Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiktorii Adamus (Drabińskiej)


Wiktoria Adamus z domu Drabińska

     Urodziłam się w grudniu 1937 roku w Warszawie, przy ulicy Królewskiej 11 - nadano mi imiona Wiktoria Bogumiła, ale nazywano mnie po prostu Bobą albo Bobusią. (...) Miałam wtedy [w czasie Powstania Warszawskiego] siedem lat.
     (...) Pewnego dnia usłyszałam łomot do bramy - Niemcy dobijali się - otworzył bramę dozorca. Niemcy zapewniali wszystkich, że schron nie jest podlany benzyną i chcieli nas wpakować z powrotem, ale nikt nie chciał tam wejść, więc wygnali nas na Krakowskie Przedmieście bliżej kościoła Wizytek. Tam stał już tłum - nie wiem, ilu ludzi, pamiętam, że zajmował chyba całe Krakowskie Przedmieście od Wizytek do kościoła Świętego Krzyża. (...) Pamiętam jeszcze czołgi od strony Wizytek i z odwrotnej. Ten od Wizytek został podpalony przez powstańców. Powstało wielkie zamieszanie. Niemcy byli zdezorientowani. Matka ujęła mnie i [dziewięcioletniego brata] Zenka za rękę i poczęła uciekać. Skręciliśmy w Królewską. Niemcy spod numeru pierwszego zaczęli strzelać do nas z trzeciego piętra, ale udało nam się wbiec w ruiny. Potem - nie wiem nawet, kiedy - dołączyła do nas grupa ludzi dość liczna, około 20 - 30 osób. Udaliśmy się w stronę obecnego Placu Zwycięstwa, potem do Ogrodu Saskiego. Działały tu bandy ukraińskie, służące Niemcom. Obrzucono nas granatami, ostrzeliwano, czołgaliśmy się. Wreszcie, co ważniejsi doskoczyli do naszej grupy i poczęli wołać, kto ma zegarek, pierścionek - wszystko łupili, zabierali nawet złote zęby, ze szczęk ludzkich wybijali. (...)Zmęczeni, brudni, dotarliśmy do Hali Mirowskiej (...) Tam Ukraińcy [w służbie] niemieckiej rozkazali rzucić wszystek swój dobytek, torby itd. Moją matkę wyciągnęli z szeregu - rzekomo jako zakładniczkę. Nie pamiętam daty. (...) Podbiegłam do matki, z płaczem przytuliłam się do jej ubrania, ale natychmiast ów Ukrainiec wyciągnął do mnie pistolet i już, już [miał strzelić], gdy zostałam wciągnięta w tłum. (...) Zatkano mi usta, bym nie krzyczała. Ze złości strzelił nad nami (...) i rozkazał biec naprzód. Biegliśmy, ile sił, wszyscy - mali i duzi. Potem pył, dym, walący się dom, jeden, drugi. Kurz, oczy płaczące od dymu, brak oddechu. (...) Głodni, spragnieni, prawie na czworakach doczołgaliśmy się pod murem, aby do bramy byle domu. Po drodze, jakiś żołnierz w niemieckim mundurze skinął na mnie, abym podeszła do nich - trzeba było przejść przez ulicę - nastąpiło wahanie. Czy dojdę... Lecz on pokazał mi kromkę chleba - sąsiadka moja, pani Czugalińska (...) rozkazała, abym poszła, mówiąc: "Idź, jesteśmy wszyscy głodni, on da ci kromkę chleba, dobre i to". Poszłam, a raczej przeczołgałam się - dostałam puszkę konserw i ćwiartkę chleba. Stanowiło to posiłek dla dziesięciu osób. Działo się to na Woli, miejsca nie pamiętam, ani ulicy. Nocą spaliśmy w bramie, ale czasem wychodziłam z bratem patrzeć, jak pociski latają (...) Pewnej nocy mój brat spał niespokojnie, a nad ranem, gdzieś około godziny czwartej szarpnął mnie za rękę mówiąc uniesionym tonem: "Wszystko jedno, gdzie zginiemy, lepiej na powietrzu, niż w tej zasmrodzonej bramie". Mimo woli poszłam za nim, pozostała trójka też. Pani Czugalińska klęła: "Cholerne szczeniaki kręcą się". Dalej dla mnie nastąpiła ciemność... Obudziłam się w jakimś punkcie opatrunkowym. Leżałam na jednym stole, a na drugim leżał mężczyzna, któremu wyjmowano kulę z pleców. W momencie, gdy wychodziliśmy z bramy, dom cały, który był podminowany, zawalił się i ludzi z brzegu bramy odrzucił impet, reszta została pod jego gruzami. Nocą jedna kobieta urodziła dziecko. Wiem, że dziecko uratowano, ale matki nie.
     Potem transport. Niemcy zapakowali nas w świńskie wagony. Oświęcim. Pamiętam - kazano rzucać wszystkie torby jeszcze przed bramą, zdejmować ubranie, rozbierać się ze wszystkiego, ale widocznie nie była to jeszcze nasza pora. Przyszedł rozkaz: "Weg, weg, za dużo ludzi"... Więc znów w wagony i w dal. Droga była długa, nie było jedzenia, wody... Mój dziewięcioletni brat Zenek i Mundek wyskakiwali z pociągu i nabierali wody na pierwszym lepszym postoju, albo, gdy pociąg nie zatrzymywał się, a toczył się wolno, nabierali wodę i doganiali ostatni wagon, a potem jakoś doszli do nas z upragnioną wodą. Kiedy pociąg jechał dość szybko i nie zatrzymywał się nie było wody, tylko tyle, co w misce, w której myto jakieś naczynia. W nocy poród, i tylko ta woda. Rankiem byłam tak spragniona, że ukradkiem łyknęłam tej rynsztokowej wody z miski, [mimo, że] panowały choroby. W naszym wagonie był jednak lek. Wszyscy rzucali swoje torby, walizki, tobołki, lecz Zenek nie rzucił swojej teczki, w której przechowywał domowy ajerkoniak i spirytus, którego strzec jak oka w głowie kazała mu matka. Z ekwipunkiem tym zdradził się dopiero w tej tragicznej sytuacji. Butelki obleciały po łyku nasz "pokój" - świński wagon. Nawet i mnie rozkazano pić. Być może, gdy mój brat usłyszał, że po wypiciu tej brudnej wody grozi mi tyfus - pomyślał, że musi zdradzić swój lek, zresztą odkażający.
     Po wielu męczarniach dojechaliśmy do nieznanych stron - obozu w Bergen-Belsen. Pamiętam jedynie to, że pani Czugalińska, nasza opiekunka, rozkazała, abyśmy szybko, ile kto może, zgarnął słomy dla siebie do spania, gdyż wprowadzono nas do dużego jak gdyby namiotu, podobnego do cyrkowego. Na betonie, każdy zmęczony, gdzie mógł, przycupnął na słomie.
     W dzień starsi chodzili do pracy (...) Miała nastąpić segregacja - oddzielenie dzieci od starszych. Tego wszyscy, nasza "rodzina" baliśmy się bardzo. Pani Czygalińska zasymulowała chorobę, zresztą zgrabnie jej to szło, gdyż świetnie porozumiewała się w języku niemieckim. Nie poszła do pracy dzień, dwa, nas niemal ukrywała w tej słomie. Nocą weszło kilku pijanych Niemców i poczęli dla "humoru" strzelać z pistoletów, na szczęście ofiar nie było... Rankiem czujna pani Czugalińska dowiedziała się, że przyszło zapotrzebowanie do pracy do fabryki cukru gdzieś koło Hildesheimu - szybko podjęła decyzję "jadę" i w ten sposób zabrała naszą czwórkę i po trzytygodniowym strachu znów, tym razem samochodem,  przewieziono nas do miejscowości Dniklar - fabryki cukru.
     Tam otrzymaliśmy zezwolenie na kąpiel w łaźni, czystą pościel i łóżka na ogólnej dużej Sali. [O ile] pamiętam, była nas grupa około dwudziestu Polaków razem z dziećmi. Pani Czugalińska pracowała w fabryce bardzo ciężko, wracała powłócząc nogami, zmęczona padała raczej, niż kładła się. Marysia pomagała jej czasem, Zenek i Mundek pracowali za parobków u bauera we wsi, ja - cóż ja mogłam robić? Tylko obserwowałam to wszystko... Ale wpadłam w oko właścicielowi posiadłości i chyba tej fabryki, bowiem rozkazał kucharce - Marii, aby mi wyczyściła głowę i dwa razy tygodniowo myła mnie osobiście całą i pielęgnowała włosy. Jeść dostawałam cztery razy [dziennie], w tym ciasto i mleko. Zresztą Zenek z Mundkiem też przynosili mi mleko i inne produkty ze wsi, które udało im się przemycić - owoce itp. Dodam, że na tej ogólnej Sali każdy miał swoje czyste łóżko i pościel. Po jakimś czasie przyszli jeńcy Anglicy i im odstąpiono tę salę, która była dla nas luksusem. Nam przydzielono [zakwaterowanie] w przyfabrycznej ciemnej klitce-norze i dano prycze piętrowe. Stan czystości był sprawdzany dwa razy w tygodniu. Najbardziej baliśmy się właściciela tej fabryki, który co jakiś czas wpadał na kontrolę - mówiono o nim "kat", ale nie wiem, dlaczego, bo gdy tak wszyscy drżeliśmy i już na pół dnia przedtem był płacz, że on będzie wizytował. Jednak, gdy przychodził zawsze starał się przemawiać i prosił, abyśmy my - Polacy nie bali się, bo żadna krzywda nam się tu nie stanie. Dla mnie załatwił nawet paczkę żywnościową ... Rzecz w tym, że jego małżeństwo było bezdzietne i koniecznie chciał przysposobić sobie mnie i mojego brata Zenka. Po wielu debatach, kategorycznie zadecydowałam, że chcę wracać do Polski, do Mamy i do Warszawy - koniecznie. Wyjazd załatwił nam dla całej grupy Polaków. Skoro świt, chyba gdzieś około czwartej wyruszyliśmy samochodem. Podróży do Polski nie pamiętam, wiem tylko tyle, że ledwie minęliśmy most, chyba na Renie, został on wysadzony w powietrze...
     Potem to już [był] Kraków. Jeszcze opanowany przez Niemców. Pani Czugalińska oddała nasza trójkę - Zenka, Mundka i mnie do sióstr zakonnych, które prowadziły jakiś zakład, a sama z córką udała się do Warszawy. Trudno byłoby bowiem przedzierać się z nami przez granice ["] i kontrole na stacjach kolejowych. Nie byłam zbyt pokorna i często otrzymywałam kary od sióstr w postaci zamiatania schodów, czy podwórza, które najczęściej wykonywał za mnie mój brat. [W związku z tym] siostry chciały mnie oddać na wychowanie do obcych ludzi. (...) Kiedyś zobaczyłam, że mój brat strasznie płacze - wymusiłam, by powiedział mi, co jest przyczyna. Wtedy dowiedziałam się o całej sprawie i zrobiłam siostrom okropna awanturę, zaznaczając, że gdy ktoś [obcy] przyjedzie po mnie, to zbiję go na kwaśne jabłko. W rezultacie zostaliśmy przeniesieni do domu dziecka, którym kierowały przecudne i urocze panie: Halka - [później] oficer Ludowego Wojska Polskiego i pielęgniarka - pani Zofia. (...) Dom mieścił się w górskiej miejscowości Harbutowice. (...) Wiele nauczono nas tam piosenek, wierszyków, nawet przedstawienia się odbywały i zapraszaliśmy miejscowa ludność. (...)
     Kiedyś mieliśmy parę nocy ciężkich, tereny nasze zajmowali Rosjanie. Oficerowie złożyli wizytę i długo rozmawiali z naszymi paniami. (...) Wyszła [do nas] pani Wanda i prosiła o spokój, [mówiąc], że przybliża się wyzwolenie. Nie wierzyliśmy. (...) A była nas tam prawie setka dzieci z całej Polski. Pani Halka, a to był nasz autorytet, uciszyła nas i powiedziała, że nic nam nie zagraża, że to nasi przyjaciele i, że gdy zajdzie potrzeba, będziemy ewakuowani. (...) To nas uspokoiło.
     Za parę dni wiadomość - Warszawa wolna - przyniosła nam ją pani Halka oczywiście. Pamiętam tylko, że było to rankiem, i wszystkie poduszki z łóżek poszły w górę, okrzyki radości nie miały końca. (...)
     Za kilka dni zgłosiła się po nas moja siostra cioteczna. Matka nasza rozesłała listy po całej Polsce i tu właśnie odnalazła nas. Widok Warszawy bardzo mnie rozczarował - gruzy, zgliszcza, trupy na ulicach (...) Swojego domu nie poznałam... Stukanie do drzwi. Otwieramy - na łóżku usiadła moja matka, nie miała jeszcze siły podnieść się. Brat skoczył, rzucił się matce na szyję i całował. Ja stanęłam w progu i wahałam się - wejść, czy uciec? Pamiętałam matkę ładną, umalowaną, uczesaną, a to, co zobaczyłam, to tak jak Warszawa - ruina. Blada, sucha, z drżącymi rękami, a przecież miała dopiero 43 lata... Wreszcie brat pchnął mnie w ramiona matki rzucając słowa: "Do mamusi, do Warszawy, a teraz stoisz i nawet się nie przywitasz" (...)
     Nocami matka trzymała kij w ręku i gdy szczury grasowały, to straszyła je nim, by któryś do nas nie dotarł. W dzień prała, sprzątała, [czasami] śpiewała i była wesoła, ale tylko w te dni, w których brała zastrzyk z morfiny... Po tragedii rozłączenia z nami matka dostała szoku nerwowego. Była w obozowym szpitalu w Berlinie i tam przywykła do morfiny. Brakowało ojca, który był w obozie koło Buchenwaldu. Wreszcie w marcu [nadeszła] wiadomość, że ojciec żyje i wróci następnym transportem, na początku maja 1945 roku. Niestety, matka w kwietniu umarła z powodu braku morfiny. Po prostu nocą usnęła i więcej już się nie przebudziła. Powrót ojca [nastąpił] w zapowiedzianym terminie. Rozpacz za matką.
     W 1950 roku nasz dom [przeznaczono] do rozbiórki, w zamian za mieszkanie w Świdrze. Ojciec przystał na to. Ja, niestety nie mogłam się z tym pogodzić - tyle przeżyłam w tym mieście i nagle wyjechać gdzieś... Dwa lata trwało, nim ściągnął mnie ojciec do Świdra. Od 1951 roku pracowałam i uczyłam się w Warszawie. Metrykę podrobiłam sama. Zamiast 1937, pisałam wszędzie, że jestem z 1935 roku i już mogłam pracować jako goniec w Prokuraturze Generalnej. Sama zdobywałam naukę wieczorem. Skończyłam cztery klasy technikum budowlanego na Górnośląskiej. Pokończyłam kursy nauki zawodu dla teletypistek (praca na poczcie) i maszynistek. (...) Wreszcie w 1972 roku otrzymałam mieszkanie w Warszawie - chociaż na Pradze - jestem znów tu, gdzie rozpoczęło się moje życie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten