pracę grupy Polaków mieszkających w Innsbrucku. Szczupły Tyrolczyk w średnim wieku chodził w zielonym kapeluszu z piórkiem - nazywano go potocznie "Piórko". Właściciel, czy kierownik kantyny był bardzo gruby, sprzedawał piwo, dozorował wydawanie posiłków, hodował olbrzymie, szare świnie. Nie pozwalał mi wchodzić do kantyny, kiedy miałam chory nos. Nazywano go "Forsztand".
     Z obozowych współtowarzyszy przypominam sobie następujące nazwiska:

  •  rodzina Kubickich składała się z ojca, matki i syna (Żydzi i tak mówiła matka)
  •  rodzina Śmietanków składała się z ojca, matki i córki Haliny
  •  rodzina Zawadzkich składała się z matki i córki Lodzi
  •  rodzina Nowickich składała się z ojca, matki i syna Tadeusza
  •  inni, tacy jak Bielska, Bielski, Brzóska, reszty zupełnie nie pamiętam.

     W Innsbrucku było jeszcze więcej osób, wnioskuję tak stąd, że ludzie z naszego baraku wychodzili po południu na spotkanie do miasta, a pan Kubicki prosił moją mamę o resztki chleba dla przebywających tu Żydów.
     Nasi współtowarzysze obozowi wychodzili bardzo często na penetrację stojących na bocznicach wagonów. Otwierali wagony i zabierali, co było. Raz nawet otworzyli cysternę z winem. Poszukiwano nawet wówczas winnych.
     My to znaczy dzieci szukaliśmy po wagonach smacznych tyrolskich jabłek, żółto-czerwonych o wydłużonym kształcie.
     Z początkiem zimy nastały niespokojne dni. Amerykańskie samoloty rozpoczęły bombardowanie miasta. Często nękały nas alarmy. Dobrze, gdy sam alarm poprzedzony był tak zwanym for-alarmem, wtedy był czas na ucieczkę do bezpiecznych schronów, które znajdowały się w górach - w sztolniach. Tu nie słychać było nawet odgłosu wybuchów padających bomb. Gorzej było nocą, wtedy można było jedynie zejść do piwnicy sąsiedniego budynku. Było to jednak pomieszczenie niebezpieczne, bo w samym środku dworca, który wielokrotnie był obiektem nalotów samolotów amerykańskich. Często jednak nocne alarmy spowodowane były przelotem eskadr samolotów zdążających na bombardowanie Muenchenn (Monachium). Przelatywały wówczas nad Innsbruckiem bardzo wysoko.
     Podczas dnia stał na torze specjalny skład pociągu, który na odgłos zagrożenia miasta zabierał wszystkich do tunelu Brener. Tu było zupełnie bezpiecznie, ale nieprzyjemne, bo ciemno.
     Pamiętam, że w Innsbrucku kilkakrotnie uniknęliśmy śmierci. Kiedy pewnego dnia ogłoszono alarm, nie było możliwości ucieczki do sztolni. Kto zdążył, wbiegał do rozsianych na terenie dworca bunkrów przeznaczonych dla ważniejszych osobistości strzegących terenu dworca. Słychać tu było każdy wybuch bomby i artylerii przeciwlotniczej. Gdy po skończonym alarmie wszyscy opuściliśmy schron "Forsztanda", stwierdziliśmy z przerażeniem, że tuż-tuż przy wejściu leży ogromny niewypał bomby.
     Po raz drugi także uniknęłyśmy śmierci. Matka myła mi głowę w łaźni. Wtedy właśnie ogłoszono alarm. Chwila zastanowienia - uciekać, czy nie? [Ja] z namydloną głową obwiązaną ręcznikiem [i matka] schroniłyśmy się w bunkrze funkcjonariusza niemieckiego - ten nosił na rękawie opaskę ze swastyką. Po odwołaniu alarmu budynek, w którym była łaźnia, już nie istniał.
     Wraz z nastaniem wiosny alarmy były tak często, że dzieci przebywały całymi dniami w okolicach sztolni lub w górach. Tam poznałam chłopca w moim wieku. Nosił okulary i był Czechem.
     Niebo nad Innsbruckiem rozświetlały rakiety. Było widno, jak w dzień, a my po torach biegłyśmy do sztolni. Okropny strach utrudniał swobodę ruchów brakowało siły, zdawało się wówczas, że to ostatni bieg. Bywało nawet i tak, że w sztolni przebywałyśmy cały dzień i noc, na co nam nie pozwalano.
     Wiosną wkroczyli Amerykanie. Zabrali ochotników do pracy. Zakwaterowano nas w willi generała Degena lub de Gena. Nie pamiętam, przy jakiej ulicy stała ta willa, ale była to raczej dzielnica willowa. W pobliżu stał kościół, były pola golfowe, a wzdłuż ulicy płynęła rzeka Sil. Moja matka prała i prasowała amerykańskie mundury - spodnie i bluzy. Bluzę zaprasowywała w siedem kantów - trzy na plecach, dwa na przodzie i dwa na rękawach.
     Warunki socjalno-bytowe były bardzo dobre. Codzienne wyżywienie ze stołówki amerykańskiej. Stosunek do ludzi pracy życzliwy i wyrozumiały. Nasz opiekun - Amerykanin polskiego pochodzenia - powstrzymywał moją mamę od zbytniej gorliwości. Już o 6:00 rano schodziła do pralni, grzała wodę w kotle, szykowała wszystko do prania. Później przychodziły inne kobiety. Uprane mundury suszyły na świeżym powietrzu. Prasowano je w specjalnym pomieszczeniu na pierwszym piętrze "naszego" domu.
     Matka wspomina, że nie otrzymywała żadnego wynagrodzenia za swoją pracę, gdyż wspomniany wyżej opiekun pensje Polaków przepijał i przegrywał w karty. Przychodził do nas, prosił moją matkę, aby pisała mu listy do żony. Widziałam nawet, że płakał. Chciał szybko wrócić do domu.
     Mój kolega Tadek zorganizował mi rower - damkę, szybko nauczyłam się jeździć. Chodziłam do pobliskiego kościoła, brałam udział w powszechnej spowiedzi i przyjmowałam komunię.
     Generałowie i żołnierze amerykańscy bardzo mnie lubili. Byłam zawsze czyściutko ubrana, nosiłam długie warkocze ze wstążkami.
     Było to pewnie w czerwcu, gdy Amerykanie zaczęli szykować się do wyjazdu. Mówili wówczas, że jadą walczyć z Japończykami. Czy ktoś z naszych z nimi pojechał - nie pamiętam, nie interesowałam się tym.
     W czerwcu zostaliśmy wywiezieni samochodami ciężarowymi w góry. Nazywano to miejsce Szlad - lub tak się rzeczywiście nazywało. Mieszkaliśmy tu w małych domkach kempingowych jedno- lub dwurodzinnych. Po kilkunastu dniach przeniesiono nas do obozu w Hajmingu [Heiming]. Tu przebywaliśmy aż do października pod opieką Amerykanów, później Francuzów.
     Na terenie obozu były baraki, w których mieszkaliśmy. Piętrowe łóżka, kuchnia, stołówka, umywalnie, ubikacje, szkoła, kaplica, boisko do piłki nożnej i ring bokserski.
     Ksiądz Przybysz prowadził naukę religii, odprawiał msze, spowiadał, udzielał komunii, dawał śluby, chrzcił dzieci. Matka moja ręcznie szyła ślubne suknie. Odbywały się wesela i zabawy taneczne.
     Dzieci uczyły się czytać, pisać, liczyć, były przygotowywane do Pierwszej Komunii. Ja także - chociaż już nie do pierwszej.
     Nauczycielka z poznańskiego uczyła nas wszystkiego, ja przerabiałam tu program czwartej klasy. Podczas uroczystości związanej z rocznicą wybuchu pierwszej wojny światowej miałam recytować wiersz. Mama ubrała mnie w czerwoną sukienkę, biały sweterek, białe buty i skarpetki, a we włosy wpięła dużą czerwoną kokardę. W sali szkolnej było wielu zaproszonych gości. Rozpoczęłam wiersz, głos mi się załamał, wybuchnęłam płaczem i uciekłam do mamy. Od tego czasu nigdy więcej nie chciałam występować. A oto wspomniany wiersz:

Polska być musi i Polska będzie
I biały orzeł królem zasiędzie.
Stanie do pracy lud duchem zdrowy,
Kraj odbuduje piękny i nowy.
I znów się polskie zabielą chaty,
Pola odzieją zbóż złote szaty.
I poprowadzi Mateńka Boża
Polskich flisaków do Polski morza.
Polskie sztandary powieją z wieży.
Na wartach polskich ujrzym żołnierzy.
W Polsce po polsku życie popłynie,
Polska być musi! Polska nie zginie!

     Dzieci brały udział w wycieczkach w góry z nauczycielką i księdzem. Pamiętam, że wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na powrót do Polski. Wracaliśmy zatłoczonymi do granic wytrzymałości pociągami - już osobowymi - przez Wiedeń, dalej przez Czechosłowację, do stacji kolejowej w Międzylesiu. Tu, 29 września 1945 roku, matka moja otrzymała przepustkę i kilka złotych na dalszą drogę. W pierwszych dniach października po trzynastomiesięcznej tułaczce wróciłyśmy do gruzów kochanej Warszawy, by rozpocząć życie od nowa.

*

     W Innsbrucku występowałam prawdopodobnie pod nazwiskiem drugiego męża mojej matki, jako Bogdańska Halina, ewentualnie pod własnym nazwiskiem - Teodorydy. Nazwisko to nosiła moja matka do chwili wyjścia za mąż po raz drugi w czerwcu 1944 roku. Nie mogę teraz ustalić tego faktu. Moja matka ma  83 lata i wielu faktów nie potrafi już odtworzyć. (...)

Halina Stępień
z domu Teodorydy

 Wstecz...


Dienstausweis nr61 E296 Stępień
Dienstausweis nr61 E296 Stępień
Dzieci  polskie, obóz w Heiming, 8 VIII 1945 (Halina Stępień, zbiory MHW, sygn.  E/296)
Dzieci polskie, obóz w Heiming, 8 VIII 1945 (Halina [...]
Dzieci polskie w obozie Heiming 12.8.45 E296 Stępień
Dzieci polskie w obozie Heiming 12.8.45 E296 Stęp [...]
Kuchnia w obozie w Heiming,  1 VIII 1945 (Halina Stępień, zbiory MHW, sygn.  E/296)
Kuchnia w obozie w Heiming, 1 VIII 1945 (Halina Stępień, [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten