Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Kołodziejskiej-Jedynak


foto
Wywiad z Jadwigą Kołodziejską-Jedynak
ur. 7.08.1931 r.
Warszawa, 16.02.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

Dzieciństwo spędziła pani na Ochocie?
     
Tak, w Warszawie na Ochocie. Z rodzicami, siostrą i bratem, mieszkaliśmy na ulicy Szczęśliwickiej 27. Ten dom - odbudowany po wojnie, dotychczas istnieje - to był taki dom komunalny, który został zbudowany przez miasto dla osób wysiedlonych z ulicy Przyokopowej i okolic, gdzie stały stare drewniane domki, które trzeba było zburzyć pod zabudowę jakiejś fabryki.
     W tym domu na Szczęśliwickiej 27 zajmowaliśmy w pięć osób mały pokój z jeszcze mniejszą kuchenką, więc warunki były bardzo ciężkie. Ale, mimo strasznych warunków okupacyjnych, wspominam to dzieciństwo jako szczęśliwe, dlatego że dom był taką mieszaniną ludzi o różnym może poziomie intelektualnym, ale bardzo ze sobą zbratanych, bardzo solidarnych i szalenie patriotycznych. Pamiętam, jeszcze z tego okresu tuż po wybuchu wojny, że były nawet organizowane takie przedstawienia, dawane przez dzieci na korytarzach - tylko na korytarzu można się było bawić, bo mieszkania były bardzo małe - z których dochód był następnie przeznaczany na rannych żołnierzy, którzy leżeli w Szpitalu Ujazdowskim. I pamiętam, że - jeszcze jako mała dziewczynka - w takiej delegacji poszłam w trzydziestym dziewiątym roku, jakieś paczki żeśmy tam zanosili dla rannych żołnierzy z kampanii wrześniowej. Szalenie to pozytywnie oceniam i uważam, że spoistość tego mini społeczeństwa domowego spowodowała, że cały szereg osób jednak się uratowało w taki czy inny sposób, ponieważ pomagali sobie wzajemnie.
     Dom był niepodpiwniczony, a miejsce było bardzo niebezpieczne, bo to było dosłownie naprzeciwko Dworca Zachodniego, który był non-stop bombardowany. I jak były naloty, to bomby nie wybierały. Myśmy się wtedy chronili naprzeciwko - po drugiej stronie ulicy Częstochowskiej był taki kompleks domów, które nazywaliśmy "domy bankowe". Już nie pamiętam czy to Narodowy Bank Polski wybudował te domy dla takich drobniejszych urzędników, czy to był Bank Gospodarstwa Krajowego... Ale miałam tam kolegów i tam się kryliśmy w piwnicach. Domy były solidnie zbudowane. I tam mieszkaliśmy do Powstania Warszawskiego.
     Powstanie Warszawskie, jak wiem, wybuchło 1 sierpnia, natomiast - to historycy wiedzą lepiej ode mnie, już nie będę tutaj prowadziła dokładnych rozważań - na Ochocie ono się praktycznie chyba trzeciego zakończyło, o ile pamiętam. 
Trochę później, bo była obrona Reduty Kaliskiej i Reduty Wawelskiej; ale pani przecież wtedy o tym nie wiedziała.
    
Nie, myśmy o tym nie wiedzieli. Dlatego że (tutaj mam nawet takie zdjęcie, jak to wyglądało, Szczęśliwicką jeździła elektryczna kolejka dojazdowa - na zdjęciu wprawdzie mnie nie ma, ale jest za to mój brat, z kolegami i koleżankami - a dalej były pola, małe domki i Dworzec Zachodni) myśmy byli jak gdyby odwróceni od tych wszystkich działań.
     Do 5 sierpnia bezpośrednim niebezpieczeństwem było dla nas to, że już w pierwszych dniach sierpnia po Szczęśliwickiej jeździł taki czołg, no powiedzmy: jakiś mniejszy tank. I jeżeli chciało się w tym domu coś przygotować do jedzenia, to trzeba było to na czworakach robić, względnie prawie na leżąco, bo oni po prostu strzelali w okno.
     W ogóle jak ktoś pokazał czubek głowy, to strzelano. Więc to było szalenie niebezpieczne, bo trzeba było jeszcze do tego schronu przebiec.
     Co nas dalej czekało, to nie byliśmy za bardzo świadomi, jak to będzie wyglądało.
Była pani cały czas z rodzicami i starszą siostrą?
   
[Tak], ponieważ brat wyruszył na zgrupowanie - o którym nie umiem dokładnie powiedzieć, ale z całą pewnością to była jakaś grupa z AK - i jego już nie było. Ostatnio go widziałam trzy albo cztery dni przed Powstaniem. Tak że byliśmy tylko w czwórkę.
    I kazano nam wychodzić na zewnątrz. Rodzice byli przygotowani na wysiedlenie, ale nie przypuszczali, że tak szybko nastąpi. Nie wiedzieliśmy, że to jest po prostu pacyfikacja Ochoty. Zresztą w punkcie docelowym na Ochocie - czyli na tak zwanym Zieleniaku, o którym opowiem za chwilę - wygłoszono do nas taką tyradę: że tylu i tylu Niemców zginęło na Ochocie i tyle i tyle Polaków tutaj zgromadzonych musi zginąć. No krótko mówiąc wyrzucili nas...
Jak pani zapamiętała ten moment wypędzenia?
     
Ten moment był okropny, bo mieliśmy przed sobą, nie wojsko - owszem, tam się kręcili żołnierze niemieccy, ale w pewnym oddaleniu i w ogóle nie ingerowali - tylko jakąś straszną zbieraninę ludzi o dość podejrzanym wyglądzie [chodzi o oddziały RONA - przyp. SM]. Nie mówiąc o tym, jak się zachowywali - zachowywali się okropnie, ponieważ zaczęli od tego, że od razu obmacywali czy ktoś nie ma zegarków, pierścionków, czy w bagażach, które ich zdaniem mogły zawierać coś cennego. Chociaż akurat w naszym domu trudno było poszukiwać takich rzeczy, bo to był dom, w którym mieszkali bardzo drobni urzędnicy, jacyś rzemieślnicy, robotnicy - i był raczej biedny. Ale ludzie wynosili to, co było dla nich najbardziej drogocennego i oczywiście rozpoczęło się straszne rabowanie.
     Na razie jeszcze dali spokój młodym kobietom i dziewczętom, ponieważ musieli nas przepędzić na taki plac targowy, który istniał jeszcze z czasów przedwojennych. Ponieważ teren wokół Warszawy był okręgiem ogrodniczym, to tam przyjeżdżały wozy - bardzo rano, 4 rano, 3 rano - do których z kolei zgłaszali się sklepikarze czy tacy, którzy mieli stragany na bazarach, i kupowali warzywa.
     Zieleniak, co jest ważne dla dalszej sprawy, przylegał do mojej szkoły, do której zdążyłam chodzić tylko przez jeden rok. Ta szkoła, dokładnie nie pamiętam, ale chyba w trzydziestym ósmym roku została oddana do użytku. Skromna szkoła, ale przyzwoita, z wszelkimi dobrymi uwarunkowaniami dla rozwoju dzieci - sale gimnastyczne tam były, była czysta, świeża. I ta szkoła została w czasie okupacji zajęta pod szpital dla żołnierzy niemieckich, ponieważ taka świeżutka. I myśmy się po Warszawie tułali, ja na przykład z Ochoty jeździłam na Śniadeckich - dla kogoś, kto zna topografię Warszawy, to wiadomo, co to oznacza dla dziewięcioletniego dziecka, w tym strasznym tłoku jechać...
      Ale w tej szkole nie było już żołnierzy niemieckich, tylko zagarnęła ją ta grupa, która nas przepędzała. A przepędzała dosłownie jak bydło.
      To było okropne. Ja już nie mówię o ubiorach, bo to nie jest najważniejsze - ale oni mówili różnymi językami świata, ja tam słyszałam także język polski... Ale głównie w moim środowisku mówili, że Kałmucy na nas napadli, bo było bardzo dużo takich osób z okręgów Związku Radzieckiego nazywanych przez nas tatarskimi... Mieli skośne rysy twarzy. Ale ogólnie - nazwa mylna zresztą szalenie, co się okazało dopiero po wojnie - używano określenia, że to po prostu są Ukraińcy. Zapamiętaliśmy ich jako straszną dzicz, która była opanowana żądzą zabrania wszystkiego, co tylko zdołałoby się zabrać. Trudno powiedzieć, że byliśmy przyjaźnie nastawieni do Niemców - bo nie mieliśmy za co, to jest inna historia - ale trochę w zdumieniu patrzyliśmy, że oni tak obojętnie traktują zachowanie się tych niby-żołnierzy, bo to nie byli żołnierze.
      Na marginesie, chciałam powiedzieć, jak oni byli groźni - taki drobiazg może, anegdotyczny zupełnie. Mój ojciec pracował u "Wedla", w znanej fabryce czekolady i cukierków. Pracował na karmelarni, tam kończył zresztą jakąś szkołę. Wedel był bardzo dobrym pracodawcą i mimo że w czasie okupacji niemieckiej miał nad sobą niemieckiego nadzorcę, to potrafił bardzo zadbać o załogę. Ponieważ pensje były w ogóle minimalne, bo w czasie okupacji nikt nie pracował dla pieniędzy, tylko dla karty pracy, żeby mieć jakiś dokument chroniący przed wywózką. Na roboty to głupstwo... Albo do obozu koncentracyjnego. Więc cała ta pensja była strasznie maleńka, natomiast ojciec dostawał tak zwane deputaty. Te deputaty były sezonowe, nie były stałe, ale wiem, że one nas szalenie podtrzymywały finansowo. Dlatego że na święta dostawało się tam paczkę kakao na przykład - co było w warunkach okupacyjnych ogromne - zdarzała się też jakaś czekolada i tak dalej, a w sezonie letnim, ponieważ "Wedel" produkował wspaniałe karmelki nadziewane (dotychczas czuję ich smak na języku), to dostawali też przydział "marmelady". W takich wiadrach pięciokilogramowych dostawało się "marmeladę", czyli to nadzienie. Ale tym razem, myślę, że w przewidywaniu tego, co się może zdarzyć - bo już przez cały lipiec było tak niespokojnie - ojciec przywlókł pięć kilogramów cukierków nadziewanych. Te cukierki były zapakowane w normalne wiaderko, ale o złotym kolorze, bardzo błyszczące. No i była straszna "operacja" z moją siostrą, bo to ona wlokła to wiaderko, a ojciec nie dość, że musiał pilnować, żeby nas nie ustrzelili albo nie zrobili jakiejś krzywdy i żebyśmy się nie zgubiły, to jeszcze musiał pilnować mojej siostry, krzycząc na nią, żeby ona to natychmiast rzuciła, bo bał się, że zauważą to złote wiaderko.
     Ale ona nie dała sobie tego wyperswadować i tak do tego nieszczęsnego Zieleniaka doszliśmy z tym wiaderkiem. I okazuje się, że ona postąpiła szalenie słusznie, bo te cukierki ratowały, od śmierci głodowej to za dużo powiedziane, bo to było kilka dni, myśmy tam byli około tygodnia, ale po prostu od głodu ratowały dzieci sąsiadów. Bo moja mama ustaliła przydział, po ile tych cukierków, i rozdawała dzieciom, które się gromadziły koło niej. To jest takie anegdotyczne, ale do śmiechu nie było.
     Byłam sama świadkiem dwóch wypadków. Nie pamiętam nazwiska tej pani, ale ona mieszkała w tych wspomnianych przeze mnie "blokach bankowych" - i ona miała na ręku pierścionek; bardzo nieostrożnie, dlatego że któryś z tej bandy zwrócił uwagę, dopadł do niej i usiłował jej ściągnąć ten pierścionek. Ale ponieważ nie dało się ściągnąć - bo prawdopodobnie miała napuchnięte dłonie - to na moich oczach jej obciął palec. To jest jedna sprawa. A druga: jedna z naszych sąsiadek, mieszkająca nad nami, piętro wyżej, osoba bezdzietna, była zatrudniona w Monopolu Tytoniowym (Monopol Tytoniowy był na Kaliskiej i praca tam była przedmiotem marzeń niektórych kobiet, dlatego że to była praca bardzo czysta, świetnie płatna, i w miarę stała), więc na tle reszty lokatorów dość nieźle im się powodziło. I oni chyba gromadzili te oszczędności - już w czasie okupacji, ponieważ wtedy też tam była zatrudniona - i mieli masę złota. Naprzeciwko domu były wybudowane dwa rzędy komórek, bo jak wspomniałam ten dom był niepodpiwniczony, a gdzieś trzeba było trzymać swoje rzeczy - bo strych był, ale był poświęcony na suszenie bielizny i tak dalej. Nie pamiętam już, czy ona to złoto zakopała w swojej komórce - możliwe, że w swojej komórce, bo nie sądzę, żeby na drodze między tymi komórkami. Zakopała to złoto pewnie na tyle płytko, że się wymknęła jak nas wypędzali, i popędziła tam. Ale była pilnie obserwowana. I oni poczekali aż wykopie, wykopała - i zastrzelili ją po prostu. Któryś z tych pseudo żołnierzy ją zastrzelił.
     Cała nasza trasa była taka - ulicą Częstochowską do Grójeckiej i następnie Grójecką kazali nam skręcić w prawo. Też żeśmy nie za bardzo wiedzieli gdzie, bo jeszcze nam do głowy nie przychodziło, że może jeszcze będziemy mieli przed sobą etap Pruszkowa. I popędzili nas na ten otwarty plac. Ponieważ to był początek sierpnia, to ten plac nie był jeszcze tak zapełniony...
I co, wszyscy koczowali na gołej ziemi?
    
No, goła ziemia, była, jak najbardziej. Dzień był bardzo gorący, bo Powstanie wybuchło w dzień, który był słoneczny - to pamiętam dokładnie - ale następnego dnia padał deszcz, bo wiem, że mama się strasznie zapłakiwała i zamartwiała, że mój brat nie wziął swetra. I były chyba dwa dni takie chłodniejsze, ale później nastąpiła straszna spiekota. To znaczy tak, jak w Polsce bywa, wieczory i noce - szczególnie, jak ktoś jest słabo ubrany - były chłodne, ale dzień był okropnie gorący. I była goła ziemia.
     I co z domu zdołaliśmy wynieść - ja zdołałam wyjść w takiej sukience letniej z kamizelką wełnianą, ale ta kamizelka chyba nie była potrzebna ze względu na aurę, tylko po prostu ja akurat ją robiłam na drutach i zdaje mi się, że przymierzyłam i tak została na mnie. Ale całe szczęście, bo coś miałam w charakterze swetra. Natomiast mama przytomnie zabrała odzież jesienno-zimową, krótko mówiąc - palta, ale nie zabrała żadnych moich butów, co się później odcisnęło strasznym piętnem na całym moim dalszym pobycie, ponieważ praktycznie prawie do grudnia byłam boso. Bo sandałki, jakie miałam na nogach, zdarły się kompletnie i nie za bardzo miałam w czym chodzić. I tą odzież rozkładała mama na ziemi i myśmy się na tym ciasno układali - rodzice po bokach, my z siostrą w środku.
     Na terenie Zieleniaka panował tzw. dryl niemiecki - nazwijmy to pruski (kiedyś u nas się tak mówiło: "dryl pruski") - to znaczy wszyscy byli ułożeni w takich bardzo równych rzędach. Plac nie był wypełniony, bo to był początek sierpnia, więc można się było jeszcze po nim poruszać - bo później już te tłumy tam wchodziły i poruszanie się było ciężkie - ale roznosiło też się echo okropne. Dlaczego mówię echo - bo ze szkoły mojej, o której wspomniałam, rozlegały się straszne krzyki. Na targu, na Zieleniaku, to ci żołnierze, którzy nas wypędzali, już nie mieli wiele do powiedzenia, bo była obsługa niemiecka, ale oni mieli ten przywilej, że mogli sobie wybierać dziewczęta do tak zwanej uciechy - i tam gwałcono te dziewczęta. To było coś strasznego. W związku z tym mój ojciec wpadł na pomysł - kłopot był z moją siostrą, bo ona miała siedemnaście lat. Ja miałam trzynaście, ale ona dodatkowo była trochę "postrzelona" i trudna do ujęcia w karby. W związku z tym ojciec się dwoił i troił, i wpadł na pomysł - a mama była młodą kobietą, bo to był rok czterdziesty czwarty, więc ona miała czterdzieści lat - i myśmy wszystkie trzy były robione na takie babuszki. Smarował nas popiołem - rozrobionym wodą, żeby to było ciemniejsze - smarował nam twarze, nawet takie artystyczne robił zmarszczki, żebyśmy wyglądały na dużo starsze. Uważam, że mieliśmy dużo szczęścia, dlatego że nam się z tej strony nic nie stało.
      Wydaje mi się, że tam byliśmy około tygodnia - może trochę krócej, ale chyba około tygodnia. 
     Wody w ogóle nie było. Woda była dowożona, tak mi się wydaje, w jakichś zbiornikach i rozdzielana, ale w tym strasznym tłumie, to proszę sobie wyobrazić. To było straszne.
     Pamiętam taką rzecz, która odcisnęła się piętnem na całym moim życiu. Obok nas siedziała nasza sąsiadka, której córka niedawno urodziła dziecko. Ta córka pojechała do lekarza czy gdzieś, już nie pamiętam i nie zdążyła wrócić do domu. I ta babka została z maleńkim niemowlęciem. Niemowlę miało może trzy tygodnie - w każdym bądź razie osesek, bo to nawet nie niemowlę, tylko taki świeżo urodzony. No i można było temu dziecku dać, bo nawet to ta babka dawała - mama w taką szmatkę w miarę czystą owijała jeden z tych cukierków, które moja "postrzelona" siostra uratowała, i to dziecko ssało, bo mleka nie było. No ale caluteńki czas kwiliło, cały czas. Takie dziecko musi mieć wodę, musi mieć picie - bo ono było odwodnione. I na śmierć tego dziecka patrzyliśmy niestety wszyscy. Bo ruszyć się nie można było - kto raz już zajął miejsce, to nie wolno mu się było ruszyć z tego miejsca. I to było okropne. Już tyle lat minęło, [a] ja ciągle pamiętam tą babkę, która tuli to dziecko do piersi - bo ono chciało się do jakiegoś ciepła przytulić. I umierało na naszych oczach...
     Z takiej aprowizacyjnej tematyki - poszła taka pogłoska, że za murem padł koń czy go zastrzelili; pewnie raczej zastrzelili, w tym całym bałaganie. I były pertraktacje z tą obsługą niemiecką, żeby można było go zabrać. Ten koń już był trochę nadszarpnięty, bo podobno, jak ojciec opowiadał, to trochę czuć go było, bo on się już chyba zaczął rozkładać. Chyba wypuścili jakąś gromadę ludzi, bo ten koń był rozszarpywany. Mój ojciec nic nie przyniósł, dlatego że wychodził z założenia, że dopóki nie jesteśmy głodni w ten sposób, że zagraża to naszemu życiu, to takich niepewnych rzeczy raczej należy unikać.
     Najgorzej było z wodą. Woda była w jakimś punkcie, ale chodził po nią głównie mój ojciec. Z tym że tej wody to on dostawał może jakiś garnuszek. Nie mówiąc o tym, że ja dokładnie nie pamiętam czy on miał w ogóle jakiś garnuszek, czy filiżankę, cokolwiek. Ale chyba nie miał. Nie mam zielonego pojęcia, w co on tam nabierał.
     No tutaj nas przetrzymali. Straszną rzeczą było, kiedy - mniej więcej po dwóch dniach - na Rakowcu (czyli z tyłu tego Zieleniaka, w stronę Okęcia) gdzieś pośrodku umieścili taką broń rakietową, myśmy to nazywali "krowy". Podobne trochę pewnie do rosyjskich katiusz.
     Prawda? One chyba na tych samych zasadach były skonstruowane. I to było okropne, dlatego że z tego Rakowca było bombardowane Śródmieście, czyli wysyłane były te pociski. To jest nie do opisania, dlatego że to było rzeczywiście wycie takiej wściekłej krowy. Najlepsze były noce, tylko były chłodne. Bo w nocy to nie przypominam sobie, żeby bombardowali. Myślę, że technika nie była jeszcze na tym poziomie, żeby bombardować w nocy, przecież nie było ani noktowizorów ani nic, tak mi się wydaje...
      Więc noce były względnie spokojne, z tym, że były zimne, bo myśmy byli przecież bez ciepłego ubrania. Więc znowu było to owijanie i tak dalej. Byliśmy brudni nieziemsko, bo o myciu to nikt nie myślał, tylko o tym, żeby jakiś łyk wody zdobyć.
      I zapamiętałam jedną rzecz - ale nie chciałabym być gołosłowna, to może zdoła ktoś sprawdzić - na początku naszego pobytu, to chyba było w formie groźby...
      Myśmy byli w piątym rzędzie. Jeżeli potrafi pan sobie wyobrazić, jak przebiega ulica Grójecka, z tyłu jest ta szkoła, to czoło - tam, gdzie stali niemieccy żołnierze i oficerowie - było właśnie od strony Grójeckiej, a my, licząc od strony Grójeckiej, byliśmy w piątym rzędzie. Rzędy były bardzo dokładnie, z dokładnością niemiecką, wytyczone. Później ścieśniali troszeczkę, bo nie mogli zmieścić, przecież tam kupę ludzi było.
     I ja pamiętam taką rzecz, dlaczego to zapamiętałam - bo pamiętam, że strasznie łkałam i płakałam, i krzyczałam bluźniercze słowa, mama też to zapamiętała. Do końca życia mi zostało takie sceptyczne podejście do spraw, o których nas uczono w Kościele (bo wychowałam się w rodzinie katolickiej). Wystąpił oficer - ale nie będę mówiła, który to był, bo nie chciałabym sięgać do jakichś źródeł historycznych, a byłam za mała, żeby zapamiętać - i przez takie szczekaczki, takie megafony-tuby, ogłoszono nam, że na Ochocie w wyniku działań bandytów, jak to nazwano, naszych żołnierzy z AK i ludności cywilnej, zginęło ileś tam (w tysiącach to określali) Niemców, i sojuszników, dodali, i w związku z tym tylu powinno zginąć Polaków. I pamiętam, że strasznie krzyczałam i tuliłam się do matki, i krzyczałam, że ja nie chcę umierać i że w ogóle nie ma żadnego Boga, ja w to nie wierzę. To było okropne przeżycie. Ale trudno mi określić dokładnie, jak to się odbywało. W każdym bądź razie z całą pewnością jakąś mowę tego typu do nas wygłoszono. Możliwe, że wyolbrzymiam, że powiedziano, że kilka tysięcy...
     Musiał to być jakiejś wysokiej rangi oficer, bo był bardzo elegancki. No więc to wyryło się w mojej pamięci okropnie.
     Na tym Zieleniaku, trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście, bo żadnej z nas nie zgwałcili i przeżyliśmy to. O głodzie i chłodzie, to prawda, ale żeśmy przeżyli. I któregoś pięknego dnia zaczęli nas pędzić, żeby się zbierać. Więc znowu w te węzełki, bo mowy nie było o żadnych walizkach, tylko w takich węzłach była powiązana odzież i co tam matka zdołała uratować. Bo co zdołała uratować, to później powiem, to jest może humorystyczne, ale to nam też raz -  nie tyle, że uratowało życie, ale przynajmniej byliśmy trochę najedzeni. Wypędzili nas i popędzili nas trasą: ulica Opaczewska, do Szczęśliwickiej - teraz to wszystko inaczej wygląda - i później przez pola do Dworca Zachodniego. I mnie się wydaje, że do tego Pruszkowa nie pędzili nas pieszo, ale może się mylę. To w ogóle umknęło mojej uwadze, dlatego że cały szereg rzeczy wypierałam z pamięci tuż po wojnie. Do Pruszkowa znowu nie jest aż tak daleko, ale całkiem niewykluczone, że nas załadowali do bydlęcych wagonów i przywieźli, bo to przecież była straszna gromada ludzi.
     Ja zupełnie tego nie pamiętam. Bo później całą podróż do Wrocławia doskonale pamiętam. A tu nie.
Natomiast zapamiętała pani pewnie moment dotarcia do Pruszkowa i jak w tym Pruszkowie było.
    
To było po południu, ale następnego dnia rano nas już wywożono. Bo taka pierwsza selekcja, była z cała pewnością w Pruszkowie. Ponieważ w tym domu, w którym mieszkałam, mieszkały także siostry mojej mamy (bo oni wszyscy mieszkali w jednorodzinnym domku na ulicy Przyokopowej) i moja babcia też - i ona się jakoś odłączyła. Nie pamiętam już jak to się stało - czy poszła wspomagać jakąś sąsiadkę, czy co - ale ona później przez Wrocław przeszła. I następnego dnia rano zapędzono nas do wagonów bydlęcych i do Wrocławia jechaliśmy chyba około trzech dni.
Razem z rodzicami i z siostrą?
     
Cały czas. Dlatego że rodzice szalenie pilnowali, żebyśmy jako rodzina byli razem, bo ojciec uważał, że dopóki jesteśmy razem, to nic nam się jeszcze takiego złego nie dzieje.
      Dowieziono nas do Wrocławia - pięknego miasta, to wszyscy mogą potwierdzić, i ci z Niemców, którzy tam mieszkali poprzednio, i Polacy - no i tam przeżyłam szok, to pamiętam dokładnie... Tych takich strasznie brudnych, wymęczonych ludzi, niedomytych, głodnych, pędzono nas, jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie - dopiero później się dowiedziałam, że na bardzo historyczne miejsce, czyli na tak zwane Psie Pole. Tam był obóz przejściowy, co zresztą w moich dokumentach jest uwidocznione. I na ulicy...
     Myśmy przeżywali przecież w czasie okupacji, ja już nie mówię niebezpieczeństwa, bo niebezpieczeństwo groziło nam dosłownie zza każdego węgła i kara śmierci była usankcjonowaną karą za wszystko, obojętne - czy jakaś drobna kradzież niemieckiemu obywatelowi (bo takie rzeczy też się pewnie zdarzały) czy kupno białej bułki z nielegalnej piekarni. Szkoda, że nie mówimy o czasach niemieckich, bo bym powiedziała, jak Polacy sobie z tym dawali radę. Ja osobiście, już w 1943 roku, chodziłam do nielegalnej piekarni na ulicę Częstochowską. Mama dawała pieniądze i kazała przynieść bułkę - i ja otwarcie ją niosłam, dlatego że to było obojętne, bo za wszystko groziła kara śmierci.
      Przeżywaliśmy też okropne upokorzenia. Ale takiego upokorzenia, jak przeżyliśmy tam we Wrocławiu, to ja nie pamiętam. Bo po obydwu stronach ulicy stały tłumy Niemców, z dziećmi, i te dzieci małe - do czego może doprowadzić system (bo różne systemy istniały na świecie), do takiego zdziczenia w wychowaniu - te dzieci wyskakiwały przed szereg i pluły na nas... Albo jakimiś zgniłymi pomidorami nas obrzucały. Pluły. I ja cały czas pamiętam, że mamę pytałam: "Mamo, ale co oni od nas chcą? Przecież to nie jest nasza wina.". Mama tylko pokrzykiwała, żeby nie dyskutować, tylko iść dalej.
      I wprowadzono nas na teren, w którym stały baraki i powiedziano, że to jest taki obóz przejściowy, co dalej z nami będzie, to jeszcze się dowiemy, bo na razie nie wiadomo. 
      Czyli reasumując: nie udało nam się nigdzie wysiąść po drodze - uciec z pociągu. Chociaż strzelano, może by nam się udało, gdyby nas było mniej - ale nas była czwórka, a ojciec i matka pilnowali, żebyśmy byli razem.
A pani widziała, jak ktoś próbował uciekać?
     
No oczywiście. Widziałam. Niektórym się to udawało, ale byli też zastrzeleni. Strzelano do nich po prostu.
     Więc nie udało nam się uciec i już wiedzieliśmy, że zostaniemy gdzieś wywiezieni do Niemiec, ale gdzie - nie wiadomo. Bo na razie to był Śląsk. Ojciec się bardzo cieszył, że to jest tak blisko - bo to było blisko Polski - że nie gdzieś daleko, na przykład Westfalia czy gdzieś.
     W tym baraku nocowaliśmy tylko jedną noc, dlatego że z mety nas obsiadły wszy. Wszy, pchły i wszystko, co tylko tam było ruszające się. Więc następnego dnia rodzice podjęli decyzję, że będziemy spali na zewnątrz. Na razie to całkiem jeszcze normalnie przebiegało, bo noce nie były takie chłodne, ale końcówka była trudna. Już tak w drugiej połowie sierpnia było ciężko, bo było po prostu zimno, a myśmy mieli niedostateczną odzież. Więc wszelkie szmaty, jakie matka uratowała, to zakładałam. Dostęp do wody był jakiś - i rozpoczęło się domywanie się.
      I ja tutaj, na zdjęciu, które prezentuję w dokumentach, występuję we fryzurze obciętej osobiście przez moją mamę, która miała duże zdolności manualne, ale proszę sobie wyobrazić, że nie zabrała ze sobą nożyczek. W torbie, jaką wiozła, miała różne dziwne rzeczy - bardzo zresztą niektóre ważne, jak się później okazało - ale nie miała nożyczek. I ojciec naostrzył taki kawałek blachy, i na tym zdjęciu widać wyraźnie: warkocze mi obcięła i takie kosmyki sterczą - teraz pewnie szalenie modne, ale wtedy nie. Tym kawałkiem blachy ucięła i wymyła mi w piasku - później ogromnie ciężko było to spłukać - piaskiem i wodą wymyła mi głowę.
     I trzeba było spać na ziemi. Problem był z jedzeniem. Pierwszego dnia w ogóle nie dostaliśmy nic do jedzenia. Myśmy nie mieli żadnych zapasów, zresztą to nie były warunki po temu, żeby wynieść z domu jakiekolwiek zapasy. Rano dostawaliśmy kawę zbożową, ale w ogóle nie było w co nalać tej kawy. I ojciec, jako dobry ojciec rodziny dbał szalenie o nas, znalazł gdzieś jakieś puszki po konserwach, takie nieduże, zardzewiałe zresztą były, ale jak to w wodzie się wyszorowało, to już mieliśmy na kawę. I dostawaliśmy co drugi dzień skibeczkę chleba, taką piętkę.
     A codziennie była zupa, ale zupa była - my z siostrą mówiłyśmy, że ze ślimaków. No ślimaki to jeszcze byłoby pół biedy, ale ona była z robakami, dlatego że była z buraków pastewnych ugotowana. Nie pamiętam, żeby tam była jakakolwiek wkładka - może i jakaś wkładka mięsna była, ale do nas na pewno nie docierała.
     I na tym tle, to już opowiem jako anegdotę zupełną, bo miałam to wypominane przez całe życie do śmierci mojej mamy, która zmarła w wieku lat osiemdziesięciu dziewięciu i przy jakichkolwiek moich oporach czy skargach na cokolwiek przypominała mi - jak przypowieść biblijną zupełnie - przypominała mi tę sytuację. Otóż ojciec się zakręcił gdzieś i pomógł dźwigać kotły z tą przepyszną zupą, za co dostał cztery ziemniaki. To było całe ogromne bogactwo. Ale mama, jako sprawiedliwa osoba, powiedziała, że trzeba się podzielić, że nie będziemy sami tego przecież jedli - prawdopodobnie gdybyśmy byli dłużej, to byśmy ulegli większemu zdziczeniu, ale to jeszcze było na samym początku. I trzeba było ugotować zupę. Tylko z czego? I nastąpiła kooperacja - ktoś przyniósł zardzewiałą puszkę po "marmeladzie" czy po czymś - bo tą naszą słynną złotą puszkę zostawiliśmy na Zieleniaku niestety, a szkoda, bo by nam się przydała - przyniósł jakąś puszkę, taką kilkulitrową, i były te cztery nasze ziemniaki, i ktoś miał sól, co było też bardzo ważne. Natomiast mama miała rzecz bezcenną, jak się okazało, bo nie wiadomo, dlaczego - ludzie różne rzeczy ratują - w torbie (nie w torebce eleganckiej, tylko miała taką podróżną torbę) miała może ćwierć kilo, może trochę więcej, razowej mąki. Razowa mąka, która służy nieraz do robienia zakwasu do barszczyku. Jak ona się tam u niej znalazła, pojęcia nie mam. W każdym bądź razie te ziemniaki, bardzo drobno pokrajane - bo później dostawało się z przydziału w tych puszeczkach, nas tam było kilkoro do podziału - mama zasypała tą mąką, posoliła, ugotowała. I co mi wypominała (to też zapamiętałam na całe życie, ale nie mogłam tego ćwiczyć na mojej córce, bo ona była w innej sytuacji) - otóż ja jadłam i strasznie płakałam nad tą zupą. I ojciec mówi: "Ale czemu się mażesz?" "Bo ja, tatusiu, jeszcze nigdy w życiu nie jadłam czegoś równie pysznego i nigdy w życiu już nie będę jadła." I mama mi to przypominała, jak byłam starsza.
     Ale powstał problem - na zdjęciu, które ocaliłam, na zdjęciu mojego ojca widać, że on już był taki trochę podpuchnięty, dlatego że on z tej zupy wyławiał a to jakiś ziemniak, a to coś i oddawał nam, a sam nic nie jadł. Poza tym bardzo ciężko te kotły dźwigał. I jeszcze coś tam dostał, ale już drugi raz czterech ziemniaków nie dostał niestety.
    I któregoś dnia - może po paru dniach - przybiegł z wiadomością, żebyśmy się zbierali szybciutko, ponieważ robią nabór do chłopów niemieckich, ale tylko dla rodzin, i tyko dla tych rodzin, które mają dzieci poniżej lat czternastu. No i ja spełniałam te wymogi.
     I wtedy, już się nie rozdrabniając na resztę rodziny i nie szukając, całą czwórką żeśmy się zgłosili. I według numerów widać wyraźnie... Bo ja później składałam takie oświadczenie dla mojej siostry - ja dostałam numer 811... Następne były numery: mojego ojca, to był numer 809, moja mama dostała 812 - i drogą dedukcji doszłam do wniosku, że siostra musiała mieć 810. Bo najprawdopodobniej najpierw się zjawił ojciec, później stanęły w szeregu dzieci i na końcu była matka. Bo oni zawsze jak trzódkę nas tak zaganiali, żeby dzieci były w środku.
     I stanęliśmy. Mieliśmy sporo szczęścia, bo tę listę praktycznie już zamykano. Powiedziano nam, że można jechać do chłopów niemieckich, ale nie powiedziano, że nas rozdzielą. Liczyliśmy się z tym, tylko że matka nie liczyła się z tym, że mogą oddzielić mnie od niej, bo ja jeszcze byłam za mała - jak na zdjęciu widać: chudzina taka kompletna.
     Zapakowali nas chyba tego samego dnia do transportu do Żmigrodu; czyli teren już bardzo bliski starej granicy polskiej, bo ten Żmigród był blisko Rawicza, więc blisko Wielkopolski. I w Żmigrodzie odbył się taki trochę niesympatyczny, ale autentyczny targ. Bo Niemcy dobierali sobie, kto im tam był potrzebny.
     Moja siostra dostała się do gospodarza, który prowadził jednocześnie piwiarnię. Właśnie w tej piwiarni, raz w miesiącu, mogliśmy wydać nasze zarobione marki. I ona tam pomagała w gospodarstwie. Nie pracowała ciężko i uważam, że trafiła chyba najlepiej, dlatego że ten pan, do którego ona trafiła, to był autochton - nazywał się Zielonka, był Polakiem z pochodzenia, ożenionym z Niemką. Niemka była marudna, to prawda - miała nienormalnego syna, więc miała prawo być marudna, bo miała z tym synem kłopoty - ale specjalnie nie dokuczała mojej siostrze Zofii, tym bardziej, że Zielonka jej na to nie pozwalał.
     Mama dostała się w centrum wioski - wioska była bardzo długa, bo miała kilka kilometrów, to była taka typowa ulicówka - i mama dostała się w sam środek wioski, do pani Selmy Rose, bardzo przyzwoitej osoby, wprawdzie posiadającej synową nazistkę, i to taką z przekonania, ale mama też była pod ochroną tej pani Rose. Ciężko pracowała, to prawda - trzeba pamiętać, że myśmy byli ludźmi z miasta, którzy w takich dużych gospodarstwach nie pracowali. Dostała bardzo ciepłe pomieszczenie - ktoś może powiedzieć, że może mało eleganckie, ale ja uważam, że było bardzo przyzwoite - miała taki kąt urządzony w pomieszczeniu, gdzie parowało się ziemniaki dla świniaków i dla trzody chlewnej, bo krowy to wiadomo, że jedzą rośliny. Ale ponieważ to się odbywało na ogół w ciągu dnia, więc na noc miała bardzo ciepłe pomieszczenie. Miała dostęp do wody, mogła się umyć. Bo moja mama miała tam dużą swobodę, no i przede wszystkim - była bardzo dobrze karmiona.
     Natomiast mnie kupił, że tak powiem: jako dodatek do ojca, człowiek, który okazuje się nie był właścicielem gospodarstwa - bardzo dużego, ale głównie składającego się z łąk, bo tam było bardzo dużo bydła - to był teść właścicielki. Ta pani, o której nie mogę nic dobrego powiedzieć - chociaż przykro mi jest ogromnie, po tylu latach to powinnam już jej dawno wybaczyć, ale uważam, że była bardzo złym człowiekiem - nazywała się Maria Rennoch, tutaj w dokumentach mam zanotowane. Gospodarstwo miało ogromne łąki nad Baryczą. A nie było gospodarza, bo był na wojnie. Teść tej pani okresowo, przyjeżdżał i przebywał tam przy obrządku najważniejszych - ale nie najcięższych, tylko takich raczej polowych - prac. Natomiast do ojca zadania należała cała reszta - bardzo ciężka praca. Tam były cztery konie, było trzydzieści krów, które ja pasłam - ale krowy to już była domena Ukrainki, Duniaszy. Bardzo dobrego człowieka, ale przeraźliwie głupiego - ona przyjechała tam na ochotnika, nie mogliśmy się nadziwić...
Zgłosiła się na roboty do Rzeszy?
    
Ona się zgłosiła, tak. I ja ją teraz rozumiem, wie pan? Trzeba pamiętać, że to była szalenie prosta kobieta, też pod buciorem odpowiedniego systemu, czyli radzieckiego. To, co robili z Ukraińcami Rosjanie, to wszyscy teraz wiemy, a poprzednio myśmy ich nie usprawiedliwiali. Może chciała kawałek świata zobaczyć? Nie mam pojęcia, jak to mogło być. To był tak dobry człowiek, że jak myśmy uciekali - bo niestety musieliśmy stamtąd po wyzwoleniu uciec - tym razem uciekaliśmy z kolei przed Rosjanami...
     W każdym razie była nas trójka obcokrajowców. Czyli ojciec, ja i Duniasza, tak ją nazywałam. Bardzo ją zresztą lubiłam. Strasznie spracowany człowiek. Ile tam było krów mlecznych, to nie pamiętam, te, które ja musiałam wykarmić na tych polach. No i ojciec wykonywał bardzo ciężką pracę - wszystko, co wymagało jakiejś ciężkiej pracy, to niestety robił tylko mój ojciec.
     Jakie tam były warunki? Warunki były przeraźliwe. To był bardzo duży dom, położony w przepięknym miejscu, na takim niedużym wzgórku, za wsią. Od wsi oddzielał go most, po drugiej stronie mostu, nad Baryczą, było piękne grodziszcze, jakieś jeszcze średniowieczne chyba. Wieś nazywała się Grünthal, obecnie nazywa się Kędzie, i tak też się wcześniej nazywała, bo miałam taką pocztówkę - nie mam pojęcia, gdzie mi zaginęła - na której była stara nazwa: Kędzie. Nie wiem (to trzeba by było zagłębić się w literaturę historyczną) czy to było w wyniku plebiscytów, jak Śląsk dzielono, czy jak - nie mam pojęcia, w jakim momencie myśmy te Kędzie utracili, natomiast mieszkało tam sporo Polaków. Tam mieszkali autochtoni, czyli Polacy. Sporo to trudno powiedzieć, ale w każdym bądź razie kilku moi rodzice tam poznali. Oni nam zresztą nawet bardzo pomogli.
     Warunki mieliśmy okropne. Dlaczego? Frau Rennoch - tak ją będę teraz nazywała, bo "pani" to uważam, że to za duży honor - miała dwie dziewczynki. Starsza, Lisa, miała wtedy chyba pięć i pół roku, a ta młodsza, Greta, była taka w granicach czterech lat z czymś, małe dziewczynki.
     Ja jeszcze wtedy nie mówiłam po niemiecku i Frau Rennoch mi oświadczyła, że mam trzy dni na nauczenie się języka niemieckiego. Trzy. Mam opanować słownictwo w takim zakresie, który umożliwi mi zrozumienie, że należy wypędzić krowy na pastwisko - jeszcze nie wiedziałam ile tych krów jest, a bałam się krów okropnie - i, oczywiście, żebym zrozumiała, że mam się zgłosić na posiłek. Jakie będą te posiłki, to też jeszcze nie wiedziałam. I rozpoczęła się nauka języka niemieckiego. Dzieci w tym wieku, nawet w moim, miałam 13 lat, mają bardzo chłonny umysł i szybko się uczą języka...
A jak wyglądała ta nauka?
   
A w ten sposób wyglądała, że dostałam jako nauczycielki te dwie małe dziewczynki, z których bardzo lubiłam tą młodszą, natomiast ta Lise była przeraźliwie złośliwa. I zadawałam pytania: "Was ist das? Was ist das?". Kolejno, na cokolwiek, i starałam się zapamiętać - bo nie miałam ani ołówka, ani papieru, więc nie można było zanotować - no i cały czas się wsłuchiwałam. Bo Duniasza, ta Ukrainka, nie mówiła po niemiecku. Wręcz przeciwnie: mi się zdaje, że Rennochowa musiała się chyba nauczyć ukraińskiego - dlatego że Duniasza do niej mówiła, do nas też, po ukraińsku i Rennochowa rozumiała. A Duniasza rozumiała tylko takie proste odzywki niemieckie.
     Mój ojciec, człowiek szalenie ambitny i nienawidzący Niemców, przez cały czas pobytu ani razu nie użył niemieckiego słowa. Ani razu. I zapowiedział, że on się nie będzie uczył, a nawet jeżeli coś zapamięta, to nie będzie używał.
     I ja się strasznie o ojca bałam, przeraźliwie. Dlaczego? Dlatego, że Niemka miała na sumieniu poprzedniego robotnika, Polaka. Nazywała go Anton, czyli Antoni. Jak plotki po wsi chodziły - bo ona w ogóle była nielubiana w całej wsi, przez Niemców też - podobno miała mu za złe, że on nie zwracał uwagi na jej wdzięki, no ale to może są plotki. W każdym bądź razie ona go wsadziła do obozu koncentracyjnego. I ja się o ojca szalenie bałam.
     Ale mój ojciec postanowił się jakoś tam zorganizować i w związku z tym ustaliliśmy, że ja, jak tylko już nabędę tutaj jakichś praw, będę chodziła wieczorem do mamy. No i co mama robiła: po pierwsze, jeżeli ja do niej trafiłam w niedzielę - bo w niedzielę to już rezygnowałam z tego wspaniałego obiadu, który robiła pani Rennochowa, która jeszcze w dodatku strasznie marnotrawiła te nędzne środki na jedzenie, bo gotowała okropnie - to wtedy pani Rose, gospodyni mojej mamy, mówiła "Ja wiem, że ta Rennochowa to cię tam głodzi ogromnie"; i ona do tego pomieszczenia mamy jeszcze coś przynosiła i ja po prostu się u niej najadałam. Błogosławię tę kobietę naprawdę do końca życia... Dodatkowo dożywiałam się w ten sposób, że mama, niestety, przeszła jeszcze na taki system, że podkradała jej jajka. I te jajka wrzucała do ziemniaków gotowanych w parniku, wyjmowała - gotowała oczywiście na twardo, nie było mowy żeby na półmiękko - i ja te jajka zanosiłam ojcu. To, co zjadłam, to w porządku, ale zanosiłam ojcu. Teraz chciałabym, żeby pan sobie wyobraził - miałam trzynaście lat, byłam wygłodzona i schorowana, bo byłam praktycznie boso. Byłam boso, bo miałam takie sandałki, które się zupełnie rozpadły, na kawałeczki, i boso byłam prawie do końca.
Była jesień i nie dostała pani żadnych butów?
    
A skąd! Ona się w ogóle nie starała. O drewniaki - nie o buty, bo ja rozumiem, że butów mogłam nie dostać - wystarał się Bürgermeister, który był tak wspaniałym człowiekiem, że jak weszli Rosjanie, to myśmy jednym murem za nim stanęli; bo on nie chciał nigdzie uciekać i nie uciekł. Ja nie mam pojęcia, co się z nim stało, powinnam była tam pojechać kiedyś i stwierdzić, bo to był bardzo dobry człowiek. Miał już dorosłe dzieci i oni z żoną chcieli mnie wykupić od tej Niemki, od Rennochowej, ale ona się nie zgodziła, bo kto by jej te krowy pasł. Bo krowy to ja wypędzałam prawie do końca listopada, a później jak nastąpił mróz, to robiłam cięższe prace w obejściu. Na przykład rżnięcie drewna, sprzątanie obornika - no też prace ponad moje siły, ale trzeba było to robić, bo nie było innej rady.  
      Warunki, w jakich mieszkaliśmy trudno sobie wyobrazić. A to był bardzo zasobny dom. Ja rozumiem, że ona nie musiała darzyć nas specjalną miłością, ale widziała, jak ja jestem zmarznięta, bo nie miałam co założyć na nogi; palto miałam, tylko na nogi nie miałam co założyć. Mieliśmy taki przechodni pokój - właściwie to było zrobione z takiego korytarzyka. Duniasza, jako ta, która była pierwsza, miała na końcu tego korytarzyka (malutkiego zresztą, ja to nazywam korytarzyk, ale to było takie wąskie pomieszczenie) maleńką komórkę, ale samodzielną. Nie mieliśmy światła. W całym domu była elektryczność - w tych dwóch pomieszczeniach nie było. Widocznie z oszczędności, żebyśmy nie wypalali. Był piec, ale do pieca nie mieliśmy drewna - bo nie wolno nam było wziąć tego drewna, które było. W związku z tym taka była sytuacja, że po ścianach, które tam były, to praktycznie można było na łyżwach jeździć, bo to był jeden lód. Było strasznie zimno.
     Mama się strasznie denerwowała, jak to będzie dalej, tym bardziej, że ojciec zapadł na straszną chorobę. Z niedożywienia i z przepracowania, porobiły mu się czyraki pod pachami i na szyi - to zresztą znana sprawa wśród więźniów obozów koncentracyjnych - no okropne; i miał strasznie wysoką temperaturę. A ja dostałam zapalenia ucha. Dopóki ucho boli, to jest wszystko dobrze, o tym się przekonałam, bo to się później zakończyło bardzo ciężką operacją, w Polsce po wielu latach. Ubytek słuchu na to jedno ucho mam ogromny.
Czyli z powodu tych złych warunków nabawiła się pani zapalenia ucha i częściowo potem pani straciła słuch?   
      
No tak. Bo ja mam 25% w lewym uchu, tylko tyle mam słuchu.
     No i poszłam do tego naszego kochanego - bo mogę powiedzieć - Bürgermeistra i wypłakałam mu się, że to przecież tak dalej nie da rady, bo ja jestem boso. Bo takimi szmatami owijałam nogi, a Duniasza była tak dobrym człowiekiem, że oddawała mi swoje buty jak szłam do mamy - ona nie mogła na to patrzeć, bo przecież było już zimno. I Bürgermeister załatwił drewniaki z pierwszego przydziału, jaki dostał. Te drewniaki były trochę na mnie za duże, ale - podobnie jak przy tej zupie, o której opowiadałam - wydawało mi się, że to było najwspanialsze obuwie na świecie, bo one były bardzo ciepłe, dlatego że tam była taka gruba drewniana podeszwa. I w tych drewniakach dotrwałam do wyzwolenia.
     Rennochowa karmiła nas okropnie, a jak ojciec zachorował, to oświadczyła, że ponieważ on nie pracuje, nie dostanie jeść. No i nie pozwoliła mi zabierać. Bo ona dostawała na nas przydziały, na kartki.
     Ojciec był pozbawiony jednej możliwości. Otóż rano zaprzęgał konia i na taki lekki wóz ładował - krów mlecznych było przecież bardzo dużo - bańki z mlekiem i odstawiał do rozstaju dróg. Tam prawdopodobnie jakiś samochód czy inny wóz zbiorczy zabierał te bańki, które ojciec zostawiał przy moście. I ojciec - nie zdradzając tajemnicy nikomu, ale mnie później powiedział i ja to bardzo popierałam - dostał od kogoś taki aluminiowy kubeczek, który spłaszczył, chował go za pazuchą i jak odwoził to mleko, to po prostu otwierał bańki kolejno i zbierał co? - śmietankę zbierał i tę śmietankę popijał. Bo inaczej to on by kompletnie nie mógł pracować. Ale jak się rozchorował tak ciężko, to niestety nie mógł tego robić i powstał straszny problem.
     Trzeba było zorganizować dla niego jakieś jedzenie - jakiekolwiek jedzenie, tutaj już pomagała moja siostra. Do niej było strasznie daleko, bo od tego gospodarstwa, w którym ja byłam, do mamy (ja początkowo używałam określenia, że to cztery kilometry, ale chyba przesadzam) to było dwa kilometry z okładem, jeżeli nie więcej, a do mojej siostry drugie tyle, kawał drogi. I ja bym nawet nie zdążyła tego wszystkiego załatwić, bo trzeba było wrócić, a bałam się ogromnie, przecież było ciemno. Tam, gdzie myśmy mieszkali, to było pustkowie; to był taki dworek postawiony na wzgórzu. Bardzo dobre obejście, bo to było wszystko dobrze zorganizowane, w pięknym miejscu, nad rzeką, bo Barycz płynęła bardzo blisko, ale do wsi był kawał drogi, strasznie daleko.
      W każdym bądź razie, to już było bliżej niż dalej do końca wojny i wiedzieliśmy, że chyba wytrwamy, bo o tyle było bezpiecznie, że nie zagrażało nam bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Uważam, że mieliśmy dużo szczęścia, bo mniej szczęścia miała moja babka, którą wywieziono do Ravensbrück. Mieliśmy dużo szczęścia i gdyby była inna sytuacja u tej Niemki, to pewnie aż takich przykrych wspomnień bym nie miała.
     Mieliśmy tak zwane wychodne. Tu mamy na dokumentach zaznaczone, że nie wolno nam opuszczać tego miejsca pobytu, gdzie jesteśmy przydzieleni - to i w książce pracy mamy i tutaj - ale to wszystko się odbywało w obrębie wioski, z tym że trzeba było mieć zgodę pracodawcy na oddalenie się. I teraz w zależności od humoru - jak Rennochowa miała dobry humor, to pozwalała mi do matki pójść. Bo jak wieczorem już wszystko zrobiłam... Tam była jeszcze taka Niemka młoda na praktyce, Ana. Ale jak miała zły humor, to nie wypuszczała. A ja musiałam pójść, bo myśmy byli bardzo głodni, bo ona nam dawała strasznie głodowe racje. Dunia pilnowała i jak Niemka pukała do drzwi, to Dunia - bo ojciec się nie odzywał, bo (tak jak mówiłam) postanowił w ogóle ani jednego słowa po niemiecku nie powiedzieć, tylko na przykład mówił bardzo brzydko "Czego?!", a ona oczywiście nie rozumiała - ale Dunia mówiła do niej: "Fraua!" (tak do niej mówiła: "Fraua") i tłumaczyła jej tym swoim łamanym językiem, że ja już śpię, i Rennochowa dawała spokój. Więc ja się wyślizgiwałam przez okno, do mamy, wieczorem, opłotkami do niej zmierzałam.
      Ale wychodne z całą pewnością mieliśmy, raz w miesiącu to na pewno. I to wychodne było wspaniałą rzeczą dla mojego ojca, bo wtedy obowiązki przejmował ten teść i ojca wypuszczał. No nie powiem, że na cały dzień, ale chyba zaraz po śniadaniu uciekaliśmy. To śniadanie to też było coś okropnego, no ale coś tam było do jedzenia. Uciekaliśmy i szliśmy wszyscy do piwiarni - do Zielonki, czyli do mojej siostry. Mama też dostawała takie wychodne i mogliśmy wydać pieniądze.
      I ja zarabiałam, bo przecież dostałam odpowiednią grupę zaszeregowania. Karta pracy, to jest mój numer, 18, ale tu mam napisane, że byłam Landarbeiterin, czyli pracownica rolna, i miałam 1A2C - jakaś tam grupa - i za to dostawałam miesięcznie 8 marek. Bardzo dokładnie, systematycznie ona to wypłacała.
     Ona mi wypłacała 8 marek, bo to była jakaś umowa. Tutaj mam napisane, że kim byłam: staatenlos - wypędzona (co tak szalenie popularnie się teraz mówi, więc mogę się zapisać do tego zrzeszenia; absolutnie wypędzona); jakiego pochodzenia jestem: Polka; skąd: z Generalnej Guberni, z Warszawy; u kogo pracuję; numer książki pracy... Niemcy byli szalenie dokładni, nawet w tych momentach wojennych, bo tu nawet miałam zanotowanego lekarza. On zresztą mnie oglądał z tym uchem, ale kazał przykładać gorący piasek, po którym ja strasznie wyłam. I tutaj wszystko jest określone. Ile zarabiał mój ojciec, to nie wiem, ale chyba trochę więcej...
A tu jest ten właściciel?
     
To jest Paul Rennoch, który był w wojsku. Ten Paul Rennoch przyjechał na urlop. I poza tymi dwoma dziewczynkami miało się urodzić jeszcze jedno dziecko, tak że w momencie ucieczki, to Rennochowa była w ciąży, dosyć zaawansowanej. I wymyśliła sobie - to świadczy o tym jak była niedobrym człowiekiem, bo myśmy mieszkali na pustkowiu kompletnie, i teraz ona mnie zostawiając - powiedziała, że ojciec pojedzie z nimi, z ich rodziną. Bo krótko mówiąc - on był niewolnikiem, więc powinien ją doprowadzić. Szans nie mieli żadnych, to wiem nawet ja, która się tak mało orientowałam. Ale słychać było, dlatego że to wszystko szło na Legnicę. Jakie to były wojska, nie wiem...
     A nasza wioska była na uboczu i myśmy na razie widzieli tylko forpocztę, w tych białych ubraniach - takich białych chałatach, bo śnieg spadł - żeby ich nie było widać. Ta forpoczta przyjechała, rozejrzała się, jakie będą warunki dla stacjonowania ich wojsk i popędzili dalej. A dalej jechały czołgi.
      Więc Rennochowie szans nie mieli żadnych na dotarcie tam, gdzie chcieli dotrzeć. Gdzie chcieli dotrzeć, to pojęcia zielonego nie mam. W każdym bądź razie Niemka była zachłanna okropnie, bo zabrała ojca. Ojciec nie mógł odmówić od razu, bezpośrednio, natomiast powiedział mi po cichu, żebym się nie denerwowała, ponieważ on tu wróci i to bardzo szybko. Powiedział: "Dziecko, daleko nie odjadą, gdzieś będą musieli się zatrzymać (cała ta kolumna tych uciekających), natomiast ja na pewno cię tutaj nie zostawię". Bo ja z kolei łkałam, że przecież nie można tych zwierząt zostawić tak bez opieki, i co my tutaj z Dunią zrobimy.
       I proszę sobie wyobrazić, że Rennochowa dała nam garnuszek smalcu, bochenek chleba... Co ona tam jeszcze zostawiła? Niewiele... Aha, garnuszek melasy od buraków (jak buraki się na cukier przerabiało, to powstawała taka melasa, coś w rodzaju "marmelady", zresztą bardzo dobrej). I oświadczyła, że za trzy - cztery dni to ona będzie z powrotem i to nam musi wystarczyć.
      No i ojciec pojechał, ale zorientował się w sytuacji. Tam był jeszcze teść Rennochowej, była ta Ana, siedemnastoletnia dziewczyna, bardzo silna osoba... I były te dwie małe dziewczynki. I ojciec miał dylemat - czy zaopiekować się swoim własnym dzieckiem, które i tak dostatecznie przeszło i scedować to na tego teścia, który był w sile wieku. Przy tym strasznym bałaganie, ponieważ ona się piekliła okropnie, ojciec wręczył lejce Anie, tej Niemce, powiedział: "Ana, ty tu prowadzisz" i zniknął w tym tłumie, i przywlókł się do nas.
     Zostaliśmy na pustkowiu, bardzo niebezpiecznym, bo tam podciągali Niemcy, niedobitki. Było masę jedzenia oczywiście, jeżeli chodzi o jedzenie, to było bez problemu, natomiast także Rosjanie interesowali się. Oczywiście przyjechali, od razu zabrali konie. Dunię ukryliśmy, bo co Duni groziło, to każdy wie - dla Rosjan ten, kto dał się wziąć do niewoli, to był zdrajca, no a taki, który jeszcze sam chętnie pojechał, to ja już w ogóle nie wiem, jak to w ich kategoriach wyglądało. Więc Dunię myśmy schowali, a ja wyglądałam biednie, bo byłam strasznie wygłodzona, więc mną się nie zainteresowali.
      Ale myśmy postanowili stamtąd wywiać. No i był straszny problem - co z tymi zwierzętami zrobić. Ojciec postanowił wypędzić krowy na pastwisko, bo śnieg owszem był, ale nie była tak strasznie gruba ta pierzynka śniegowa, żeby one tam nic nie znalazły. I rozpędził całe ptactwo, które tam było, to znaczy kury, indyki, różne takie rzeczy. Jeżeli chodzi o zapasy jedzenia, to nie musiał brać, bo żeśmy po prostu uciekli do mamy, do środka wsi. I mama postanowiła mnie wtedy odkarmić. Nie było innej rady, bo ja już "leciałam przez ręce". Jej Niemka dała jej dostęp do spiżarni. Bo ta nasza to pozamykała wszystko, ale ojciec już machnął na to ręką.
Czyli ta druga Niemka nie uciekała, a została na miejscu?
     
Uciekła. Oni wszyscy uciekli. Poza Bürgermeistrem i może nielicznymi niedobitkami, jak ktoś już zupełnie nie mógł. Bürgermeister postanowił nie uciekać. Powiedział, że gdzie on pójdzie - i tak nie uniknie losu. Część została, ale część z tych, którzy widocznie mieli sporo na sumieniu, zwiała. I pani Rose też wyjechała z tą swoją synową, natomiast mama została sama na gospodarstwie; ale to było mniejsze gospodarstwo. (...)
      Oczywiście od razu myśleliśmy, żeby wracać do Warszawy - nie wiedzieliśmy, w jakim stanie jest Warszawa - ale trzeba było jakoś się odpaść, bo to wszystko wyglądało bardzo nieciekawie, ojciec był strasznie schorowany. I nastąpiło takie tuczenie nas, mama wyciągała różne weki i pasła nas.
     Ale musieliśmy stamtąd zwiać; może dwa tygodnie wytrzymaliśmy, a nawet nie jestem pewna czy tyle. Musieliśmy uciekać, dlatego że nękali nas z kolei Rosjanie. Była moja siostra, byłam ja, była moja mama i mój ojciec. Do jego głównych zadań należało stanie przy furtce i odwracanie uwagi Rosjan. On trochę mówił po rosyjsku, niewiele, ale troszkę dodawał i odpędzał ich od tych trzech kobiet.
      Zmówiliśmy się z taką grupą - była jeszcze para młodych Polaków, która miała tam swój dom, odziedziczony po kimś i była też młoda Polka, której rodzice mieszkali w Miejskiej Górce, koło Rawicza, młoda Galorówna. I ona powiedziała, że najlepiej będzie, jeżeli przedrzemy się - bo ona znała drogę - na Zieloną Wieś (Zielona Wieś to był wówczas punkt graniczny między Wielkopolską a Śląskiem Niemieckim) i dotrzemy do Miejskiej Górki do jej matki. Tam trochę wypoczniemy, zorientujemy się, co i jak, i jak dotrzeć do Warszawy.
      Ale trzeba było czymś dotrzeć. A jednocześnie w wiosce zaczęło się odbywać rabowanie, dlatego że to była bardzo zamożna wioska - bo to było niedaleko Wrocławia i bardziej zamożni ludzie przywozili różne rzeczy do swojej rodziny, bo we Wrocławiu było niebezpiecznie, było bombardowanie. Moim rodzicom to nie było w głowie, bo oni chcieli wywiać, natomiast konieczne było zdobycie jakiejś pierzyny czy poduszek - które żeśmy uprzejmie zwinęli, bo nie było innej rady - no i trzeba było ubrać nas jakoś, więc wzięliśmy ubrania, które były u tej Niemki. Ona zresztą, jak wyjeżdżała, to mówiła mojej mamie, że gdyby zaszła taka potrzeba, to żeby machnęła ręką i brała, co można. No, ale myśmy wzięli niewiele.
     Trzeba było czymś dojechać, więc zaprzęgliśmy dwie krowy do wozu - te krowy nie bardzo chciały w parze jechać - i na ten wóz załadowano dobytek tych osób, które mieszkały w tej wiosce. I trzeba było się przedrzeć, a nie wiedzieliśmy, jak jest z Niemcami. Na tej trasie Niemców żeśmy nie spotkali, ale spotkaliśmy Rosjan, z tym,  że oni jakoś specjalnie nie byli kobietami zainteresowani, może mieli już jakieś swoje zdobycze. I nas przepuścili, bo myśmy powiedzieli, że do Warszawy chcemy dojechać. Obejrzeli tylko, czym my jedziemy, bo przecież - jak to: wozem zaprzężonym w krowy.
     Te krowy żeśmy dostarczyli do Miejskiej Górki i od razu oddaliśmy pod opiekę sąsiadom pani Galorowej, świętej kobiety - powtórzę to jeszcze raz, bo takich ludzi, jak się spotyka na trasie tułaczki, to trzeba zapamiętać. Ja zresztą do niej jeździłam, jeszcze dwukrotnie, utrzymywałyśmy kontakty. Krowy zostały dostarczone do sąsiadki, okazało się, że mają mleko, więc ona je doiła, ale później zapytała - bo była bardzo praktyczna, jak to poznanianka - ile ojciec chce za te krowy. Ojciec powiedział, że nic, była strasznie zdumiona.
      I co ja w tej Miejskiej Górce robiłam? Mogła być połowa lutego, coś trzeba było robić. Byłam strasznie złakniona jakiejś wiedzy, nauki, a tam była tylko czteroklasowa szkoła. A ja już skończyłam sześć oddziałów. No i troszkę inny poziom był, bo ja miałam bardzo dobrą nauczycielkę - tę, która uczyła w czasie okupacji, i jeszcze prowadziła dla nas tajne komplety z geografii, z historii. Więc na ich tle byłam bardziej wykształcona. Poszłam do czwartej klasy i byłam oczywiście prymusem, a później zostałam pomocnicą nauczycielki.
      A przez ten czas, jak już ojciec odsapnął, to wziął moją siostrę i pojechał na gruzy Warszawy, bo chciał się zorientować, jak to wygląda. Po pierwsze szukał śladów mojego brata. My tu nie mamy dat zanotowanych, jest tylko wpisane PCK...
     Do pociągu nie można było się dostać, a do Warszawy z tej nieszczęsnej Miejskiej Górki jechało się taką trasą - bo ja później tą trasę powtarzałam, jak jechałam do pani Galorowej - trzeba było dojechać do Kobylina, z Kobylina do Krotoszyna (przesiadki były takie) później do Ostrowa Wielkopolskiego, z Ostrowa do Koluszek, no i z Koluszek to już była trasa przepiękna, bo już tylko 100 kilometrów, wspaniale się jechało. Więc trasa była dosyć uciążliwa.
     Ojciec pojechał z siostrą. Sądzę, że to był już koniec lutego, przełom lutego i marca, bo przecież ja od kwietnia zaczęłam szkołę w Warszawie. Więc myśmy wrócili w marcu. I on jeździł z moją siostrą chyba trzykrotnie. Po pierwsze odnalazł swojego przyjaciela we Włochach pod Ursusem i zaklepał sobie czy moglibyśmy - na krótko, zastrzegł - u niego się zatrzymać. Nie chciałabym źle wspominać, ale ten przyjaciel był bardzo niecierpliwy, jak na tak zaprzyjaźnionego. Wprawdzie myśmy w cztery osoby tam przyjechali, to prawda, ale jego żona robiła jakieś historie z tego powodu i musieliśmy się stamtąd wynosić. 
     Ojciec najpierw pojechał, później jeszcze dwukrotnie z moją siostrą wyjeżdżał, bo ona była bardzo żądna podróży, no i opowiadali nam, jak to wygląda. Mama się strasznie martwiła, ale nie było żadnej wątpliwości, że do Warszawy trzeba wrócić. Jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie i jak...
Ojciec pierwszy raz dotarł do Warszawy i zobaczył spalony dom, tak?
     
Zobaczył spalony dom i zobaczył te straszne gruzy. Gruzy były przecież okropne. Na pewno nie dotarł do Starego Miasta, ale musiał się przeprawić przez rzekę (przez ten most pontonowy), żeby się zorientować, co jest z "Wedlem". Jak się zorientował, że tam ruszyła produkcja i oni marzą o tym, żeby wrócił jak najszybciej - bo był bardzo dobrze usadowiony w swoim zawodzie - to wrócił do nas i zrobili naradę z mamą. To wszystko było bez mojego udziału, ja na razie cieszyłam się dzieciństwem. 
     Myślę, że żeśmy wyruszyli w marcu. Mieszkaliśmy właśnie tam pod Ursusem i ja już wtedy dotarłam z ojcem na Ochotę. Najpierw zobaczyłam Ochotę - zobaczyłam ten pokaleczony kościół świętego Jakuba, który dotychczas ma ślady, to widać wyraźnie, i oczywiście stał akademik, bo tam była żandarmeria niemiecka, więc w niego nie bili; ale ruin było masę. I ten spalony dom - nie mieliśmy gdzie wrócić. 
     Jacyś znajomi ojca zdobyli pokój na ulicy Tarczyńskiej - i to pokój z kuchnią, więc to było bardzo dużo - i ojciec załatwił, że mogliśmy w tej kuchni zamieszkać. I w tej kuchni z siostrą spałam na stole, bardzo dużym, a rodzice spali pod stołem i uważali czy my się nie sturlamy. Ale już było ciepło, bo drewna to było masę, pełno wszędzie, tylko trzeba było wyjść i po prostu gdzieś ułamać i przynieść. 
     Pomieszkaliśmy tam trochę i ojciec zaczął chodzić za tym, i dowiedział się, że jest jeden pusty pokój w mieszkaniu na Sękocińskiej 11a, na drugim piętrze. To był taki dom, zbudowany tuż przed wojną na maleńkiej działce, ale jak na ówczesne czasy dosyć wysoki, bo pięciopiętrowy (ale jak obecnie szóste albo siódme piętro), bez windy. Myśmy tam zamieszkali w pięknym pokoju dwudziestopięciometrowym, a sąsiedni pokój, mniejszy, zajmowała rodzina - słusznie zresztą postąpili - matka z trojgiem dorosłych dzieci, wszystkie te dzieci pracowały. Zajęli mniejszy pokój, ponieważ wiedzieli, że jak się zjawi właściciel, to trzeba mu będzie odstąpić. No i stamtąd już chodziłam normalnie do szkoły na ulicy Niemcewicza 9, bo pani Goldman w swoim prywatnym mieszkaniu prowadziła tą szkołę. 
     W drugiej połowie 1945 roku zjawili się właściciele. I moi rodzice wyszli z założenia, że to, że nam spalono dom, to jeszcze nie jest powód, żeby oni nie mieli gdzie mieszkać. I doszli do ugody. Tamci mieli jakieś pieniądze, bo oni Powstania nie przeżywali w Warszawie, i dali nielegalnie komuś jakieś odstępne (takie machlojki zawsze chyba istniały) za mansardę, taką studencką. W tych domach były dwie klatki schodowe i były mansardy, takie miejsce na kuchnię. Pokój miał może 19 metrów. I Boże Narodzenie 1945 roku już żeśmy tam spędzali. 
     Oczywiście przez ten czas był szereg innych perypetii, bo cały czas szukaliśmy brata. Ja brałam udział w tych ekshumacjach, co najmniej czterech - przy kościele św. Jakuba, na Placu Narutowicza, na Placu Zawiszy i takim zapleczu Placu Narutowicza, na jednej z tych ulic. Bo szukaliśmy jego zwłok - to była pierwsza sprawa.
I ojciec panią zabierał na te ekshumacje?
     
Zabierał. Dlatego że matka w ogóle była jak nieprzytomna. Ona przez całe życie, a zmarła jak miała 89 lat, nie przyjmowała do wiadomości tego, że on...
Że syn zginął.
     
On miał 19 lat... 
     Natomiast ja widziałam go ostatnia - ja i mama, przed powstaniem. Widziałam go ostatnia i widziałam, jak był ubrany. Ojciec chciał go jeszcze poznać po szwie operacyjnym, bo mój brat miał operowaną przepuklinę (przepuklinę pachwinową, wszystkie dzieci mojej mamy miały ten sam kłopot, łącznie ze mną). Ja się mocno napierałam, ale uważam, że ojciec bardzo nierozsądnie zrobił, bo żyłam później okropnie - to było zupełnie jak utracone dzieciństwo, stałam się nagle taka ogromnie dorosła. I ogromnie to przeżywałam. 
     Oczywiście już żeśmy go nie znaleźli. No i nie było babci, nie wiedzieliśmy, co z babcią. Dopiero później się dowiedzieliśmy, że trafiła do Ravensbrück i została wywieziona do Szwecji. Mam też tutaj dokumenty. Wróciła w końcu 1946 roku, bo jeszcze mam taką szwedzką kartkę z datą, że ona w 1946 roku jest w Szwecji; była w Malmö i w Göteborgu. 
     Rozpoczęła się nauka. Mieszkaliśmy w strasznym tłoku. Bardzo długo. Właściwie usamodzielniłam się dopiero, jak wyszłam za mąż, wtedy dostałam względnie dobre warunki. Teraz mieszkam w aż za dobrych, zostałam sama jedna, ale chyba zasłużyłam na to, bo w takim tłoku, jak ja mieszkałam... W tej chwili sama jestem, pewnie niedługo trzeba będzie to przekazać komuś z potomków, ale to jest inna historia.

 

 Wstecz...


Jadwiga Kołodziejska na robotach w Niemczech, 1944, zb. pryw.
Jadwiga Kołodziejska na robotach w Niemczech, 1944, [...]
Karta pracy Jadwigi Kołodziejskiej, Niemcy, 1944
Karta pracy Jadwigi Kołodziejskiej, Niemcy, 1944
Karta pracy Władysława Kołodziejskiego, ojca Jadwigi, Niemcy 1944, zb. pryw.
Karta pracy Władysława Kołodziejskiego, ojca Jadwigi, [...]
Kennkarta Marianny Kołodziejskiej, matki Jadwigi, Warszawa, 1943, zb. pryw.
Kennkarta Marianny Kołodziejskiej, matki Jadwigi, [...]
Kolewjka EKD, ul. Szczęśliwicka, Warszawa
Kolewjka EKD, ul. Szczęśliwicka, Warszawa
Pracownicy fabryki słodyczy E. Wedla - koledzy ojca Jadwigi, Warszawa
Pracownicy fabryki słodyczy E. Wedla - koledzy ojca [...]
Świadectwo szkolne Jadwigi Kołodziejskiej, 2 str., Warszawa 1945, zb. pryw.
Świadectwo szkolne Jadwigi Kołodziejskiej, 2 str., [...]
Świadectwo szkolne Jadwigi Kołodziejskiej, Warszawa 1945, zb. pryw.
Świadectwo szkolne Jadwigi Kołodziejskiej, Warszawa [...]
Zygmunt Kołodziejski (brat Jadwigi) z kolegami, Warszawa, okupacja, zb. pryw.
Zygmunt Kołodziejski (brat Jadwigi) z kolegami, Warszawa, [...]
Zygmunt Kołodziejski, brat Jadwigi, zginął w Powstaniu Warszawskim, zb. pryw.
Zygmunt Kołodziejski, brat Jadwigi, zginął w Powstaniu [...]

Galeria fotografii

Wywiad z Jadwigą Kołodziejską-Jedynak przeprowadzony przez Stanisława Maliszewskiego 16 lutego 2007
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten