Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Marii Kapuścińskiej


     Gdy wyszliśmy na "wolność" okazało się, że nie mamy dokąd iść, bo dano zarządzenie, że pod groźbą kary śmierci nikt nie może przyjąć osób z warszawskim meldunkiem. A tu zbliżała się już godzina policyjna! Część osób, które wyszły wraz z nami szukała schronienia w jakimś rozwalonym domu. My byliśmy zupełnie zdezorientowani. Wreszcie - gdy już zupełnie nie wiadomo było, co ze sobą począć - zatrzymał nas jakiś człowiek i powiedział, że nas przechowa. Był to szewc, właściciel maleńkiego warsztatu, oddzielonego od reszty pomieszczenia kotarą, za którą nas ulokował. Pamiętam, że dał nam jakiś stary siennik, który wydał mi się miękkim łożem. Siedzieliśmy za tą kotarą dzień czy dwa i tylko mama moja wychodziła bardzo rano z żoną szewca po mleko. Już nie pamiętam, w jaki sposób udało się nam uzyskać fikcyjny meldunek ze wsteczną datą, co chroniło nas przed odesłaniem do obozu i dawało względną swobodę poruszania się. Mogliśmy już teraz opuścić naszą kryjówkę. Ponieważ mamie udało się wynieść nieco naszej biżuterii (zaszytej w pasie do pończoch i ukrytej w koku na głowie), mogliśmy, choć w pewnej mierze zrewanżować się naszemu gospodarzowi.
     Potem mieszkaliśmy około dwóch tygodni na jakimś poddaszu. Ojciec naprawdę zachorował na czerwonkę i leżał w prowizorycznym szpitaliku PCK, czy RGO.
     Celem naszym było przedostanie się do Brwinowa do bratanka ojca. Wynajęta furką udało się nam przejechać niemiecki punkt kontrolny, a potem kolejką EKD (wydawało mi się niezmiernie dziwne, że kursuje ona "jak gdyby nigdy nic") do Podkowy Leśnej. Stamtąd poszliśmy do Brwinowa. I choć znaleźliśmy schronienie u kuzyna, mgr farmacji, który pracował wówczas w miejscowej aptece, był to chyba jeden z najcięższych okresów okupacyjnego życia.
     Do chwili, gdy byliśmy gnębieni i szykanowani przez znienawidzonego wroga, było to rzecz jasna okropne, ale w jakiś sposób zrozumiałe - wiedzieliśmy, czego możemy oczekiwać. Wtedy jednak, gdy "swoi" odnosili się do nas, wygnańców z Warszawy, w większości przypadków z niechęcią, a nawet nienawiścią i pogardą, było to bardzo bolesne. Pamiętam, że we wrześniu zaczęłam chodzić na tajne komplety organizowane przez miejscową szkołę. Uczyłam się dobrze, co wzbudzało u koleżanek niechęć i zawiść, że "przybłęda z Warszawy" uczy się lepiej od nich. Co gorzej, podobny stosunek miały niektóre nauczycielki. Tylko jedna z koleżanek - Alina - okazywała mi nieco życzliwości.
     W domu tymczasem było bardzo ciężko. Dom kuzyna zapełnił się innymi uciekinierami, a matka kuzyna była umierająca (po wylewie). W tej sytuacji mama moja musiała zająć się całym domem i chorą. Za przykład stosunku do warszawiaków miejscowej ludności, może służyć i taki przykład: gdy w sklepie mięsnym mama zaprotestowała, że zamiast mięsa dostaje same kości usłyszała: "Won z powrotem do Warszawy koninę żreć" (widocznie ekspedientka po wyglądzie odgadła "warszawskie" pochodzenie klientki).
     Na życie poszły resztki biżuterii ocalonej przez mamę: sprzedawaliśmy je za bezcen - miejscowi nabywcy wiedzieli, że nie mamy wyboru i wykorzystywali to bez skrupułów. Nie dotyczyło to tylko mojej rodziny, ale było zjawiskiem bardziej powszechnym. Rzecz jasna, że byli i inni, ale jakoś trudno było ich spotkać.
     Dodatkowym źródłem upokorzenia było nasze ubranie - przecież wyszliśmy latem "jak staliśmy". Chodziłam więc w jakiejś cudzej jesionce, w za dużych butach, jednym słowem w łachach. Ojcu zrobiła mama wdzianko z wełnianej sztory. A zima w tym roku była bardzo mroźna. 
     Jeżeli dodać do tego ciągłe łapanki, rewizje (jedną taką przeżyliśmy, a kuzyn miał radio zamontowane w szufladzie biurka!), zabieranie do kopania okopów oraz braki w wyżywieniu i opale - można sobie wyobrazić, jak trudno było egzystować.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten