Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Heleny Balcer


Helena Balcer, lat 40, krawcowa
1944 zam. Ogrodowa 8a Warszawa
Syn Bogdan lat 7
Za: Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944
Tom 1: Pamiętniki. Relacje
Muzeum Historyczne m. st. Warszawy
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1992

Bez daty między 8 a 13 sierpnia         
     Z Warszawy wyszliśmy w poniedziałek, to jest 7 sierpnia 1944. Od tej chwili zaczyna się nasza tragedia. Szliśmy przez morze płomieni i masy trupów, zabitych i spalonych. Po wyjściu z piwnic oddzielono nas od mężczyzn. Ostatni raz z Lionejkiem [mężem] widziałam się 7 sierpnia godzina 10 rano. Nie wiem, gdzie go zły los rzucił, i on nie wie o mnie i o dziecku. Zapędzono nas do kościoła Św. Stanisława, a stamtąd do Pruszkowa. Dzięki mojej inicjatywie wyłączyliśmy się z pochodu i szczęśliwie udało się nam się dobrnąć do Ursusa. Pierwszą noc spędziliśmy w szkole.(...) Potem zamieszkaliśmy u znajomej - pani Kozłowskiej. 
     Miałam 350 zł całego majątku, zapłaciłam za reperację butów moich i Bodzia 170 zł, resztę wydałam na chleb, mleko i ogórki. Mam ze sobą Lola zegarek i mój, krzyżyk Bodzia, pierścionek i dwie obrączki.

Niedziela, 13 sierpnia
    
(...) Chcę sprzedać zegarek, ale nie mogę znaleźć kupca, mimo że pomaga mi w tym inspektor tutejszego RGO. Dzisiaj nam zapowiedziano, że tylko przez trzy dni będziemy dostawać jeść, to jest od niedzieli do wtorku, a ja mam zaledwie 30 zł w majątku, to mnie dobija. O rodzinie i mężu nic nie wiem.

14 sierpnia
    
Coraz bardziej zaczynam odczuwać brak wielu rzeczy. Z domu wyszliśmy tak, jak staliśmy. Loluś biała trykotowa koszula, krótkie kalesony, jasny garnitur i szare robocze ubranie, na nogach kamasze. Ja: różowy komplet bielizny, granatowa stara sukienka, jasny płaszcz i granatowy sweter, granatowe buty i, o zgrozo, łatane pończochy. Bodzio: biała, bardzo licha koszulka, satynowe majtki, czerwona bluzka, granatowe spodenki, granatowa bluzka i długie spodnie, trepki bez pończoch, palto szare i beret. Biedaczek złapał swój koszyczek z sucharami i chciał wziąć i woreczek, ale mu nie dałam.
     Bodzio coś dzisiaj jest chory, ma 37,5 stopnia gorączki. Pani Kozłowska dała mu na przeczyszczenie, może mu przejdzie, zobaczymy. Ja chodzę trzy razy dziennie po zupy, co mi zabiera nieomal cały dzień.

15 sierpnia
    
Dzięki Bogu Bodziowi gorączka spadła i jest zdrów, a już byłam w rozpaczy. (...) Nic nie mogę sprzedać, nie wiem, jak będziemy żyć. Zupy mieliśmy dostawać tylko do dziś, ale ja prosiłam inspektora, powiedział, że mają bardzo małe zapasy, no ale trudno, przychodźcie. Może mamy jeszcze przedłużoną egzystencję na kilka dni.

16 sierpnia
     
Jakoś zupy nam jeszcze dają. Dzień przeszedł bez specjalnych wydarzeń, znów robiono świeżą rejestrację, dużo osób odeszło dalej. (...)

22 sierpnia
     
Sprawa z moim zegarkiem przedstawia się dość mętnie, miałam dostać dzisiaj pieniądze, ale jakoś z tego nic nie wyszło. Dzisiaj zapisałam się do kopania okopów. Bodzia mam zostawić w domu, bardzo się o niego martwię. (...)

24 sierpnia
    
Dziś otrzymałam pieniądze za zegarek: 1900 zł. Z tego oddałam dług warszawki pani Szwedzińskiej 262 zł i 100 zł pożyczone w Ursusie, czyli 362 zł. Wczoraj byłam na okopach, jakoś tam poszło. O Lolku i rodzinie w dalszym ciągu nic nie wiem. Dzisiaj bardzo zgniewałam się na Bogdana; wydałam: 2 kg mąki - 100 zł, chleb - 45 zł, pomidory, gruszki, jabłka - 27 zł, razem 172 zł. (...)

26 września
     
Sprzedałam mój kochany pierścionek za psie pieniądze - 800 zł. Podobno gram złota kosztuje 350 zł. Mam wszystkich pieniędzy 950 zł. Muszę bardzo oszczędzać, bo będzie źle z nami. Najbardziej gnębią mnie buty dla Bodzia, zrobiło się bardzo zimno i mokro, przeziębi mi się dzieciak, i tak ciągle, szczególnie wieczorem, narzeka na ból głowy. (...) 
     Zostalismy sami, jest strasznie tęskno i źle. W ogóle ogarnia mnie czarna rozpacz, idzie zimno, a ja nie mam nic na zimę. Jeżeli nie zabije mnie kula, zabije nas zima, brak ubrania, opału, no i pieniędzy. (...)
     Bodzio wyjął sobie wczoraj szkło z nogi, które weszło mu jeszcze w Warszawie, to jest jakieś dwa i pół miesiąca temu. Wypadki warszawskie jeszcze trwają.

13 października
     
Sprzedałam Bodzia krzyżyk. Dostałam za niego 2000 zł. Kupiłam 1,5 m na spódnicę i spodnie dla Bodzia, skórkę króliczą na kołnierz, zapłaciłam 40 zł, nici, koniki, haftki, szpilki, zapłaciłam 105 zł, podgardle 98 zł, mydło 45 zł, 1 kg cukru 100 zł. U nas teraz RGO daje raz dziennie zupę, i to bardzo marną. Z Warszawą już koniec. Ja byłam naznaczona tydzień temu na okopy, więc pierwszy dzień było jako tako, a na drugi były wypadki z ludźmi, tak że bardzo się zlękłam i uciekłam stamtąd, chociaż ludzie korzystając z łopat jako przepustki chodzili do Warszawy i grabili, co się dało.

*

     Po wkroczeniu armii sowieckiej autorka wraz z synem do powrotu męża z niewoli w lutym 1945 roku pozostała w Ursusie u pani Kozłowskiej.

           

           

 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten