Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leszka Kazanowskiego


foto
Wywiad z Leszkiem Kazanowskim
ur. 11.08.1935 r.
Warszawa, 22.02.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

     W okresie okupacji mieszkałem w Warszawie - kiedyś to było jeszcze Śródmieście - na ulicy Miedzianej 4a. To był dom naszego znajomego, przeprowadziliśmy się tam z Włoch pod Warszawą. W tym budynku mieszkała jeszcze moja babcia z synem Marianem Chmielewskim (babcia wyszła drugi raz za mąż i zmieniła nazwisko).
     W 1942 roku zostali aresztowani moi rodzice - mama w marcu, za przekroczenie granicy z Rzeszą Niemiecką w rejonie Różana, natomiast ojciec na jesieni, w Skierniewicach na stacji kolejowej.
A za co ojca aresztowali?
    
Wracał do Warszawy od swego ojca, który był chory. W tym czasie każdy, jak wracał ze wsi, to jakąś żywność wiózł. I za 2 czy 3 kilo mięsa, rąbanki, ojciec został aresztowany i potraktowany jako handlarz. Bo w tym czasie za handel żywnością groziła nawet kara śmierci. Został aresztowany i osadzony w obozie pracy w Łowiczu, i tam pracował bardzo ciężko przy regulacji rzeki Bzury. Natomiast matka była w obozie w Różanie. I to do 1944 roku - ojciec do Warszawy wrócił w maju, a matka w kwietniu. I od wiosny 1944 roku już z powrotem byliśmy razem.
Bardzo często wyjeżdżałem właśnie do dziadka i w 1942 roku, kiedy po wakacjach miałem rozpocząć rok szkolny, mój wuj - Marian Chmielewski, który później zginął w Powstaniu - przyjechał na rowerze i rowerem mnie przywiózł do Warszawy, do szkoły. Uczęszczałem do Szkoły Podstawowej nr 7 na ulicy Miedzianej 8. Dziwna to była szkoła, dlatego że przyjęli mnie od razu do drugiej klasy, bo przeszedłem test na czytanie i pisanie.
Czyli czytać i pisać nauczył się pan w domu?
    
Tak. Już dobrze czytałem i pisałem, więc od razu skierowali mnie do drugiej klasy. W międzyczasie z bratem żeśmy handlowali papierosami na placu Kazimierza Wielkiego. To była taka hala targowa, podobna jak Mirowska, tam rozgrywało się całe życie towarzyskie i tam można było zarobić. No, myśmy musieli. Rano żeśmy chodzili do szkoły, wieczorem robiliśmy papierosy. Takie gilzy się kupowało, takie maszynki z tytoniem, i się nabijało te papierosy, i się na sztuki sprzedawało - tam wśród tych kupujących i handlujących. W ten sposób dorabialiśmy i pomagaliśmy babci, która była zatrudniona przez znajomego jako dozorczyni domu. Innej pracy nie mogła w tym czasie znaleźć, mimo że miała maturę, przed wojną - ale była dozorczynią, bo takie to czasy.
A ojciec, kim był z zawodu?
     Ojciec był z zawodu wojskowym, później, po moim urodzeniu w 1935 roku, zwolnił się z wojska i pracował jako mechanik w Pierwszym Pułku Lotniczym w 111 Eskadrze w Warszawie - był mechanikiem lotniczym, zawodowym podoficerem. Później, w czasie okupacji, jak wrócił z obozu, to pracował na Placu Grzybowskim u pana Szwedowskiego, w zakładzie materiałów budowlanych. Ten budynek stoi do tej pory, mimo że był wypalony, ale już nie ma tego zakładu. No i tak żeśmy żyli do chwili, kiedy 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie.
No właśnie, 1 sierpnia pojawili się na ulicy Miedzianej powstańcy.
     
I to dość hucznie. Mieszkałem na Miedzianej 4a, natomiast po drugiej stronie ulicy, przy Miedzianej 6 był Szósty Komisariat Policji. A Niemcy, coś przewidując najprawdopodobniej, w każdym komisariacie umieścili żandarmerię wojskową; nie wiem ilu ich tam było, ale sporo. A więc huku było co niemiara, mimo że deszcz lał w tym czasie niesamowity. To pamiętam, bo babcia stwierdziła, że należy zamknąć bramę, dlatego że coś niedobrego się święci, bo zaczyna huku być tyle. Taka brama była drewniana, zamknięto tę bramę - i zaczęło się Powstanie. Ale to niedługo trwało, gdzieś może godzinę, półtorej godziny - cisza. I jak żeśmy wyszli na ulicę po tej ciszy, to już wszędzie wisiały przed domami biało-czerwone sztandary. To samo na budynku, gdzie znajdowała się Policja Państwowa - ta granatowa, Szósty Komisariat. No i wszyscy mężczyźni - nawet myśmy pomagali, bo jeszcze nie było huków, cisza była taka, pamiętam, w tym dniu - zaczęli budować barykady. Zaczęto zrywać chodniki, wynosić, co się tylko dało, i na rogu Srebrnej i Miedzianej zaczęto budować barykadę.
     Taka prawdziwa wojna to się dopiero zaczęła 2 sierpnia. Bo wtedy zaczęły pokazywać się nad miastem "Stukasy"; początkowo nas omijały, ale już się powoli zaczęło. Na naszym podwórku była drukarnia, Sakierski miał drukarnię. Wewnątrz, w budynku, był taki jakby pałacyk - od ulicy była kamienica, a ta kamienica była dobudowana do pałacyku, gdzie mieszkał Sakierski. Aresztowali go gdzieś w czterdziestym trzecim roku, całą rodzinę, i ta drukarnia była opuszczona. No i do tego pomieszczenia sprowadził się jakiś pluton, może to była kompania, Armii Krajowej. Nie pamiętam, jaka...
To był pewnie pluton "Molmara", ze zgrupowania "Chrobry II".
    
Tam porucznik chyba był dowódcą, albo kapitan... Porucznik - w mundurze oficerskim chodził, w oficerkach, to pamiętam jak dzisiaj. I oni tam mieszkali. Zdaje mi się, że oni na uzbrojenie mieli PIAT-y, bo pamiętam, że tam sobie zdjęcia z PIAT-ami robili.
    Po drugiej stronie był Zakład Oczyszczania Miasta. Jak się przechodziło na drugie podwórko, to była wyrwa zrobiona w murze i przez ten mur wszyscy przechodzili na ulicę Twardą, a z Twardej pod Żelazną tunelem wykopanym pod ziemią, bo tak, jak dzisiaj jest redakcja "Rzeczypospolitej", to tam byli Niemcy i stamtąd ostrzeliwali.
     Moja mama i kobiety mniej więcej w wieku mojej mamy skrzyknęły się do pomocy, bo coraz więcej zaczynało być uchodźców - z różnych dzielnic Warszawy przechodzili - z Ochoty oraz bliskiej Woli. No i w jednym z pomieszczeń Sakierskiego, otworzyły kuchnię i gotowały posiłki - raz dziennie była wydawana zupa dla tych przybyszów, uciekinierów z różnych dzielnic. Ponadto na naszym podwórku wykopano studnię, bo po pewnym czasie okazało się, że woda przestała dochodzić do budynków. Architekt, który budował ten dom, mieszkał w naszym [budynku] i pokazał, w którym miejscu kopać, dlatego że kiedy budowano ten dom, to tam właśnie mieli wykopaną studnię i stamtąd czerpali wodę. Niegłęboko, bo jakieś może 8 czy 7 metrów i woda była już bardzo dobra. Ale tej wody było coraz mniej.
     Tak to się działo do pewnego momentu. Zaczęły się coraz częstsze bombardowania. Gdzieś około 15 sierpnia - jak byliśmy na podwórku, bo tam żeśmy się bawili, na ulicę się nie wychodziło (mieliśmy zabronione wychodzenie na ulicę) - rodzice krzyknęli, żeby zejść do piwnicy. Mieliśmy swoją piwnicę, ale już żeśmy do niej nie zdążyli (bo zeszliśmy po schodkach, przy których żeśmy się bawili; do tego pomieszczenia się wchodziło po schodkach, bo ci Sakierscy mieszkali na pierwszym piętrze tego pałacyku) i wszyscy uciekli do najbliższej piwnicy, przy głównym budynku frontowym. No i się okazuje, że w oficynę, w której myśmy mieli piwnicę, trafiła bomba, gdzieś tak na wysokości trzeciego piętra, i cała oficyna poleciała; wraz z naszą piwnicą, którą przeleciała na wylot. Później się rodzice śmiali, że chyba opatrzność nas skierowała nie do naszej piwnicy, tylko do tej piwnicy pod bramą wejściową. Nawet ten pan, który budował tą kamienicę, to mówił: "Jak będziecie uciekać, to nigdy nie tam, bo tam są słabe, drewniane belki, ale tu właśnie, gdzie jest brama, bo tu są żelazobetonowe sklepienia i stropy" - i sam też tam schodził. Kiedy wyszliśmy, byliśmy cali biali, z trzeszczącymi zębami, bo tego pyłu było wszędzie tak dużo. Podmuch był taki, że nasz sąsiad, który był w kapeluszu (kiedyś chodzono w kapeluszach, mężczyzna się nie pokazał na ulicy bez kapelusza, nawet w lato - no i tak samo ten pan zszedł do schronu w kapeluszu), mimo, że to było zamknięte pomieszczenie, więc podmuch nie mógł tam uderzyć - to do końca Powstania nie mógł znaleźć kapelusza, który mu spadł z głowy. No i kiedy żeśmy wyszli, zaczęto odgrzebywać - bo prawie pół podwórka było zawalone. Ten budynek już w ogóle nie nadawał się do użytku i oddział Armii Krajowej, który tam urzędował, wyprowadził się.
     Coraz częściej zdarzały się przymusowe ewakuacje z Miedzianej - tymi wszystkimi podwórkami żeśmy przechodzili, to na Żelazną, to na Twardą. Byliśmy powiadamiani, że trzeba opuścić budynek, dlatego że gdzieś przerwał się front i podchodziły jakieś grupy własowców - to podobno nie byli własowcy, no ale tak nazywali ich powstańcy...
To byli ronowcy.
    
Tak, ale w tym czasie mówiono, że to byli własowcy. 
    Nawet dochodzili do Miedzianej. Tam jest taki budynek bankowy na rogu, Miedziana 1 - do tego budynku dochodzili, już parter cały złupili. Ten budynek był po drugiej stronie Srebrnej, między wykopem linii średnicowej, a ulicą Srebrną. Ten budynek do tej pory stoi, przed wojną to był bankowy budynek. I pamiętam, że kiedy żeśmy wrócili po jednym z ataków, na naszej ulicy było gorąco jak w piekle, bo palił się dom przy ulicy Miedzianej 1 - został podpalony w czasie tego ataku. A że te domy stropy miały drewniane, no to się paliły. A jeszcze dom na Srebrnej, sąsiadujący z Miedzianą 1, to była wytwórnia forniru. I ona też się zapaliła. Ten łatwopalny zakład spowodował, że i dom przy Miedziana 1 cały się spalił, a przy Miedzianej 3 spalił się tylko na górze.
      Gdzieś tak wtedy przyszła wiadomość, że właśnie zginął mój wuj, w rejonie Ogrodu Saskiego i Placu Grzybowskiego, i że jest pochowany na Grzybowskiej. Przyszli jego koledzy - Zbigniew Koc i Janusz, którzy razem byli w oddziale. Ze Zbyszkiem Kocem znali się z gimnazjum, a ten drugi mieszkał na Miedzianej, po drugiej stronie, syn policjanta. Poinformowali o całej sytuacji. Nie można było się tam dostać, dlatego że wszystko było wypalone i obstrzały były. Pierwszy raz żeśmy z rodzicami poszli zobaczyć grób wuja dopiero 1 albo 2 października, jak już było zawieszenie broni i można się było bezpiecznie poruszać po mieście.
A co panu najbardziej utkwiło w pamięci z okresu Powstania?
     
Okres, kiedy opuszczaliśmy Warszawę. To było 5 albo 6 października. Obudziliśmy się 2 albo 3 października i na każdej bramie wisiała kartka, że w dniu tym i tym ten budynek ma zostać opuszczony do jakiejś określonej godziny. No i żeśmy się zaczęli przygotowywać do tego wyjścia. A więc wszyscy postanowili - taka rodzinna narada była - że za wiele, to nie ma co zabierać, dlatego że czym i jak. Ani żadnego transportu, ani nic, wszystko to, co w rękach, dwoje dzieci, jeden 9 lat, drugi 12, siostra cioteczna, która z nami szła, to nawet miała chyba 6 lat, bo jeszcze do szkoły nie chodziła - a więc samo zajęcie się tymi dziećmi to był problem, nie licząc starszej babci. Więc rodzice postanowili, że maksimum - to coś ciepłego wezmą, bo już wieczory zaczęły być chłodne (w dzień było dość ciepło, bo wyjątkowo lato było takie, że rzadko kiedy się zdarza, żeby taka temperatura w ciągu dnia była, natomiast wieczory już były bardzo chłodne). Więc weźmiemy to, co niezbędne, no i jakieś zasoby finansowe, które rodzice mieli; mówią: to weźmiemy, i to, co najbardziej wartościowe, co się da wziąć. I tak się złożyło, że właśnie nam, dzieciom, te bardziej wartościowe rzeczy pozaszywano w kieszeniach i w innych zakamarkach, żeby można było coś za te pieniądze czy za te rzeczy załatwić.
A panu co zaszyto?
    
Pieniądze. Te pieniądze emisyjnego banku, taki rulon w kieszeni mi zaszyto. Tam było tych pieniędzy tyle, że prawie na miesiąc życia starczyło, ale nie pamiętam, ile dokładnie. I kiedy przyszedł ten dzień, około jedenastej żeśmy się skrzyknęli w kilka rodzin i wychodzimy. Doszliśmy do Srebrnej, Srebrną żeśmy doszli do Towarowej, Towarową do Placu Zawiszy i skręciliśmy - tak nas kierowano, że tak należy iść. I coraz więcej ludzi dochodziło. No i żeśmy szli środkiem ulicy - jeszcze nikt nas nie pilnował, tylko szliśmy sami. Nie było żadnego konwoju wojskowego czy policyjnego.
     No i co mnie przeraziło... Na ulicy Grójeckiej, która nigdy nie grzeszyła pięknym wyglądem, dlatego że to była taka ulica, można powiedzieć z XIX wieku, mimo że był XX, wszystkie fekalia płynęły po prostu ulicą, bo ona nie była skanalizowana - ale nie to, bo w tym czasie już wszystko tam było wypalone... W pewnym momencie zachciało mi się wyjść na stronę. Budynki i po lewej, i po prawej stronie Grójeckiej (po lewej były takie nieduże budynki, ale po prawej, jak się już skończyły przed ulicą Niemcewicza, to były budynki trzy- czteropiętrowe, murowane) paliły się, tak się dopalały. I kiedy poszedłem tam na stronę, spojrzałem w dół, a tam się paliło w piwnicach i widziałem dwoje ludzi palących się. To tak mną wstrząsnęło, że nawet siusiu nie zrobiłem.
Czyli tam pan zauważył palące się trupy?
    
Palące się trupy. I zapach! Ten zapach ulatniający się stamtąd, zapach właśnie - coś niesamowitego!
     Byłem tak wystraszony, że już później, dokąd żeśmy nie wyszli z Warszawy, to, jak widziałem palące się domy... Bo paliły się te domy - po prawej stronie, bo po lewej było takie osiedle akademickie, to mniej, ale później już za tymi akademickimi, jak teraz kino "Ochota", to też się paliło.
Kiedy zauważył pan Niemców?
     
Niemców zauważyłem dopiero w rejonie Zieleniaka, jak teraz jest ulica Banacha. Tam już się kończyły budynki, już takie rzadkie zabudowania, nawet pola były, po lewej i po prawej stronie. Tam było gimnazjum, te budynki stały, nie były spalone, z daleka widać było. Po lewej stronie w polu, obecny Rakowiec, były takie nowoczesne budynki - wypalone całkowicie. A więc - po lewej i po prawej pola. I tam już przejmowali nas wojskowi. Oni stali i później zaczęli z nami iść. Tak gdzieś w granicach 50-100 metrów jeden od drugiego. Tak, jak obecnie jest ulica Łopuszańska - tak mi się wydaje - skręciliśmy w prawo. I taką ulicą, polną drogą na dobrą sprawę, szliśmy dalej. No i żeśmy doszli do takiej wioski, chyba się Mała Opacz nazywała, wioska czy osiedle. Zaczęliśmy zastanawiać się, co mamy robić. Zauważyliśmy, że istnieje możliwość ucieczki, ale w pojedynkę. Jedna, dwie osoby. A więc ojciec razem z matką postanowili, że będziemy wiać, ale będziemy wiać nie na lewą, a na prawą stronę, i gdzieś się schowamy, żeby do zmierzchu przeczekać. W pojedynkę. W tym miejscu było mniej konwojentów i była wioska, gdzie ludzie mieszkali. Łatwiej było się wyrwać. No i ja z bratem żeśmy umknęli i schowaliśmy się w krzakach. Kiedy już przestały iść te transporty, ta kolumna zaczęła się robić coraz rzadsza, rzadsza, aż w końcu, gdzieś około godziny 17-18, przed zmierzchem, cisza się zrobiła, nie ma nikogo, już zeszli ci konwojenci - a więc zaczęliśmy się szukać po kolei, znaleźliśmy się wszyscy i przez pole żeśmy poszli do stacji EKD Opacz. Wykupiliśmy bilety na stacji, taka budka tam była, bo EKD chodziło, od Szczęśliwic chyba do Grodziska. I żeśmy pojechali do Grodziska, do rodziny; mieliśmy tam wujka. U tego wujka żeśmy się zatrzymali przez dwa dni. Potem postanowiliśmy jechać do mojego dziadka.
A dziadek gdzie mieszkał?
     
Taka była wioska koło Raducza, Psary, tam dziadek miał dwudziestohektarowe gospodarstwo. W związku z tym postanowiliśmy pojechać do dziadka, bo już był sam, bo babcia umarła w 1943 roku na zimę. Postanowiliśmy wszyscy tam dobić, bo tam jeszcze ciotka moja mieszkała.
     Raducz jest koło Skierniewic. Tam jest poligon wojskowy, przed wojną był tam poligon kawaleryjski. Nawet babcia pracowała na tym poligonie, w klubie oficerskim, w recepcji, bo tam mieszkali oficerowie, którzy przyjeżdżali tylko na okres poligonu. A w czasie okupacji tam był poligon niemiecki. No i żeśmy tam dobili po trzech dniach chyba, mimo że to było około 40 kilometrów tylko, ale myśmy tak jechali - 10 kilometrów ktoś nas podwiózł furmanką, do następnej wsi i tak dalej. Aż żeśmy w ten sposób dobili do Mszczonowa. Z Grodziska do Mszczonowa.
A jaka była reakcja ludzi, u których się zatrzymywaliście?
     
Bardzo pozytywna, bardzo szczerze ludzie przyjmowali wszystkich. Pomagali na tyle, na ile mogli. Nawet za takie podwiezienie tych pięciu, sześciu czy dziesięciu kilometrów, to jak chcieliśmy płacić, to nawet nie chcieli pieniędzy, ależ skąd, absolutnie nie.
    Tak dobiliśmy do Mszczonowa i w Mszczonowie akurat spotkaliśmy znajomego, który przyjechał na rowerze po jakieś zakupy. Ojciec powiedział mu, żeby powiadomił dziadka, że my tu czekamy i żeby po nas wyjechał. I gdzieś za trzy godziny rzeczywiście dziadek podjechał wozem, wsadził nas wszystkich i żeśmy przyjechali. I tak gehenna się skończyła. Czyli normalnie dobiliśmy i jako tako żeśmy tam mieszkali.
Jak potem wyglądało życie przez ten okres ostatnich miesięcy okupacji, u dziadka? 
    
Na wsi też nie było ciekawie. Mimo że biednym gospodarzem dziadek nie był, ale takie były kontyngenty, że jeśli chodzi o mleko to dopiero dostawało się z mleczarni zwrot mleka, z którego ciągnięto wszystko, co tylko można, na dobrą sprawę to mleko było takie sine a nie białe. Jak stało w jakimś naczyniu, to nie było białe, tylko sine, tak było wyciągnięte wszystko. Kontyngenty były narzucane tak olbrzymie, że nie za wiele zostawało.
     W każdym bądź razie wiem, że w gminie nas zameldowano, ojciec pojechał, bo musiał zgłosić w gminie, że my tu przebywamy. Skierowano nas do RGO (Rada Główna Opiekuńcza) i tam dano nam kartki żywnościowe, bo należały nam się jako uchodźcom. I te kartki, plus jeszcze jakieś lekkie zasoby, pozwalały na to, żeby przeżyć. To nie było życie takie, do jakiego teraz młodzież przywykła, czy coś podobnego, tam jadło się dwa razy dziennie.
     Znalazła nas narzeczona Mariana Chmielewskiego, bo wiedziała, gdzie ewentualnie będziemy - nie miała gdzie się podziać i przyjechała do nas. Później taki pan Milewski, który był dyrektorem Domu Braci Jabłkowskich, z synem - też przybił do nas, tam do dziadka. Wszyscy krewni i znajomi z podwórka przyjeżdżali do dziadka, bo wiedzieli, że tam będziemy.
To ilu warszawiaków dziadek przyjął?
    
Dziesięć osób w sumie, a to dziesięć, jak to mówią, buź do wykarmienia. A jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że jednak te kartki to trzeba było wykupić, to nie było tak, że się szło i się cokolwiek za darmo dostawało
     17 albo 18 stycznia 1945 roku pokazali się Rosjanie. I od razu - kwatera. No i przyszli na kwaterę. Dziadek znał rosyjski bardzo dobrze i mówi, że tutaj nie ma miejsca, jeżeli, no to, proszę bardzo, w zabudowaniach gospodarczych. "A skąd ty znasz rosyjski?" Dziadek mówi, że służył w wojsku rosyjskim. "No a skąd ja mogę wiedzieć?" To dziadek szufladę otworzył, wyjął Krzyż Świętego Jerzego z wojny japońsko-rosyjskiej i mu pokazał. Okazuje się, że to był oficer carski. No i to uchroniło dziadka - żaden koń nie został ukradziony, czy wymieniony na chabetę, bo on powiedział "Tu nie wolno nic ruszyć".
     Od razu inne podejście było. Ten Rosjanin był oficerem w armii carskiej i przeszedł - tak jak Tuchaczewski i inni, bo to młody oficer był - do armii radzieckiej.
     I pamiętam jak dzisiaj - dwa czołgi wjechały rosyjskie. Jeden T-34, tak jak ten "Rudy", a drugi całkiem inny, nie widziałem jeszcze takiego czołgu, ale to był chyba amerykański, dlatego że nawet im się nie chciało zdrapać białej gwiazdy. Taka biała gwiazda była z przodu, to widać im wsio ryba było - gwiazda to gwiazda, nieważne jaka, aby gwiazda.
     Ponadto w rejonie Babska, na polach, bliżej szosy warszawskiej, powstało lotnisko. Radzieckie lotnisko, była tam jakaś dywizja szturmowa, na samolotach szturmowych. I tam kiedyś żeśmy się wybrali, bo to dzieciarnia ciekawa wszystkiego. To było jakieś 2 kilometry, żeśmy pojechali zobaczyć, jak te samoloty wyglądają, bo to wcześniej widziało się tylko te, które strzelają... Jak zobaczyłem samolot z bliska - no to była decyzja jednoznaczna, że zostanę pilotem. Właśnie wtedy zapadła decyzja. Wtedy ta myśl błysnęła.
     Niedługo po tym była narada rodzinna, że my - dzieci zostajemy u dziadka, a ojciec, matka i ciotka moja - siostra matki, jadą na rekonesans do Warszawy.
A czy w tym okresie, jak pan był u dziadka, czy chodził pan do szkoły?
      
Nie, nie było takiej możliwości. Na wsi nie było szkoły w ogóle, z tego, co wiem, taka miejscowość Lisna była, tam była szkoła. Ale w tym czasie nie było zajęć. Chociaż to był październik, koło 15 października dobiliśmy do dziadka, więc już powinna się szkoła zacząć...
       Rodzice, jak wspomniałem postanowili zrobić rekonesans. No i rano, skoro świt, wybrali się na piechotę do Mszczonowa, a potem warszawską szosą. Długo ich nie było, gdzieś po dziesięciu dniach ciotka wróciła z matką i stwierdziły, że mamy się przygotować i jak tylko ruszą pociągi, wracamy do Warszawy. Tak też się stało. Pod koniec stycznia dziadek odwiózł nas do Skierniewic na stację. Do Skierniewic dojechaliśmy około południa i z trudem dostaliśmy się do pociągu. Pociąg był pełen ludzi! Niesamowite. Ale myśmy nic ze sobą nie mieli, tak, żeby można było coś zabrać, żadnych bagaży wielkich. Ciotka od razu powiedziała: "Nic ze sobą nie bierzemy, najwyżej później, jak już się wszystko unormuje, to przyjedziemy i zabierzemy. Nie ma sensu. Tam, co potrzeba, to zorganizuję".
     No i w nocy, gdzieś około dwudziestej pierwszej, ciemno było, dobiliśmy w rejon Dworca Zachodniego. Tam nas wysadzili z pociągu. Ciemno niesamowicie. Wysłano nas z bratem, żebyśmy poszli jak najszybciej i ściągnęli ojca, żeby przyszedł i pomógł zabrać to, co mieliśmy. I tak wzdłuż torów żeśmy lecieli i żeśmy dolecieli tutaj, gdzie jest w tej chwili Muzeum Kolejnictwa. Widok przerażający - dlatego że kiedy żeśmy wychodzili, to tam domy stały, nie spalone, a teraz na rogu Srebrnej i Towarowej, po jednej i po drugiej stronie wszystko było wypalone, same kikuty, nic nie było, żadnego domu, wzdłuż Srebrnej prawie wszystko wypalone. Po lewej stronie Miedzianej stały tylko domy pod numerami 3 i 13. Trójka to zaraz tu, co dach mu się spalił przy Srebrnej, później było wszystko wypalone, do Placu Kazimierza, za Placem Kazimierza jeden budynek cały, i później już do Pańskiej wszystko wypalone. Natomiast parzysta strona była mniej zniszczona, nasz budynek to tylko miał jeden sklep wypalony - rzucili tam widać jakieś materiały zapalające, ale się nie zapaliło, dlatego że ten budynek, jak mówiłem, miał żelazobetonowe sklepienia. A więc nie miało się co zapalić
     Wprowadziliśmy się do tego mieszkania, z którego żeśmy się wyprowadzili. To było mieszkanie numer 30. Babcia się wprowadziła do swego mieszkania, miała taką kawalerkę na parterze, natomiast my mieszkaliśmy na pierwszym piętrze. Niewielu było lokatorów w tym czasie. Pamiętam, że okna były zabite tekturą i tylko takie malusieńkie okienka były w tą tekturę wklejone. Mróz był niesamowity, około piętnastu - siedemnastu stopni mrozu, zima dość solidna, to nie były takie zimy, jak teraz.
     Na drugi dzień poszliśmy zobaczyć jak wygląda szkoła - no szyby powybijane, zrujnowane, bo tam na Miedzianej 8 w czasie Powstania był szpital. Poszliśmy na boisko szkolne, bo tam nikogo nie było, wszystko było pootwierane. Na boisku szkolnym był cmentarz. Szpital i od razu cmentarz. Grobów było prawie całe boisko. To samo na chodnikach, na trawnikach...
      Jak żeśmy weszli do mieszkania, to mieszkanie było częściowo zagospodarowane, bo mebli nie wyniesiono - widać się nie opłacało. Co było bardziej wartościowe, co było w ogóle wartościowe, to wszystko zostało wyniesione, same graty zostały - stół, łóżka, nawet bez materacy, bez pościeli... Zostało tylko to, czego nie można było wynieść.
     Moje zdziwienie było niesamowite, jak zobaczyłem wiszącego na ścianie Piłsudskiego. A dlaczego Piłsudski akurat? Tego Piłsudskiego dostałem w 1935 roku na chrzciny, bo moim ojcem chrzestnym miał być marszałek Piłsudski. Już była zgoda na to, ale w 1935 roku w maju umarł, a ja się urodziłem w 11 sierpnia. A dlaczego marszałek Piłsudski? Mojego ojca wuj, Wojewoda się nazywał, był zarządzającym salonką marszałka Piłsudskiego. I Marszałek z nim jeździł wszędzie, z nikim innym nie jeździł, tylko z Wojewodą.
I Wojewoda poprosił marszałka Piłsudskiego czy nie mógłby być ojcem chrzestnym?
    
Tak, bo jeszcze powiedział o tych tradycjach, że pod Marszałkiem dziadek w operacji warszawskiej 1920 roku działał i tak dalej. "A nie, no to" - mówi Piłsudski - "jak dożyję, bo to widzisz [jak ze zdrowiem]" Ostatnią podróż odbyli, do Wilna chyba, i wtedy była ta rozmowa. No i to było przyrzeczone. W związku z tym, jak ja się urodziłem, to mój chrzestny, który też był wojskowym, powiedział: "No, Marszałek nie był twoim ojcem chrzestnym, ale ja ci w prezencie dam Marszałka".
I właśnie ten Marszałek wisiał na ścianie domu, jak pan wrócił wtedy, w 1945 roku?
    
Jak wszedłem, to zobaczyłem, że mój Marszałek wisi na ścianie, nietknięty, w tym samym miejscu. No, nie na tym samym etui, bo ono się rozsypało, to było tekturowe obciągnięte takim ciemnowiśniowym materiałem. I mówię: no to Marszałek nade mną czuwa.
Jak się dalej ułożyło życie w powojennej Warszawie?
    
Już dalej to było normalnie. Pod koniec maja było ogłoszenie, że trzeba pójść do szkoły. No i poszliśmy do szkoły. Klasy były naprawdę różne, segregowali po klasach, do drugiej czy do trzeciej klasy mnie zakwalifikowali - nie pamiętam już teraz dokładnie - ale tam byli normalnie piętnasto-szesnastoletni młodzieńcy, którzy chodzili do drugiej klasy i nie potrafili pisać ani czytać.
Czyli wiek był bardzo zróżnicowany?
   
No strasznie. Chodziłem do tej szkoły, skończyłem szkołę, ale już się interesowałem lotnictwem na całego. Pamiętam, że należałem do 36 WDH imienia Szymona Mohorta, taka była drużyna przy naszej szkole. I zapisałem się do modelarni lotniczej, która była w Domu Harcerza. Ten dom stoi, róg Łazienkowskiej i Myśliwieckiej - taki narożny budynek, to był przed wojną Dom Harcerza. I w tym domu, w piwnicy, była modelarnia. I tam się zapisałem, przez 2-3 lata, dopóki nie zlikwidowano harcerstwa, tego normalnego, które było prowadzone przez drużynowych i personel kadrowy z okresu okupacji czy jeszcze z okresu przedwojennego.

 

 

 

 

 Wstecz...


Bracia Zbigniew i Leszek Kazanowscy Pierwsza Komunia Święta Warszawa 1946
Bracia Zbigniew i Leszek Kazanowscy Pierwsza Komunia [...]

Galeria fotografii

Wywiad z Leszkiem Kazanowskim przeprowadzony przez Stanisława Maliszewskiego 22 lutego 2007
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten