Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wacławy Połomskiej


     Drugiego sierpnia rano na podwórzu nadal leżały trupy nie pogrzebanych Cyganów. Padał bardzo silny deszcz. Około południa na naszym podwórzu znów pojawili się Niemcy i rozkazali wszystkim mieszkańcom natychmiast opuścić budynek i zgromadzić się pod murem "Dywizjonu" po przeciwnej stronie ulicy Zagłoby. Mieszkańcy domu wyszli ubrani w to, co mieli na sobie. Mama oraz ja z siostrą byłyśmy tylko w sukienkach, a ojciec w spodniach i koszuli. Wkrótce żołnierze niemieccy zaczęli strzelać do budynku z fugasów [miotaczy ognia] i nasz dom zaczął się palić. Inna natomiast grupa żołnierzy zaczęła ustawiać od strony podwórza karabiny maszynowe. Widziałam, jak zakładali taśmy z nabojami i zaczęli kierować lufy w stronę stłoczonej gromady ludzi pod murem "dywizjonu". Zaczął się tumult i płacz. Pani Zygmunciakowa głośno lamentowała, gdyż w budynku została jej chora, dziewięćdziesięcioletnia matka - pani Lipińska. Wszyscy w przerażeniu oczekiwaliśmy momentu, kiedy padną strzały i zostaniemy zabici. W pewnym momencie z grupy osób stojących pod murem wyszedł jakiś mężczyzna ubrany w prochowiec oraz w buty z cholewami i podszedł do grupy żołnierzy niemieckich. Spostrzegłam, że rozpoczęła się między nim a Niemcami ożywiona rozmowa, co wynikało z zachowania się Niemców i tego mężczyzny. Trwało to jakiś czas. Nagle jeden z żołnierzy niemieckich, jak również ten mężczyzna, zwrócili się do nas ze słowami, abyśmy natychmiast udali się w stronę ulicy Górczewskiej. Ludzie momentalnie się rozpierzchli i pobiegli ulicą Zagłoby w stronę Górczewskiej. Rodzice chwycili nas za ręce i razem z tłumem zaczęliśmy uciekać. Przy końcu ulicy Zagłoby wbiegliśmy na tyły ulicy Górczewskiej, którą w tym czasie jechały czołgi. Obok spalonych domów, poprzez ogrody wzdłuż ulicy Górczewskiej dotarliśmy do rejonu fabryki, gdzie na chwilę się zatrzymaliśmy. Było tam już dużo osób z ulicy Zagłoby. Od strony wschodniej, gdzieś z rejonu wiaduktu na ulicy Górczwskiej, dochodziły odgłosy silnej strzelaniny.
     Z terenu fabryki moi rodzice udali się do znajomych mieszkających na Kole w okolicy ulicy Księcia Janusza i fabryki mydła. Tam, w domu Państwa Marciniaków przebywaliśmy około dwóch tygodni. Razem z nami zatrzymały się tam pani Kłosiewicz, pani Jankowska oraz pani Olszewska z córkami Mirą i Romaną. (...)
     15 sierpnia ulicą przejechał samochód niemiecki i przez głośniki wezwał mieszkańców do opuszczenia domów i zebrania się w rejonie pętli tramwajowej na ulicy Obozowej. Rodzice moi zabrali tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wraz z innymi mieszkańcami Koła wszyscy poszliśmy na ulicę Obozową. Stamtąd Niemcy skierowali nas w kierunku Boernerowa. W rejonie mijanki tramwajowej mieszkańcy Koła rozeszli się po okolicznych domach. Moi rodzice zatrzymali się u państwa Raków. Po kilku jednak dniach Niemcy wygnali z domów wszystkich przybyszów i zgromadzili nas na łące. Żołnierze niemieccy otoczyli tłum ludzi i zaczęli wyciągać z niego mężczyzn. Zabrali także mego ojca. Z mężczyzn utworzyli kolumnę i pod eskortą pognali w kierunku Pruszkowa. Pozostali na łące mieszkańcy Koła, przede wszystkim kobiety z dziećmi, pozostawieni na jakiś czas samym sobie, znów rozeszli się po okolicznych domach. Mama ze mną i siostrą wróciła do państwa Raków. Było tam jednak sporo ludzi i państwo Rakowie nie widzieli możliwości, abyśmy zatrzymały się u nich. Zbliżała się noc, a my nie miałyśmy gdzie się podziać. Tymczasem w okolicy buszowali Własowcy, których nazywaliśmy mongołami. Weszłyśmy do jakiejś cieplarni i tam spędziłyśmy noc.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten