Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Marii Kapuścińskiej


Maria Ineza Kapuścińska
ur. 11 lutego 1931 w Warszawie
Miejsce zamieszkania w sierpniu 1944: ul. Marszałkowska 22 m. 11 

     Miałam trzynaście lat, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie. Zastało nas ono, tj. moich rodziców, babcię i mnie w mieszkaniu przy ul. Marszałkowskiej 22 m. 11 (dom leżał w tzw. "dzielnicy niemieckiej"). Drugiego sierpnia zostaliśmy usunięci przez Niemców z mieszkania do oficyny, a następnie do piwnic domów przy ul. Marszałkowskiej 20 i 18, gdzie oprócz nas przebywało wielu ludzi, których Powstanie zastało na ulicy lub przystanku tramwajowym. Było też kilka osób z domów nieparzystej strony ul. Marszałkowskiej (róg Oleandrów), które, po wyparciu z nich powstańców, podpalono wraz z mieszkańcami. Jakimś cudem zdołali dotrzeć na naszą stronę jedynie nieliczni z nich, prawie obłąkani z przerażenia. 
     Po dwunastu koszmarnych dniach, wypełnionych lękiem o życie (grożenie rewolwerem, podpalenie domu, wrzucenie granatu do piwnicy pełnej ludzi itp.) zostaliśmy w ciągu paru minut wypędzeni. Dużą grupę liczącą chyba kilkaset osób, poprowadzono pod konwojem z karabinami gotowymi do strzału. Zapowiedziano nam, że ktokolwiek odwróci się na wschód - zostanie zastrzelony. Prowadzono nas ulicą Marszałkowską, Puławską, następnie zdaje się Rakowiecką, dalej nie pamiętam.
     W końcu, w strasznym upale, dobrnęliśmy do jakiegoś zadrutowanego terenu z barakiem. Jak się potem okazało, był to obóz przejściowy na Okęciu. Stłoczeni w baraku ludzie leżeli pokotem na podłodze. Brakowało wody, było bardzo brudno. Do jedzenia dano nam chleb i czarną kawę zbożową, a w południe - jakąś zupę.
     Pamiętam, że za drutami znajdował się niewielki budynek i podwórko, na którym bawiły się niemieckie dzieci - widocznie obsługi obozu. Przebywaliśmy tu dobę lub nieco dłużej w niepewności, co dalej z nami będzie. W pewnej chwili zapowiedziano przeprowadzenie kontroli lekarskiej, czy też sanitarnej, w której brał udział polski lekarz. Okazało się, że znał on mojego ojca, zdaje się z czasów przedwojennych, czy tajnego nauczania. Udało się zwolnić nas z obozu, jako rzekomo chorych na czerwonkę wraz z innymi, gdyż Niemcy bardzo bali się epidemii.
     Gdy wyszliśmy na "wolność" okazało się , że nie mamy dokąd iść, bo dano zarządzenie, że pod groźbą kary śmierci nikt nie może przyjąć osób z warszawskim meldunkiem. A tu zbliżała się już godzina policyjna! Część osób, które wyszły wraz z nami szukała schronienia w jakimś rozwalonym domu. My byliśmy zupełnie zdezorientowani. Wreszcie - gdy już zupełnie nie wiadomo było, co ze sobą począć - zatrzymał nas jakiś człowiek i powiedział, że nas przechowa. Był to szewc, właściciel maleńkiego warsztatu, oddzielonego od reszty pomieszczenia kotarą, za którą nas ulokował. Pamiętam, że dał nam jakiś stary siennik, który wydał mi się miękkim łożem. Siedzieliśmy za tą kotarą dzień czy dwa i tylko mama moja wychodziła bardzo rano z żoną szewca po mleko. Już nie pamiętam, w jaki sposób udało się nam uzyskać fikcyjny meldunek ze wsteczną datą, co chroniło nas przed odesłaniem do obozu i dawało względną swobodę poruszania się. Mogliśmy już teraz opuścić naszą kryjówkę. Ponieważ mamie udało się wynieść nieco naszej biżuterii (zaszytej w pasie do pończoch i ukrytej w koku na głowie), mogliśmy, choć w pewnej mierze zrewanżować się naszemu gospodarzowi.
     Potem mieszkaliśmy około dwóch tygodni na jakimś poddaszu. Ojciec naprawdę zachorował na czerwonkę i leżał w prowizorycznym szpitaliku PCK, czy RGO.
     Celem naszym było przedostanie się do Brwinowa do bratanka ojca. Wynajęta furką udało się nam przejechać niemiecki punkt kontrolny, a potem kolejką EKD (wydawało mi się niezmiernie dziwne, że kursuje ona "jak gdyby nigdy nic") do Podkowy Leśnej. Stamtąd poszliśmy do Brwinowa. I choć znaleźliśmy schronienie u kuzyna, mgr farmacji, który pracował wówczas w miejscowej aptece, był to chyba jeden z najcięższych okresów okupacyjnego życia.
     Do chwili, gdy byliśmy gnębieni i szykanowani przez znienawidzonego wroga, było to rzecz jasna okropne, ale w jakiś sposób zrozumiałe - wiedzieliśmy, czego możemy oczekiwać. Wtedy jednak, gdy "swoi" odnosili się do nas, wygnańców z Warszawy, w większości przypadków z niechęcią, a nawet nienawiścią i pogardą, było to bardzo bolesne. Pamiętam, że we wrześniu zaczęłam chodzić na tajne komplety organizowane przez miejscową szkołę. Uczyłam się dobrze, co wzbudzało u koleżanek niechęć i zawiść, że "przybłęda z Warszawy" uczy się lepiej od nich. Co gorzej, podobny stosunek miały niektóre nauczycielki. Tylko jedna z koleżanek - Alina - okazywała mi nieco życzliwości.
     W domu tymczasem było bardzo ciężko. Dom kuzyna zapełnił się innymi uciekinierami, a matka kuzyna była umierająca (po wylewie). W tej sytuacji mama moja musiała zająć się całym domem i chorą. Za przykład stosunku do warszawiaków miejscowej ludności, może służyć i taki przykład: gdy w sklepie mięsnym mama zaprotestowała, ze zamiast mięsa dostaje same kości usłyszała: "Won z powrotem do Warszawy koninę żreć" (widocznie ekspedientka po wyglądzie odgadła "warszawskie" pochodzenie klientki).
     Na życie poszły resztki biżuterii ocalonej przez mamę: sprzedawaliśmy je za bezcen - miejscowi nabywcy wiedzieli, że nie mamy wyboru i wykorzystywali to bez skrupułów. Nie dotyczyło to tylko mojej rodziny, ale było zjawiskiem bardziej powszechnym. Rzecz jasna, że byli i inni, ale jakoś trudno było ich spotkać.
     Dodatkowym źródłem upokorzenia było nasze ubranie - przecież wyszliśmy latem "jak staliśmy". Chodziłam więc w jakiejś cudzej jesionce, w za dużych butach, jednym słowem w łachach. Ojcu zrobiła mama wdzianko z wełnianej sztory. A zima w tym roku była bardzo mroźna.
     Jeżeli dodać do tego ciągłe łapanki, rewizje (jedną taką przeżyliśmy, a kuzyn miał radio zamontowane w szufladzie biurka!), zabieranie do kopania okopów oraz braki w wyżywieniu i opale - można sobie wyobrazić, jak trudno było egzystować.
     Dlatego też dzień 17 stycznia 1945 roku zapamiętałam na całe życie. Rano słychać było kanonadę artyleryjską, a potem od strony szosy dobiegł dziwny szum. Ktoś krzyknął, że to już nie Niemcy, że to już "bolszewicy" (tak się wtedy mówiło). Wybiegliśmy z domu, był duży mróz, w pośpiechu zapomniałam rękawiczek i bardzo marzły mi ręce.
     Szosą sunęły z chrzęstem olbrzymie czołgi, oblepione dosłownie postaciami w grubych, niezgrabnych waciakach i rozwianych czapkach "uszankach". To było w y z w o l e n i e, koniec koszmaru, nadzieja powrotu do Warszawy! Żołnierze machali do nas, coś krzyczeli - ludzie przy szosie częstowali ich papierosami i czym kto mógł. Radość była ogromna!
     Potem gruchnęła wieść, że będą zabierać mieszkania na kwatery. Przecież to wojna, wojsko, nigdy nie wiadomo, jak będzie. Rzeczywiście, przyszło do nas kilku żołnierzy ze "starszinoj". Od razu powiedzieli, że nie będą zajmować pokoju, tylko rozlokują się w kuchni, że mają własne wyżywienie i sami będą gotować. Cuda jakieś!
     Z żołnierzami rozmawiała przede wszystkim moja mama, znająca dobrze język rosyjski, gdyż lata 1914-18 spędziła w Kijowie i Charkowie. Okres ten wspominała zawsze bardzo dobrze, opowiadała o niezwykłej wprost życzliwości tamtejszych ludzi dla "bieżencew iz Polszy" - tym boleśniej odczuwała teraz przyjęcie przez własnych rodaków. Dlatego też i ja od dziecka osłuchana byłam z jezykiem rosyjskim, umiałam wiele baśni Kryłowa na pamięć i zawsze z wielką przyjemnością słuchałam pięknych starych romansów rosyjskich, które śpiewała moja mama.
     Żołnierze odnosili się do nas życzliwie, wypytywali o przeżycia wojenne, rozumieli, współczuli i mówili: "Bił was giermaniec suk...s... nu my jewo tiepier". I choć wyrażenia były nieraz bardzo dosadne, obietnice dobicia hitlerowskiej bestii w Berlinie brzmiały dla nas jak najpiękniejsza muzyka.
     Spali pokotem na podłodze w kuchni, okryci własnymi szynelami. Nazajutrz, gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, jak myją się na podwórku: jeden z żołnierzy pompował wodę, a drugi rozebrany do pasa pluskał się w lodowatej strudze na kilkunastostopniowym mrozie! Zaimponowało mi to, smarkuli, nie mniej niż zwycięstwa wojenne!
     Po jednym lub dwóch dniach odeszli dalej "na zapad".
     Zaraz po wyzwoleniu rodzice jakoś dostali się do Warszawy. Okazało się, że nasze mieszkanie jest doszczętnie spalone.
     Po lodzie można było przejść na prawy brzeg Wisły. Tam ojciec zgłosił się do władz odradzającego się Uniwersytetu Warszawskiego. Powierzono mu organizację nauczania fizyki na wydziałach: lekarskim, farmaceutycznym i weterynaryjnym. Placówka mieściła się wówczas w gmachu weterynarii przy ulicy Grochowskiej, a władze Uniwersytetu przy ulicy Boremlowskiej.
     Po pewnym czasie dostaliśmy przydział pokoju na czwartym piętrze bez wody i dostępu do kuchni, ale i to było bardzo wiele. Nota bene nad nami zamieszkał też w przydziałowym pokoju profesor Grzywo-Dąbrowski, znany specjalista medycyny sądowej, z żoną. Byl to dom przy ulicy Grochowskiej 246. Ostatecznie przenieśliśmy się tutaj wiosną 1945 roku. 
     W roku szkolnym 1945-46 zaczęłam chodzić do XII L.O. im. Skłodowskiej-Curie przy ulicy Obrońców. W pierwszym okresie ojciec pracował również w Łodzi, gdzie dojeżdżał na wykłady i w Polskim Radio, które mieściło się wtedy na Pradze. Pełnił tam funkcję kontrolera audycji nocnych nadawanych w obcych językach dla zagranicy. Dzięki temu oprócz dodatkowego źródła zarobku mieliśmy służbowy radioodbiornik, który był wówczas rzadkością. 
     Pierwszy okres był bardzo ciężki materialnie - nie mieliśmy dosłownie nic! Pamiętam swoją radość, gdy mama kupiła mi "na ciuchach" jakąś używaną spódniczkę w jodełkę. Pewna pomoc żywnościową i odzieżową stanowiły przydziały z UNRRY.
     Jednak trudności materialne nie były już straszne, bo przecież wojna się skończyła, byliśmy żywi i wolni! Rozpoczynał się czas pracy i odbudowy. Dziś sformułowanie takie wydaje się patetyczne - wtedy jednak brzmiało zupełnie zwyczajnie. (...)

           

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten