Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiktorii Adamus


     Potem transport. Niemcy zapakowali nas w świńskie wagony. Oświęcim. Pamiętam - kazano rzucać wszystkie torby jeszcze przed bramą, zdejmować ubranie, rozbierać się ze wszystkiego, ale widocznie nie była to jeszcze nasza pora. Przyszedł rozkaz: "Weg, weg, za dużo ludzi"... Więc znów w wagony i w dal. Droga była długa, nie było jedzenia, wody... Mój dziewięcioletni brat Zenek i Mundek wyskakiwali z pociągu i nabierali wody na pierwszym lepszym postoju, albo, gdy pociąg nie zatrzymywał się, a toczył się wolno, nabierali wodę i doganiali ostatni wagon, a potem jakoś doszli do nas z upragnioną wodą. Kiedy pociąg jechał dość szybko i nie zatrzymywał się nie było wody, tylko tyle, co w misce, w której myto jakieś naczynia. W nocy poród, i tylko ta woda. Rankiem byłam tak spragniona, że ukradkiem łyknęłam tej rynsztokowej wody z miski, [mimo, że] panowały choroby. W naszym wagonie był jednak lek. Wszyscy rzucali swoje torby, walizki, tobołki, lecz Zenek nie rzucił swojej teczki, w której przechowywał domowy ajerkoniak i spirytus, którego strzec jak oka w głowie kazała mu matka. Z ekwipunkiem tym zdradził się dopiero w tej tragicznej sytuacji. Butelki obleciały po łyku nasz "pokój" - świński wagon. Nawet i mnie rozkazano pić. Być może, gdy mój brat usłyszał, że po wypiciu tej brudnej wody grozi mi tyfus - pomyślał, że musi zdradzić swój lek, zresztą odkażający.
     Po wielu męczarniach dojechaliśmy do nieznanych stron - obozu w Bergen-Belsen. Pamiętam jedynie to, że pani Czugalińska, nasza opiekunka, rozkazała, abyśmy szybko, ile kto może, zgarnął słomy dla siebie do spania, gdyż wprowadzono nas do dużego jak gdyby namiotu, podobnego do cyrkowego. Na betonie, każdy zmęczony, gdzie mógł, przycupnął na słomie.        
     W dzień starsi chodzili do pracy (...) Miała nastąpić segregacja - oddzielenie dzieci od starszych. Tego wszyscy, nasza "rodzina" baliśmy się bardzo. Pani Czygalińska zasymulowała chorobę, zresztą zgrabnie jej to szło, gdyż świetnie porozumiewała się w języku niemieckim. Nie poszła do pracy dzień, dwa, nas niemal ukrywała w tej słomie. Nocą weszło kilku pijanych Niemców i poczęli dla "humoru" strzelać z pistoletów, na szczęście ofiar nie było... Rankiem czujna pani Czugalińska dowiedziała się, że przyszło zapotrzebowanie do pracy do fabryki cukru gdzieś koło Hildesheimu - szybko podjęła decyzję "jadę" i w ten sposób zabrała naszą czwórkę i po trzytygodniowym strachu znów, tym razem samochodem,  przewieziono nas do miejscowości Dniklar - fabryki cukru.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten