Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jacka Fedorowicza


foto

     Pierwsze wygnanie z rodzinnego gniazda odbyło się dość wcześnie - gdy miałem dwa lata. Mieszkaliśmy w Gdyni. Zbliżała się wojna. Ojciec został zmobilizowany. Matka spakowała co się dało i razem ze mną pojechała do swojej matki, do Warszawy ostatnim - jak potem opowiadała - pociągiem. Pociąg przejeżdżał przez terytorium ówczesnego Wolnego Miasta Gdańsk i podobno został tam ostrzelany. Podkreślam: podobno. Bogate doświadczenie życiowe - mam dziś 70 lat - nauczyło mnie, że ludzie mają wyjątkową skłonność do konfabulacji, szczególnie w przypadku przeżyć ekstremalnych i - aby tego uniknąć - zobowiązuję się w tej relacji pisać wyłącznie o tym, co widziałem na własne oczy i co pamiętam z całą pewnością.   
     Na początek więc pierwszy zapamiętany obrazek w życiu: kawalkada motocyklistów Wehrmachtu za oknem i cała moja rodzina leżąca pokotem na podłodze, na wypadek gdyby Niemcy chcieli strzelać w okna. Przejechali jednak bez strzelania. Okupowali potem Polskę, Warszawę traktując jako miejsce do urządzania łapanek, rozstrzeliwań na ulicy, co do mnie - już jako do kilkuletniego dziecka docierało z przejmującą ostrością. Odkąd w ogóle pamiętam świat, Niemiec w mundurze jawił się zawsze jako śmiertelne zagrożenie. Wiedziałem, że o Niemcu nic nie można głośno na ulicy, wiedziałem, że gdyby przyszli do szkoły pani Chełmońskiej, w której chodziłem do pierwszej klasy, to mamy szybko wyciągać kredki i mówić, że jesteśmy przedszkole - dość naiwna konspiracja nawiasem mówiąc - wiedziałem też, że do tramwaju wsiadać trzeba drugim pomostem, ponieważ pierwszy, wraz z pierwszymi rzędami siedzeń jest Nur Fur Deutsche i tak dalej.
      Choć Mama zawsze wspominała Gdynię i wychowywała mnie w kulcie tego miasta, to jednak mieszkając w Warszawie od "początku pamięci", czułem się warszawiakiem i zdążyłem przylgnąć psychicznie do tego mojego miejsca na ziemi w Warszawie na Powiślu przy ulicy Czerniakowskiej 202, róg Okrąg. 
        1 sierpnia 1944 wybuchło powstanie. Pamiętam dobrze serie strzałów dochodzących z niedalekiego Śródmieścia. Przenieśliśmy się - jak wszyscy - do piwnicy. Tu znów wspomnienie naiwności dziecka: siedząc w piwnicy i słysząc wciąż strzały od strony ulicy, wraz z kilkoma rówieśnikami cieszyliśmy się, że "jak to się skończy" nazbieramy i będziemy mieli do zabawy spore ilości kulek (?) jakie - naszym zdaniem - musiały się odbijać od frontowej ściany kamienicy. 
      "To" się - jak wiadomo - nie skończyło zwycięstwem. Po pierwszym miesiącu skończyło się panowanie powstańców w naszej dzielnicy. Ostry atak na nasze okolice zaczął się w drugim tygodniu września i to zaczął tragicznie dla mojej rodziny. Wujek Janusz Schmidt, siedział na szczycie schodów i mielił kawę (jeszcze była!). Kilka metrów od niego, w oficynę uderzył pocisk z - jak się wydaje - tzw. "grubej Berty", potężnego działa dużego kalibru. Oficyna przestała istnieć, wujek wbiegł do piwnicy krzycząc "wszyscy na korytarz!" (żeby jak najdalej od piwnicznych okienek). Szybko usiedliśmy na korytarzu pod ścianą i wujek osunął się na mnie martwy. To była pierwsza śmierć, której byłem świadkiem i od razu śmierć bardzo bliskiej osoby. Pogrzeb odbył się na podwórzu. Kanonada była coraz większa. Dorośli podjęli decyzję: trzeba uciekać. 
     Dobytek został spakowany tak, żeby każdy mógł nieść swój węzełek samotnie, dziadek niósł plecak najcięższy. Przed opuszczeniem domu, w skrytce wydłubanej w ścianie naszej prywatnej części piwnicy (to było coś w rodzaju sporego pokoju z oknem na podwórze) ukryto główne kosztowności rodzinne, których zresztą rodzina już nigdy więcej nie zobaczyła. Ja też niosłem jakiś nieduży bagaż i wypchanego pluszowego pieska-zabawkę. W zamyśle producenta miał to być terier szorstkowłosy. Szczegół nieistotny, ale pieska akurat świetnie pamiętam, choć obawiam się, że pamiętam dzięki temu, że zachowało się zdjęcie. Tu wtręt ciekawostkowy: jak to się stało, że zachowało się zdjęcie sprzed powstania, skoro na dobrą sprawę z dobytku nieźle sytuowanej warszawskiej mieszczańskiej rodziny nie zachowało się dosłownie nic? Ano dzięki temu, że mama mnie wciąż, w miarę jak rosłem, obfotografowywała i wysyłała zdjęcia tacie do niewoli. Te zdjęcia, które doszły, wraz z ojcem przetrwały kolejne obozy jenieckie, kolejne przepędzenia polskich oficerów przez terytorium III Rzeszy, po wyzwoleniu przez aliantów pojechały do Anglii i stamtąd do Polski w 1946 roku.  
     Wracając do pieska, to baczną uwagę na niego zwracałem nie tylko ja, ale i dorośli. Dopiero kilka miesięcy później dowiedziałem się dlaczego, otóż piesek wypchany był nie tylko trocinami, ale również złotymi pięciorublówkami, tzw. "świnkami", które wówczas stanowiły najpraktyczniejszy, cenny i niezawodny środek płatniczy. Może nawet jedyny, w pełni wyczerpujący definicję określenia "pieniądz". To były pieniądze na przeżycie. Dziadek był bankowcem, więc wiedział w co się zaopatrzyć na wszelki wypadek. Zresztą chyba nikt w roku 1944 nie wierzył, że okupacyjne "górale" (500 zł) będą miały w przyszłości jakąkolwiek wartość. Pomysł, że to ja będę głównym strażnikiem rodzinnego skarbu uchodźczego, okazał się szczęśliwszy niż zamurowywanie biżuterii w piwnicy - świnki służyły nam aż do końca wędrówki.
     Wyszliśmy z posesji Czerniakowska 202 i rowem wykopanym wzdłuż ulicy zmierzaliśmy w kierunku Śródmieścia. Pamiętam jak Mama bezskutecznie próbowała odwrócić moją uwagę od leżących zwłok. Naszej kamienicy nie zobaczyłem już nigdy, nawet w formie resztek. Nie ma dziś śladu po całej zabudowie od Okrąg do Ludnej, rosną tylko gęsto okazałe drzewa okalające parking.     
     Od tej chwili, od momentu wyruszenia z Czerniakowskiej, stanowiliśmy nierozłączna grupę wygnańców w składzie: moi dziadkowie z dwiema córkami, czyli moją matką i ciotką Hanką, nasza służąca Marysia, traktowana  jak członek rodziny, i ja. 
     Przejście kilometra, który dzielił nas od placu Trzech Krzyży, trwało około doby. Solidny ostrzał zdarzył się nam na Książęcej, na szczęście nikogo nie trafili, strzelali od strony YMCA (dzisiejszy Teatr Buffo), następny ostrzał, z budynku banku BGK (dzisiejszy róg Mysiej) był już niegroźny, bo poprzek Nowego Światu stała solidna barykada. Przebiegało się pojedynczo. Pierwszy nasz dłuższy przystanek to była ul. Wspólna 2 lub 4. Też nie ma dziś ani śladu po tej posesji. Zamieszkaliśmy u znajomych Dziadka, a właściwie nie tyle u nich, co w ich piwnicy. 
     W stałym strachu. Po kilku tygodniach powstania wiedzieliśmy już, że piwnica może być schronieniem, ale może być też straszliwą pułapką. Któregoś dnia walnęło dość blisko, pogasły wszystkie świece i  karbidówki (lampka na karbid) pogasło więc wszystko i wszystkich ogarnęła groza, myśleliśmy że stało się to, czego wszyscy się bali na równi z trafieniem przez pocisk: jesteśmy zasypani. Strach przed zasypaniem, które oznaczało powolną śmierć w męczarniach, towarzyszył mi aż do końca powstania. Na szczęście po chwili ktoś gdzieś znalazł wyjście. Wkrótce potem poszedł ostry atak na całą Wspólną. Pamiętam dokładnie: bomba zwala cały budynek Wspólna 2  akurat w momencie gdy znajomy Dziadka poszedł po coś do mieszkania, jego żona krzyczy żeby go ratować, do końca życia będę pamiętał ten dramatyczny krzyk i moją myśl, że przecież tam gdzie chwilę temu było jej mieszkania i jej mąż, jest teraz powietrze, błękit nieba, nic, że po mężu nic nie zostało, nie ma czego ratować, ta myśl to był tylko krótki błysk, bo trzeba było myśleć teraz o panicznej ucieczce, jako że niemieccy lotnicy bezkarnie polowali na nas z powietrza, pobiegliśmy na drugą stronę Wspólnej, gdzie stała solidna wielopiętrowa kamienica, ledwo tam wpadliśmy, bomby już zwalały górne piętra, na szczęście w owym czasie w gęsto zabudowanym śródmieściu lokatorzy zdążyli poprzebijać przejścia międzypiwniczne. Dzięki temu wydostaliśmy się zaatakowanego rejonu.
     Aż do kapitulacji mieszkaliśmy na terenach zajętych przez powstańców, na Koszykowej 39, niedaleko Marszałkowskiej (dziś to prawie środek placu Konstytucji) w opuszczonym mieszkaniu na parterze. Do jedzenia była już tylko kasza i to nie zawsze. Ale powstańcy czasem ratowali, dzieląc się tym lub owym. (Tu drobny wtręt - wyjaśniam, że zawsze pisząc "powstańcy" mam na myśli Akowców. Innych nie widziałem. Pamiętam dokładnie - pod koniec powstania siedziało u nas przy stole dwóch Akowców, którzy opowiadali ze śmiechem, że w okolicy pojawiło się kilku dziwnych ludzi, którzy mówią że są z jakiegoś AL-u i szeregowcom z AK proponują za przejście do nich od razu stopień porucznika).  Po wodę Dziadek chodził do jedynej studni czynnej w tej okolicy, na Lwowską. Czekał w długich kolejkach. Poza tym skonstruował procę i usiłował upolować dla mnie jakiegoś  ptaka. Niezwykłej przyzwoitości człowiek, a przy tym patriota. Mimo nazwiska Schmidt (w dawnych czasach Schmidtowie przywędrowali do Polski, wówczas "Kongresówki", z Niemiec za chlebem) odmówił podpisania volkslisty, a jeszcze wcześniej, w czasie I wojny światowej uciekł przed wcieleniem do armii niemieckiej do Moskwy. Miejsce na schronienie wybrał sobie zresztą nienajszczęśliwiej, bo wkrótce wybuchła rewolucja 1917 roku i dziadkowie wielokrotnie ledwo uchodzili z życiem, w stałym zagrożeniu -  babcia opowiadała, jak przebierała się za "ruską babuszkę" i nie zdejmowała rękawiczek, żeby ją nie zdradziły "biełyje ruki".  
     Tu - na koniec opowieści o powstaniu warszawskim - wspomnienie jeszcze jednego strachu, strachu przed "krową" mianowicie. Dźwięki powstaniowe były różne. Za Wisłą stali Rosjanie, którzy wydawali się przyszłymi wybawcami. Przypuszczam, że to ówczesny, wyznawany w środowiskach inteligenckich, tradycyjny system wartości, nie pozwalał podejrzewać, że AK, że polska armia walcząca na Zachodzie (czwarta w kolejności wśród aliantów, liczniejsza od armii francuskiej) może zostać aż tak zdradzona przez mocarstwa zachodnie i wydana na pastwę Rosjan. AK-owcy już wiedzieli (przejmujący wiersz powstańczego poety "Czekamy ciebie czerwona zarazo", który jeszcze dziś sprawia, że mam łzy w oczach), ale cywile chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z całego tragizmu i beznadziejności sytuacji. Wsłuchiwaliśmy się więc pilnie w dźwięk nadlatujących samolotów starając się wyłuskać te alianckie, które mogłyby oznaczać "zrzuty", słuchaliśmy też pilnie odległej kanonady usiłując dostrzec w nasilających się dźwiękach ataku Armii Czerwonej. Wśród tych dźwięków powstaniowych były też oczywiście stałe dźwięki czołgów, samolotów, broni ręcznej wydawane przez coraz bardziej zwycięskich Niemców, a wśród nich najstraszniejsze były dźwięki jakie wydawała "krowa". To była jakaś wyrzutnia pocisków, fachowcy opowiedzą o niej wszystko, ja przez dziesięciolecia miałem uraz psychiczny i ticki nerwowe odziedziczone po przeżyciach wojennych i odrzucałem od siebie wszystkie tematy związane z Powstaniem, więc nie wiem o "krowie" wiele. Mam jednak wciąż w uchu dźwięk, który wydawała z siebie ta "krowa". To były potwornie głośne, mniej więcej sekundowe, świdrujące uszy i jednocześnie zlekka zawodzące dźwięki - jak gdyby - nakręcania mechanizmu. Nakręceń było sześć, a potem następowały najstraszniejsze sekundy, bo wiadomo było, że walnie za chwilę, nie wiadomo było tylko w co i w kogo trafi. To jedyna chyba śmiercionośna broń, która spokojnie, automatycznie, uprzedzała, że będzie strzelać. Pociski "krowy" były groźne, dzieliły się na burzące i zapalające, te ostatnie podobno były groźniejsze, na szczęście nie miałem okazji oceniać tego osobiście.          
     Po kapitulacji Niemcy pognali nas do obozu w Pruszkowie. Pamiętam przerażający widok zrujnowanego miasta. Nie pamiętam dokładnie tych kilkunastu kilometrów marszu, pewnie byłem zbyt wycieńczony, żeby coś zapamiętać. Pamiętam tylko rozmowy między dorosłymi, pełne grozy wspomnienia, kto kogo ze swych bliskich musiał zostawić niepochowanego, w rowie, przy drodze.     

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten