Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiesława Kępińskiego


foto
Wywiad z Wiesławem Kępińskim
ur. 31.10.1932 r.
Muzeum Historyczne Miasta St. Warszawy, 08.02.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

Wiesiu, wychowałeś się w biednej robotniczej rodzinie na Woli... To był przed wojną zupełnie inny świat, ta Wola, którą zapamiętałeś z dzieciństwa...
    
Tak, nawet mnie trudno sobie to wyobrazić, że człowiek mógł żyć w takich warunkach i w takim dość egzotycznym miejscu - gdzie było masa różnych małych podwóreczek, jakieś domy byle jak sklecone, drewniaki... No i bieda, przede wszystkim bieda...
     Jak tylko sięgam pamięcią, to znakomicie widzę te obrazy ciepłe, słoneczne, letnie. A nic w mojej pamięci nie ma, co by przypominało jazdę na saneczkach czy na łyżwach - to już w ogóle było marzenie: łyżwy... Czy przynajmniej, żebym mógł w pamięci mieć taką rzecz, że jestem na ślizgawce, na butach - nie. Dlaczego nie? I dopiero mój brat - jest starszy, więc lepiej pamięta - powiedział mi: "Wiesiu, przecież my nie mieliśmy butów!" To jak? Siedziało się w oknie całą zimę i patrzyło się... Wyobrażasz sobie, jak się człowiek koszmarnie nudził? A może nawet się nie nudził, bo siłą rzeczy trzeba sobie było coś - jak to się mówiło na Woli - "wykompinować". Jakieś kawałki kory, z których się robiło łódeczki...
     Mieszkaliśmy w drewnianym domku na ulicy Wolskiej, naprzeciwko parku Sowińskiego - brama w bramę, przez tory tramwajowe i przez jezdnię trzeba było przejść. Parkan drewniany, rynsztok przez środek podwórka, jakiś sklepik - pani Binglowej, spożywczy - ubikacja na środku, studnia, taka do pompowania wody... To wszystko było bardzo prymitywne, aż dzisiaj trudno sobie wyobrazić... Ale to nie przeszkadzało chłopakowi, który miał dziewięć, dziesięć, dwanaście lat. Nie przeszkadzało, bo główną rzeczą było, żeby bawić się, coś tam sobie wymyślać, żeby się nie nudzić... I na to się nie zwracało uwagi. Poza tym człowiek, jak się urodzi w takim środowisku i w takich warunkach, to myśli, że tak ma być - no trudno, tak ma być i dobrze jest.
     Mieszkaliśmy tam aż do wkroczenia Niemców do Warszawy w 1939 roku. Potem przenieśli nas do murowanej kamienicy czynszowej, bo tamte drewniaki musiały być zburzone ze względów bezpieczeństwa. Więc to wszystko poszło pod młot, a my zamieszkaliśmy w suterenie naprzeciwko cerkwi. To była taka duża izba, dwa okna, zamiast ubikacji było wiadro, zamiast centralnego ogrzewania była kuchnia węglowa...
A czym się zajmowali twoi rodzice?
    
Ojciec był z zawodu murarzem i to bardzo dobrym fachowcem. W tej książeczce kasy chorych jest pieczątka, która mówi, że brał udział przy budowie gmachu, ten gmach istnieje do dziś. A matka - matka nie miała żadnego zawodu... Zajmowała się domem.
Bo miałeś rozliczne rodzeństwo?
    
Tak - co rok, to prorok, jak to się mówi... Ale ludzie sobie radzili w ten sposób, że jakieś a to bamboszy szycie, a to lepów klejenie... I opieka nad grobami, na cmentarzu prawosławnym. Właściciele bardzo byli zamożni i życzyli sobie, żeby moja matka i inne kobiety opiekowały się grobami. A jak przychodziły święta prawosławne, to musiało być wyczyszczone i piaskiem naokoło grobu wysypane. I tam matka dostawała jakieś pieniądze. A ojciec dorabiał murując groby na tym cmentarzu, bo był bardzo dobrym fachowcem... No i tak się jakoś żyło...
     Między rodzeństwem była duża różnica wieku, bo jak wojna wybuchła, to siostra już była dorosła, starszy brat ożenił się jeszcze przed Powstaniem, a z kolei mój najmłodszy brat przed wojną miał z półtora roku, więc mógł mieć sześć, jak Powstanie wybuchło. Trudno mi powiedzieć. Z przedwojennego zdjęcia widać, że ma rok najwyżej, bo on tam siedzi, a podobno za nim przykucnęła moja siostra i trzymała go za dupinkę, żeby nie spadł z tego konia bujanego, co tam jest na zdjęciu. Tak, że duża różnica wieku między tym najstarszym a najmłodszym. Ale to było dobre założenie, bo starszy pilnował młodszego i tak dalej, po kolei. Mną się opiekował mój brat Stasio, który jeszcze żyje. I jak się urodził Sylwuś, a ja już byłem taki chłopak do rzeczy, na chodzie, to opiekowałem się Sylwusiem. Żeby ci rodzice mieli czas na to, żeby zarobić pieniądze na jedzenie. Ja sobie tak myślę teraz, jak strasznie ciężkie życie miały te nasze matki. Takie nawet pranie - ta balia, tę wodę nanosić, potem tę wodę wylać, potem to pranie gotować, bo to się gotowało... Jakaż to straszna męka... O niczym się nie myślało, tylko, żeby zdobyć coś do jedzenia. Biedne te matki nasze naprawdę... I ojcowie też...
Wybuchło Powstanie Warszawskie. Jakie były losy twojej rodziny?
    
W momencie wybuchu Powstania, to tak: moja siostra Henryka mieszkała z mężem i synem, maleńkim synkiem, przy torach kolejowych, między ulicą Wolską a Górczewską, przy torach się szło i tam był taki kolejowy domek, tam mieszkała. Brat Władysław z żoną na ulicy Skierniewickiej mieli malutki pokoik...
     A ja, Sylwuś i rodzice, w czwórkę w tej suterenie. Taka była sytuacja na dzień 1 sierpnia. Myśmy wtedy nawet nie wiedzieli, że brat Stanisław  w Warszawie jest, że walczy na Starówce, dopiero po wojnie wszystko się wyjaśniło.
     A siostra Henia została wysiedlona chyba już - nie wiem, człowiek się nie zapytał - po upadku Powstania. Jak był ten wielki exodus do Pruszkowa. I ona z mężem i synem znalazła się w Pruszkowie, udało jej się wydostać z tego obozu, a potem zamieszkała - prawdopodobnie tylko na kilka dni - w Pruszkowie u szewca. Pamiętam, że szewc, bo jak mnie siostra znalazła, to tam mnie zabrała. I Henia wywiozła męża i syna do Rogowa -  przed Skierniewicami, za Koluszkami - na wieś. Właśnie, to jest ciekawa rzecz - dlaczego akurat tam? I tak daleko? Jak to się działo? Musiała jechać na ślepo, nie wiedząc czy ją przyjmą ci gospodarze... Jak to się działo? Nigdy o to Heni nie pytałem. A to wielki błąd...
     W każdym razie Henia potem wróciła, ale nie do Warszawy, tylko pod Warszawę - miała teściów we Włochach - trochę handlowała... I jeździła, i szukała mnie, bo dowiedziała się od ludzi, że jakiś chłopiec uciekł, więc miała nadzieję, że to ja, jej brat Wiesio - i znalazła mnie. I znowu taki mam niesmak i taki ból, że nie zapytałem, jak ona mnie znalazła, to znaczy: ilu ludzi musiała zapytać. W jaki sposób trafiła tam pod Ożarów, też nie zapytałem - już niestety nie żyje i nie zapytam. Zawsze człowiek żałuje, jak już jest za późno...
     1 sierpnia, kiedy wybuchło Powstanie, byliśmy w domu. Drugiego prawdopodobnie już rodzice zobaczyli, co się dzieje - i do cerkwi. I jacyś ludzie z naszej kamienicy, i nawet teściowie mojego brata Władka, z ulicy Elekcyjnej, też się tam schowali, bo ludzie uważali, że pod skrzydłami Pana Boga i w cerkwi, to się nic nie stanie.
     To było po drugiej stronie naszej kamienicy. Tak, że można było w razie co polecieć do domu i wziąć, co było potrzebne; tak, jak kiedyś zrobiłem. Ale raptem dwa - trzy dni byliśmy w tej cerkwi, piątego nastąpiło to najstraszniejsze - wyprowadzenie i egzekucja.
     Z tego, co teraz człowiek i czyta, i dowiaduje się, piąty i szósty sierpnia to była rzeź Woli - dom po domu szli oprawcy i wyciągali ludzi, i mordowali. A nas wyciągnięto - tak mówi się potocznie: "wyciągnięto" - 5 sierpnia, to była sobota. A wiadomo, że w sobotę zawsze rodzice dokładnie dzieci myli, a to jakąś czystą koszulę założyć... Zupełnie, jakby to było przygotowanie się na śmierć - tak, żeby było czysto, schludnie... Czy to było rano, czy to było po obiedzie - to trudno mi powiedzieć, w każdym razie był 5 sierpnia, sobota, piękna pogoda, słoneczna... Od wyjścia z cerkwi na miejsce straceń, gdzie za bramą cmentarną, przy torach tramwajowych, był rów (teraz jest zasypany, żeby powiększyć chodnik), jest raptem 100 metrów. Może nawet mniej, bo ja policzyłem krokami... Ale w każdym razie do tego miejsca jest dokładnie 100 kroków.
     I co? I idziemy. To jest 60 osób - 61 osób ze mną - idzie. I to trwa dwie - trzy, pięć minut góra. I wszystkich ustawiają w tym rowie. I już jest przygotowany karabin maszynowy na torach tramwajowych, wojsko otoczyło nas takim czworobokiem, żeby nikt nie uciekł. Oczywiście ucieczka była możliwa tylko przez wał i przez ogrodzenie kolczaste na cmentarz prawosławny. Jedyna droga ucieczki. Po sześćdziesięciu latach też trudno mi jest o tym mówić... W każdym razie tak: zastanawiające jest dla mnie, że pamiętam doskonale prawie wszystkie te kroki, te zdarzenia, ale nie słyszę głosu - a przecież wiem, że matka, w takim jakby szale, rozpaczy powtarzała tak: "Zabiją nas, zabiją nas, zabiją nas". Ja tam się nawet starałem Niemca, który nas prowadził, prosić, żeby nas nie zabijał... Oczywiście nic może nie rozumiał, ale to nie miało żadnego znaczenia... Nawet go złapałem za rękaw...
     I szedłem ostatni. Z tego, co wiem. I to jest właśnie przypadek, jak to się mówi, jeden na milion. Ponieważ ten szereg osób szedł w jakimś porządku, więc pierwsze osoby poszły w stronę zachodnią, a ja byłem tuż przy ścieżce, która prowadziła na wał. Gdybym był pierwszy w tym szeregu, to uciekając musiałbym omijać skazańców, żeby wyjść na wolne miejsce i uciekać. Ale znalazłem się na końcu i miałem za sobą tylko niedużą góreczkę i to ogrodzenie z drutu kolczastego, to było kilka kroków. I tak, jakby wszystko było zapisane, że według tego scenariusza ma być tak to zagrane i urządzone, żeby się Wiesio uratował. Już jako dorosły myślałem, że zawdzięczam życie temu, który strzelił do mnie uciekającego, już tam, jak się znalazłem na wale; że mnie trafił. Na szczęście nie śmiertelnie, tylko ranił. Bo gdyby nie to, to ja bym już nie żył. Dlaczego? Dlatego, że w momencie, kiedy ta kula przeszła przez mój bok, ja się przewróciłem i stoczyłem się na drugą stronę wału i ten wał mnie zakrył...
I oni już cię nie widzieli i myśleli, że nie żyjesz?
    
Z ulicy nie widzieli czy ja żyję, czy nie żyję... No w każdym razie miałem dzięki temu czas na to, żeby odzyskać przytomność - bo też na pewno instynkt tak działa, że człowiek nie myśli nawet o tym, żeby za długo leżeć... Musiałem oprzytomnieć natychmiast, po kilkunastu sekundach. I miałem czas, żeby przedrzeć się przez te druty kolczaste, biec alejkami przez cmentarz w kierunku Koła (dzielnicy Koło), wzdłuż Redutowej, miałem czas żeby wejść do grobowca (taki otwarty grobowiec, kiedyś takie były - można było wejść do środka i policzyć trumny). I tam wszedłem, chwilę odpocząłem, ale jakoś mi się okropnie zrobiło przy tych trumnach, tak zimno i jak w horrorze. I wyszedłem, i znowu, coraz wolniej...
No tak, ale - biegłeś, a krwawiłeś, byłeś ranny przecież?
      
Tak, ale ja nie wiedziałem. Nie wiedziałem, że jestem ranny, wyobraź sobie!
     Z tego grobowca znowu jakieś kilkadziesiąt kroków. Na takiej polanie pod krzakiem, usiadłem czy uklęknąłem i zdjąłem bluzę - i dopiero zobaczyłem, że i spodnie sztywne już przy pasie od krwi, i ta bluza też. Wyrzuciłem ją, już nie zakładałem...
Bo Niemiec, który strzelał, trafił cię w plecy?
    
W plecy. To znaczy tak w bok, na szczęście; blisko kręgosłupa, ale po prawej stronie, skosem - widocznie z takiej skośnej odległości strzelał, nie na wprost. Bo to musiał z szeregów strzelać jakiś nadgorliwiec.
      I cały czas nie ma we mnie żadnego strachu - żebym w panice gdzieś biegł, oglądał się czy ktoś mnie goni - nic, spokojnie. Tak samo spokojnie wszedłem na to podwórko na Górczewskiej. W jakim celu? Wtedy nie zastanawiałem się, po co ja wchodzę do tych ludzi...
     To było pierwsze podwórko, tuż przy samym wale, przy cmentarzu, na końcu cmentarza prawosławnego. Były kiedyś takie domki z ogródkami, ludzie trzymali tam konie albo kury; a tamten dom istnieje do tej pory. Nie zastanawiałem się, po co ja właściwie wchodzę na to podwórko. Ale coś mną kierowało - że mam tam wejść. Może instynkt... I rzeczywiście - to wejście przydało się o tyle, że wyszła właścicielka, obmyła mi tą krew, obwiązała swoim fartuchem moje rany. Może też mi pokazała, żeby pójść w pole pomidorów - ale ja tego nie pamiętam. W każdym razie znalazłem się na polu pomidorów 200, może 150 metrów od tego domu. A jak pole pomidorów, to mają takie badyle - nawet się "badylarze" mówiło na tych, co mieli takie duże uprawy wokół na Woli. I dzięki temu, że te pomidory były uwiązane - bo to sierpień, więc już dojrzewały - i setki tych palików, to jak się położyłem na brzuchu, to mnie właściwie nawet z bliskiej odległości nie było widać. Już chyba nawet nie miałem siły, żeby daleko uciekać, ale też może podświadomie zdawałem sobie sprawę, że trzeba się ukryć, bo może będą mnie szukali - jak po jakimś czasie pójdą, zobaczą, że był i nie ma; powinien być, a nie ma.
      I rzeczywiście, tak się stało. Ja sobie odpoczywałem, leżałem... Jak długo? Na pewno niedługo. Kilkanaście minut, może więcej. I wreszcie rzeczywiście zjawili się - dwóch Niemców, żołnierzy, jaka formacja - nie wiem, i cywil. I stanęli na skraju tego pola pomidorów, rozglądali się, jeden z tych żołnierzy pokazywał ręką w moim kierunku, [ale mnie nie widział]. Jeszcze nie czułem żadnego strachu. Tym bardziej, że musiałem odrobinę unieść głowę i [spojrzeć] między tymi palikami, żeby ich zobaczyć, żebym mógł dzisiaj właśnie o tym opowiedzieć - bo rzeczywiście tak było, że mnie szukali. A na cmentarzu prawosławnym nie było trudno się schować. Gdzieś tam trochę dalej wejść i zamknąć te drzwiczki... Na pewno by im się nie chciało [szukać]. Ale myśleli, że może... A może w innym celu wyszli, nie wiem. W każdym razie to było dla mnie ostrzeżenie, żeby w dalszym ciągu uważać na siebie.
     Odwrócili się po jakimś czasie - tak z minutę to trwało - i poszli sobie. A ja wtedy wstałem. Jest dzień. Jestem na widoku. Dochodząc z tego pola do Redutowej dzwonię czy pukam do furtki. Domek z ogródkiem, ludzie mieszkają normalnie, piesek szczeka, nic się złego nie dzieje, żadnych Niemców. Zupełnie inny świat, niż tutaj na granicy tego wału. Wpuszczono mnie do domu, nakarmiono.
     Na szczęście trochę dalej, pośrodku Redutowej, między Wolską a ulicą Pustola, mieszkały dwie siostry Paciorkówny, jedna z nich była moją matką chrzestną - no to już byłem jak u siebie w domu. One już wiedziały, co ze mną robić. Mieszkało tam kilku lokatorów, to też [były] takie [skromne domki] - jeden drewniany malutki piętrowy, drugi parterowy, jakieś murowane, wszystko takie miłe, a jednocześnie prowizoryczne, biedota.
     Na tym podwórku była kuchnia niemiecka. Kobiety z tego domu pomagały - obierały kartoflw , gotowały dla grupy Niemców. I trzeba było, o tym już pomyślały właśnie te siostry, robić wszystko, żeby nie wydało się, że jestem ranny. Jak to się stało [że ci Niemcy się mną nie zainteresowali] - też się zastanawiam - [przecież] nie było mnie i nagle się zjawiłem. Ale oni prawdopodobnie nie zwracali uwagi, kto tu mieszka - tylko ma być kuchnia, ma być zupa ugotowana i koniec. I ludzie sobie tam spokojnie żyli. Trudno mi jeszcze było zapisywać czy zapamiętywać daty, ale wiem, że byłem tam na pewno od 5 do 15 sierpnia, ponieważ 15 sierpnia został strącony angielski samolot z pomocą dla powstańców i zwalił się na końcu Redutowej; i teraz czytając na głazie ustawionym na rogu Wolskiej i Redutowej, ilu tych lotników zginęło i kiedy - 15 sierpnia - złożyłem sobie, że co najmniej 10 dni [mieszkałem u Paciorkówien] i jadłem, spałem, a one mnie wyprowadzały na opatrunki... Na końcu Wolskiej stała kamienica - oczywiście śladu już nie ma - tam był taki punkt [sanitarny], ona udawała, że [normalnie] idziemy, ale ja ledwo szedłem, bo to [zranione] miejsce było bardzo unerwione, bolało mnie. Każdy wybuch bomby na Starówce, to mnie jakby szpile ktoś [wbijał] - na czym to polega, nie wiem - powietrze czy uderzenie, czy sam głos takie robi wrażenie... [Spędziłem tam] na pewno te 10 dni, ale może dłużej. W każdym razie potem już się zaczęło robić [niespokojnie]... Może znowu instynktownie ludzie wyczuwali, że mogą [Niemcy] przyjść i na tą Redutową, i tam po kolei rżnąć ludzi aż do Jelonek. A ja niewiele myśląc, któregoś dnia, w porozumieniu oczywiście z tymi siostrami...
      Tam jeszcze nawet było takie małżeństwo z chłopcem troszkę młodszym ode mnie i oni udawali, że ja jestem drugim synem... Taki kamuflaż. A ponieważ to było na jednej klatce, u tych sióstr chyba spałem, one mi dawały jeść, prowadzały na te opatrunki, myły mnie, bo ja nie mogłem sam się nachylić...
      Któregoś dnia, kiedy część ludzi z tych z mieszkań już poszła, jedno mieszkanie było puste, więc zajrzałem - otwarte drzwi były, więc nie trzeba było nawet się włamywać - wziąłem, pamiętam, że woreczek taki z lnu, gdzie była mąka, dosyć nawet spora ilość, i obrazek ze ściany - Chrystusa z gorejącym sercem. I to był cały mój dobytek, z którym poszedłem uliczkami do mojej ciotki na Jelonki. Sam poszedłem. Te siostry zostały, ci ludzie zostali...
I one cię tak puściły samego?
     
Tak. To jakieś było porozumienie. Może stwierdziły, że lepiej jak ciotka... W każdym razie zawsze dalej od tego wszystkiego, co się może zdarzyć... Dalej od Woli, dalej od tego miejsca kaźni; [myśleli,] że będzie tam bezpieczniej. Nie wiem, jak to było. W każdym razie, to wszystko jakby zapisane było z góry, że tak ma być. U tej ciotki na Jelonkach też zaczęło się robić coraz niebezpieczniej i wobec tego ciotka Sokołowska - właściwie jakaś dalsza krewna -  mnie zaprowadziła do Ożarowa. To była "ciocia", ale dalszej pozycji, że tak powiem. To była kolejna osoba, która się mną zajęła.
     Oni sami [byli bardzo biedni]... I znowu obrazek już zupełnie nieprawdopodobny, jakby nie z tego świata, nie z tej Warszawy - izdebka może 2,5 na 2,5 [metra], może mniej, bez podłogi, jedne drzwi i jedno okno, ściany na zewnątrz obite papą, bo to taka izolacja była - koszmarny prymityw... Jakąś kuchenkę chyba mieli - bo jeszcze tam [mieszkał] wujek Sokołowski - łóżko i jakiś stół. Izdebka, jak komórka na węgiel...
     Na Jelonkach też zaczęło być bardzo niebezpiecznie - hordy Mongołów, jakichś azjatów na konikach... Palili domy, rabowali, gwałcili. Potem jakąś część ludności wysiedlono, nie wiadomo gdzie - czy do obozu... Nas ominęło to wysiedlenie z Jelonek, wróciliśmy do domu, to był spęd taki na polu, ale ciotka niedługo czekała, już na drugi dzień wzięła mnie do Ożarowa. Ciotka uznała, że tu jest bardzo już niebezpiecznie, w każdej chwili mogą nas wysiedlić, nie wiadomo, co się wydarzy i należy uciekać. Jeszcze takie związane z tymi Jelonkami koszmarne przeżycie: Niemcy zaganiali po kilkanaście osób z łopatami i prowadzili nas, nie wiadomo, w jakim celu, na teren Warszawy; porządkowanie czy odgarnianie czegoś - nie pamiętam, przecież ja byłem mały chłopak... Ale po prostu poszedłem przez ciekawość - jak ta Warszawa wygląda... Pomimo tej rany. Ale ja już byłem taki... Wiesz, na młodym to jak na psie się wszystko goi. Ale raz tylko poszedłem. I pamiętam, że szliśmy jakąś ulicą, może to właśnie była Wolska, potem może Chłodna, nie wiem. [Ale] już domy były jeden przy drugim, więc to było już centrum miasta... Nie bardzo pamiętam, po co te nasze łopaty im były potrzebne, co myśmy tam robili, szczególnie dorośli... To musiała to być jakaś ekipa porządkowa... Nie wiem, czy to było już po upadku Powstania. Bo Powstanie, gdy dogorywało, to tylko na Starym Mieście i na Mokotowie... A Wola już dawno padła... Może gdzieś tam na Wolskiej, może robili jakieś porządki... W każdym razie był to straszny widok: te wszystkie spalone domy, jakieś graty na ulicy i (piszę nawet w swoich wspomnieniach) ta głowa mężczyzny leżąca na ulicy... I potem - żeby nie było już takich momentów, że: a może nas wezmą wysiedlą do obozu, a może nas będą pędzać na roboty do Warszawy porządkować, i nie wiadomo, co może się zdarzyć - pojechaliśmy do Ożarowa pod Warszawę.
     To mogło być już we wrześniu. Mieszkałem u jakichś ludzi, przy szosie poznańskiej, małżeństwo z dzieckiem, czy to jacyś znajomi mojej ciotki, nie wiem. I znowu po latach stwierdziłem, że był 18 września, bo widziałem z Ożarowa chmarę olbrzymiej ilości spadających ładunków pomocy dla powstańców. A po wojnie w albumie przeczytałem, że to było 18 września. Tak właśnie porządkowałem sobie czas.
     W tym Ożarowie potem ktoś mnie zaprowadził w inne miejsce, dalej od szosy, gdzieś na wioskę... Ale już na szczęście długo to nie trwało - znalazła mnie w Ożarowie siostra, Henia moja kochana. No i to był dla mnie przełomowy moment - że już ktoś jest bliski, i to bardzo bliski, kto mi zastąpi matkę, zastąpi rodzinę, zaopiekuje się, będzie wiedział, co ze mną zrobić, jak mnie ratować, jak mnie żywić...
      Byliśmy krótko u jej teściów, we Włochach, potem zawiozła mnie pod Rogów, do chłopów na wieś, do Stefanowa. Tam już był Heni mąż i Heni syn. To musiał być początek października, bo zaczęło się bardzo chłodno robić. Kiedy jechaliśmy lokomotywą przy piecu, to jak tam palacz ładował węgiel, robiło się strasznie gorąco, ale po plecach było już zimno... Przyjechała po mnie furmanka, bo jednak cały czas bolała mnie ta [rana] - więc położyli mnie na słomie i tak wieźli aż do tego gospodarstwa.
      I tam [mieszkałem] z siostrą i z jej mężem, który umierał na gruźlicę. Jak moja siostra pojechała zahandlować - bo od chłopów brała jakąś rąbankę z nielegalnego uboju i wiozła pod Warszawę; Boże, ileż trudu, żeby zarobić parę złotych, ile trudu... W każdym razie, jak jej nie było, to ja musiałem zająć się tym mężem, umierającym na gruźlicę i jej synkiem, który był młodszy ode mnie. Musiałem nauczyć się gotować zupy, karmić - i czekać na siostrę, która przyjedzie i już będzie lepiej. I tak było aż do wyzwolenia. Zima była koszmarna, ta ostatnia - z czterdziestego czwartego na piąty. Jak tylko przyszło wyzwolenie, zaraz się stamtąd zmyłem. Ale to już była wiosna, kwiecień. Bo trzeba by szaleńcem być, żeby zimą jechać nie wiadomo gdzie. Do czego? Do jakiejś spalonej izby? Żeby zamarznąć?
Postanowiłeś wrócić do Warszawy?
     
Tak. I chyba to sam urządziłem. Sam wracałem. Teraz chłopiec dwunastoletni to nie wiem, czy by sobie tak radził, jak ja musiałem.
Pewnie nie... Ale co, siostra cię tak puściła? Czy uciekłeś?
     
Szwagier niestety na tę gruźlicę umarł i nas została trójka - więc prawdopodobnie jechałem z siostrą i z jej synem jakieś dwa - trzy lata młodszym ode mnie, może mniej, może więcej, chłopaczek no - dziesięć, może osiem lat. 
     Są takie momenty, że zupełnie nic nie pamiętam. Pamiętam lokomotywę, która mnie wiozła i tego palacza, który walił węgiel do kotła... I [to] też jest zadziwiające, i jednocześnie jestem pełen podziwu dla mojej siostry... Bo to był towarowy pociąg, najlepiej było jechać przy ogniu, więc ona musiała dostać zezwolenie maszynisty, że nas dwoje będzie wiózł. Ale załatwiła, Henia wszystko potrafiła załatwić. Była dzielna, kochana, wspaniała. Tyle wyrzeczeń - zawsze do mnie mówiła "syneczku" - żeby swojego syna i mnie nakarmić, ubrać... Jeszcze w Stefanowie uszył mi krawiec na wsi palto - płaciła starymi krakowskimi pieniędzmi i tymi lubelskimi, bo już weszły lubelskie. I ludzie tak przyglądali się na te banknoty, no bo na diabła ten orzeł bez korony... Ale taka [Henia] była. Niejedna matka tak by nie potrafiła, jak ona. To była wspaniała kobieta.
     Wiosną czterdziestego piątego roku wróciłem do Warszawy i skierowałem swoje pierwsze kroki na Wolę. To bardzo dramatyczny moment. Gdzie myśmy wysiedli z pociągu? Nie dochodził przecież do żadnego centrum, tylko gdzieś we Włochach albo na Dworcu Zachodnim się zatrzymał i potem trzeba było iść na piechotę; ale to już nie była jakaś wielka trudność. Znalazłem się na Wolskiej, pamiętam, że gdzieś naprzeciwko fabryki Dobrolina, która istnieje do tej pory, i zacząłem iść w kierunku cerkwi. Najpierw wstąpiłem do kościoła św. Wawrzyńca, popatrzeć. Ale tam były ślady rozstrzeliwań - na ścianie przyklejony był kawałek czaszki z włosami, oderwać nie można było, tak przysechł. A potem się okazało, że księdza proboszcza zastrzelili przy ołtarzu. Z trudem, ociągając się, ze strachem, obawą, szedłem w kierunku miejsca straceń, tam do tego rowu... Nie wiem, czego się bałem. Że może jeszcze trupy zastanę, czy - dowiem się naprawdę, że oni zginęli? Bo ja cały czas nie wierzyłem. [Myślałem,] że może to nie było prawdą, że zostali zabici, że może to było tylko tak na pokaz, że może ich wypuścili... Nie docierało, że oni nie żyją. Dopiero jak wszedłem do tego rowu, to jest tuż przy bramie cmentarnej, [i] znalazłem książkę kasy chorych. Wtedy jeszcze były na ostatniej stronie zdjęcia rodziców... A ponieważ ta książeczka przeleżała od sierpnia do kwietnia, czyli jesień, zimę i wiosnę, więc i zamokła - tak, że jak wyschła, to się te zdjęcia rozsypały w proch i nie ma śladu. Jako najtragiczniejsza i największa pamiątka została mi książeczka kasy chorych, gdzie były zapisywane zarobki mojego ojca, który pracował między innymi też na cmentarzu prawosławnym - i tam data, i stempelek, i podpis popa, ile zarobił... Przejmujące jest to, że róg tej książeczki jest wyrwany kulą. Czyli, że - jeśli ojciec miał ją w marynarce, w kieszeni - to seria musiała przelecieć mu po piersiach. Można się domyśleć, dlaczego ta książeczka się znalazła i leżała jakby czekała na mnie, [jakby czekała,] że przyjdzie odpowiednia osoba i ją weźmie: albo jak noszono trupy na cmentarz, żeby tam spalić, to wyleciała z kieszeni, albo - ludzie, którzy nosili zwłoki, to byli Polacy - może ktoś wyciągnął i rzucił, żeby ślad był... I ona czekała na mnie, a przecież była widoczna - czarna, takiego formatu jak to książeczka ubezpieczalni. Jakby czekała na mnie, że to będzie dla mnie pamiątka i świadectwo tego, że oni tu zginęli... I mam ją do dzisiaj. Chciałem nawet oddać do Muzeum Powstania, ale dzieci mi zabroniły. To ma być dla nas pamiątka rodzinna. I nic więcej nie zostało - nawet zdjęć rodziców nie mam, nic. Jak oni wyglądali - to mi się tylko wydaje, że pamiętam, a to wszystko jest nieprawda...
     Ten tragiczny dokument, który mam do dzisiaj, robi wstrząsające wrażenie na ludziach. Bo to wyobrazić sobie, że kula przeszła wyrywając w strzępy róg tej książeczki i potem przez ciało mojego ojca... Drugiej takiej pamiątki chyba nie ma w Polsce ani na świecie.
Przecież mieszkaliście obok. Czy cokolwiek zostało z tego domu?
     
Nic. Zarwane, cała kamienica spalona i stropy zawalone aż do naszej sutereny. Z gruzu wystawało żelazne łóżko - kiedyś były takie żelazne łóżka, jak w wojsku - i to sterczało...
Byłeś sierotą i byłeś bezdomny.
     
Przypuszczam, że Henia już szukała czegoś... Miała na Pradze znajomych. I myśmy tam troszkę [mieszkali] u tych znajomych... Kamienica taka przedwojenna, ale już nowocześniejsza, gdzie były weneckie okna, na Tarchomińskiej... na Pradze [prawie] wszystko ocalało... Dobrze się tym ludziom wiodło, było co jeść... A potem nagle Henia bierze mnie - i chyba swego syna Miecia, bo przecież on cały czas z nami [był] - dryndą, czyli dorożką, z Pragi, przez most pontonowy, taki, co się gibał. I też to było trochę ze strachem, bo tylko w jednym kierunku mogło się dziać - najpierw z Pragi do Warszawy, potem stop, z Warszawy na Pragę; nie można było minąć się, taki wąski był ten most. W każdym razie pojechaliśmy dorożką gdzieś na Wolę. Pamiętam, że pierwsze zamieszkanie było na rogu Bema i Wolskiej, na pierwszym albo na drugim piętrze...
Jednak ciągnęło was na tę Wolę mimo wszystko?
      
Bo to tak, jakby tam miało coś dla nas być, bo my stąd jesteśmy, z tej Woli. I Henia zajęła na rogu Bema i Wolskiej - jeszcze po wojnie stała ta kamienica - pokój, bez wygód, bez okien, bez drzwi, bez podłogi, bo to wszystko zostało wypalone. Pozakrywała okna kocami czy czymś, ale szła zima, nie da rady - trzeba by było palić bez przerwy w jakiejś kozie i siedzieć przy niej blisko, żeby nie zamarznąć. Ale za jakiś czas znowu zmiana. Naprzeciwko tego pokoju zajmujemy mniejszy, ale już z oknami i z drzwiami. Prawdopodobnie myśmy tam chwilę pobyli - to znaczy kilka dni - a tu się coś robiło, żeby była kuchnia węglowa, żeby już można było żyć. Nieustanne przeprowadzki. Ale potem było  coraz lepiej. I w tym pokoiku - tym mniejszym, on miał ze 16 metrów - był [najpierw] tylko zlew i kuchnia, potem już nawet światło było, i prąd. A moja siostra, zaradna, zaraz skombinowała jakąś budę drewnianą, gdzie można było wejść, dojść do bufetu, poprosić setkę wódki i kawałek gorącej zwyczajnej kiełbasy - i tam tym handlowała. To znaczy - to było nielegalnie, [oficjalnie] handlowała jakimiś drobiazgami, ale podstawowy produkt w wyżywieniu to była kiełbasa zwyczajna; a ponieważ tam było dużo ludzi z Woli, robotników, przychodzili tacy różni, żeby sobie golnąć setę i zjeść kawałek kiełbasy. Podziwiam tę zaradność, że ona wszystko jedno, co - żeby tylko zarobić... Ale mieliśmy taką chwilę, kiedy Henia przyniosła jakiś bochen twardego, zeschniętego chleba. Dobrze, że był piekarnik - pokropiła [ten chleb] wodą, włożyła do piekarnika, on tam spuchł, zrobił się miękki - można było go zjeść. Tak, że nawet takie momenty były, że jadło się stary, twardy chleb, w ten sposób odświeżony. A ta kiełbasa to mi się dała we znaki, bo Henia nie miała czasu na jakieś obiadki, a najłatwiej było kiełbasę, więc tak: na śniadanie kawałek chleba, kawałek kiełbachy, czymś popić, [i na] obiad, i na kolację. To ja już potem nie mogłem patrzeć na tę [kiełbasę]. Do tej pory nie mogę; na gorąco - to takie było mdłe, obrzydliwość. No - ale było.
      Jeszcze przed tym mieszkaniem na Woli, Henia zajęła na Wiejskiej - w pięknym przedwojennym gmachu, gdzie w tej chwili jest "Czytelnik" - piękne mieszkanie. Pokój z kuchnią, gdzie było wszystko - meble, pościel, gary; było  niespalone, [a] ktoś nie wrócił do tego mieszkania. Ale długośmy się nie nacieszyli, bo zaraz nas eksmitowali. Bo urzędy, które nie miały gdzie się pomieścić - tak jak w hotelu "Polonia" były urzędy, ambasady. Musieliśmy tę kamienicę opuścić. Zabraliśmy z Wiejskiej wszystko, co się dało - meble, żyrandol, pościel... Uważaliśmy, że to nasze. Kto tam dochodził... I potem było to w tym pokoiku, gdzie już były drzwi wstawione i okno -od razu był żyrandol, łóżka, krzesła.
      Pamiętam, że po wodę, jak te parę dni mieszkaliśmy na Wiejskiej, to chodziłem z wiadrem na Plac Trzech Krzyży, bo tam była studnia. Tak się robiło, żeby trochę wody zdobyć.
      Jesteśmy na Woli, to już jest czterdziesty piąty. Latem wyjechałem do wujka Tarnowskiego pod Połczyn Zdrój, gdzie on zajął poniemieckie gospodarstwo rolne, bardzo zamożne, z domem dla jaśniepaństwa, z domem dla robotników; i całe te obory, stodoły i stajnie... On to zajął z żywym inwentarzem - z krowami, z końmi, z kurami. Jeszcze ci gospodarze, tacy staruszkowie, tam sobie siedzieli, dopóki mogli... Lato było już, tak. Pamiętam, że jak żeśmy tam trafili, było bardzo cieplutko, bardzo fajnie, ryby w stawie pływały, karpie duże. I było co jeść, i masła grubiej niż chleba się kładło, zupka była podawana w wazie i w ogóle było luksusowo, jak w pałacu - tak mi się wydawało oczywiście. To [było potrzebne, żeby nabrać ciała], bo przecież wyobrażasz sobie, jak ja mizernie musiałem wyglądać. I myśmy tam pojechali - córka wujka Tarnowskiego (wujek Tarnowski to rodzony brat mojej matki), w moim wieku chyba była, i ja - żeby u tego wujka odżywić się, nic nie robić, nie uczyć się... Ale [przede wszystkim -] najeść się wszystkiego. Najdłuższe wakacje...
      Pamiętam, że zastało mnie tam Boże Narodzenie. Jak to u Niemców - na każdej wsi musiała być gospoda ludowa, ze scenką, gdzie orkiestra stała i można sobie było potańczyć. Ale była też taka duża teatralna sala, niedaleko naszej wioski, i tam Polacy, którzy byli robotnikami w tych gospodarstwach - pod Połczynem Zdrój było masę gospodarstw niemieckich, wspaniałych zresztą - urządzili sobie Wigilię i Święta. Takie wspólne - była choinka, stoły zastawione, radość z wolności, radość z tego, że zaraz wrócę do domu... Większość warszawiaków. Miałem pierwszy w życiu występ przed publicznością, ponieważ znałem na pamięć jedną z najbardziej uwielbianych i wzruszających piosenek: Piosenkę o mojej Warszawie (to była taka wersja dla mężczyzny i wersja dla dziewczyny). I wypchnęli mnie na tę scenę, ja przerażony - ale jakoś zaśpiewałem wszystkie zwrotki, od początku do końca. Oklaski były niesamowite, bo to było wzruszające; potem Fogg śpiewał, potem ta piosenka była zakazana, bo to się kojarzyło z Powstaniem, z akowcami... "Warszawo ty moja, Warszawo, dziewiątką pojechać w Aleje..." - i tak dalej.
     Mój wujek, "hrabia Tarnowski" zwany na Woli, on był brukarzem, nie żadnym rolnikiem - wobec tego wszystko, co było w tym gospodarstwie, zamienił na gąsiory z wódą. Końmi, furmanką przywozili te gąsiory, stawiał sobie przy łóżku i popijał, popijał, aż przepił wszystko - to znaczy: konie, krowy i co tam jeszcze było. W międzyczasie ci właściciele Niemcy, małżeństwo, zostali wysiedleni, ktoś z Warszawy przyjeżdżał, jakiś brat cioteczny, ktoś tam jeszcze, dorywali się do jedzenia... To była jakby stacja przesiadkowa, z tego gorszego na lepsze - żeby trochę odetchnąć, nabrać ciała, nabrać siły, zabawić się, wypić, zatańczyć... Ja nie piłem oczywiście, ale wujek... Pojechaliśmy kiedyś po zakupy - była zima, śnieg. Dojechaliśmy do sklepu - ja pilnowałem koni, a wujek poszedł kupować. Coś kupował, ale przede wszystkim gąsior - ileś tam litrów wódy, taki gąsior w plecionym koszu. Ale już tam sobie golnął, więc był nie bardzo mocno na nogach. Zrobiło się ciemno, do wioski daleko, ja nie wiem, jak się tam jedzie, ale wujek lejce o kłonicę zawiązał i koń sobie poszedł! Trafił, jeszcze zarżał na podwórku, ucieszony, że zaraz będzie przy korycie.
Długo byłeś u tego wujka?
      
Długo. Od lata, przez zimę, bo wiesz, jednak tam wszystko było, a po co wracać na zimę -  to trzeba być szaleńcem - do Warszawy?
A jak to się w ogóle stało, że wuj tam był w Połczynie?
      
Bo wujek był wywieziony, na roboty przymusowe. I jak Niemców przepędzili to dostał tam gospodarstwo poniemieckie i tam został. "To teraz jest moje, kurczę, ja sobie odbiję to wszystko!" No i tak zrobił. Ktoś skorzystał, te konie się nie zmarnowały na pewno... Ale przyszła wiosna i trzeba było już się pomału zwijać, dlatego, że w gospodarstwie zaczęło być coraz mniej wszystkiego. I pieniędzy, [i] nie było komu robić, rąbać drzewa czy doglądać krów. Wracamy z Leokadią, córką wujka, moją siostrą cioteczną, do Warszawy, to jest wiosną czterdziestego szóstego, jaki miesiąc nie wiem. No i do Heni. Do Heni, bo już miałem gdzie wracać. Na Bema.
      Siostra była cały czas na na Woli w tym pokoiku właśnie, tym malutkim, 16 metrów.  Tam się trochę człowiek poobijał, poobijał, bo nie bardzo było w tym pokoiku co robić, bo to dwa łóżka, jeden stół i dwa krzesła, ciasno... I co - usiądziesz i co masz?
A w tym czasie nie chodziłeś nigdzie do szkoły? Jak to wyglądało?
      
Nie chodziłem do szkoły, nie wiem właśnie, dlaczego. Bo miałem szkołę na Bema zaraz tuż, tuż.. Nie dopilnowane było. A może i chodziłem... Krótko, bo krótko...
     Potem przyszło lato, czterdziesty szósty, mój brat cioteczny wziął mnie i pojechaliśmy na roboty, ale już w Polsce. Za Siedlcami wysiedliśmy z pociągu, i wypatrywaliśmy jakieś gospodarstwa, które się na oko wydawały zamożniejsze. Ja pracowałem u gospodarzy do jesieni. I robiłem wszystko - byłem za parobka. Ale miałem jedzenie, miałem gdzie spać... I znowu, żeby przetrwać, żeby tylko nie głodować. Bo głód jest największym strachem. Przyjechała siostra na jesieni, gospodarze trochę nam dali na zapas, jakieś jedzeniowe produkty, i wróciliśmy do Warszawy. Przyjechała po mnie, bo i trzeba było coś dźwigać, i bała się - bo w międzyczasie ten mój brat cioteczny, trochę widocznie nieodpowiedzialny (był starszy ode mnie), rzucił wszystko i bez uprzedzenia mnie uciekł. Pojechał i zostawił mnie samego. Nie wiem, co mu odbiło. Nieodpowiedzialny człowiek. Ale siostra mnie zabrała, wiedziała gdzie [byłem], bo przecież ja chyba pisałem, czy może gospodarze pisali... Wracam na tę Wolę, a w mieszkaniu jest już następny mąż siostry, i jest nas czworo - i dwa łóżka, takie żelazne, wąskie. Strasznie prymitywnie, ciasno, zlew z zimną wodą, ubikacja w piwnicy, taka, ach, aż strach wejść... I idzie zima. Ten czterdziesty szósty na siódmy. Wiadomo, że będzie ciężka, tak jak wszystkie te zimy, okupacyjne i potem. I znowu wieje...
Nikt z dorosłych nie miał pomysłu na twoje życie?
    
Nikt. Zresztą moja siostra - ona miała bardzo dobry sposób na życie, mówi: "Wiesiu, aby dzisiaj. Jutro, jak Bóg da". I tak było. Ale tak się stało, że Bóg coś wreszcie urządził, coś nakierował, żeby skończyć z takim życiem.
     Do Heni przychodzili kupić wódkę - jak już tej budy nie miała, bo zlikwidowali jej, to w domu handlowała. To przychodzili, ale kto brał, zapłacił, albo [przynosił] coś kradzionego, zamiast pieniędzy. Takie czasy były, nikt się nie zastanawiał, nie przejmował tym, czy to kradzione, czy nie. Chciał wódki, to zostawiał aparat fotograficzny albo zegarek - aby wódkę mieć. Pewnie, że lepiej było dostać pieniądze, no bo co z aparatem - to trzeba było znowu gdzieś sprzedać.
     [Ale] oprócz tych pijaczków przychodził taki pan, którego określam "jeden z przytomnych" - na Woli  "przytomny" to nie znaczy taki, co [nie] stracił przytomności, tylko, że logicznie i rozsądnie myśli. I któregoś dnia usiedliśmy, i on mi zaczął dyktować, też tak nie bardzo składnie, ale na tyle, żeby zrozumieć, o co chodzi. A ja pisałem. Pisałem kulfonami. I wysłaliśmy list do "Expressu Wieczornego", była tam taka rubryka "Przyjaciel". List z prośbą o pomoc, o radę, co mam dalej robić, bo tutaj życia nie ma, nie wiadomo jak się uczyć... I tak dalej, i tak dalej. I ten list został wysłany do "Expressu Wieczornego", był tam taki dział. Pamiętam rysunek, taka dłoń wyciągnięta - przyjaciel, który chce ci pomóc. Tę rubrykę prowadziła Karolina Beylin. Przeurocza, bardzo miła pani. Że to Karolina Beylin, to dowiedziałem się oczywiście potem... Więc jest przełom czterdzieści sześć - czterdzieści siedem, siedzimy w domu, pod kuchnią się pali... Do szkoły nie chodzę, bo za zimno... A może nie było w czym? Nie wiem. To jest ta sama sytuacja, co przed wojną, że nie wychodzi się na dwór zimą, bo nie ma butów. Albo nie było nawet na książki? Nie wiem. Ale to nie był stracony czas. Siedzimy, siedzimy, nagle dzwonek czy pukanie do drzwi, wchodzi chłopak, nieźle ubrany. Okazało się, że to goniec z ?Expressu Wieczornego". Nie wiem czy zostawił jakieś pismo, czy tylko Heni powiedział, że umawia nas do redakcji w Alejach Jerozolimskich niedaleko Placu Zawiszy, do pani Karoliny. Na drugi dzień, czy za dwa dni, jedziemy do redakcji, ja z Henią... Henia rozmawia z panią Karoliną Beylin, ja grzecznie sobie stoję i nawet nie słucham, bo wiem, że Henia wszystko dobrze załatwi. I one ustalają, pani Karolina Beylin mówi, że przyszły listy z Wałbrzycha, z jakichś miejscowości... Że pewne rodziny chciałyby mnie, "ale radziłabym pani, żeby Wiesio zgodził się i pani" - tak w tej chwili improwizuję - "na Podkowę Leśną, Stawisko, u państwa Iwaszkiewiczów, których znam osobiście. Jest to wspaniały dom, wspaniała rodzina, niedaleko Warszawy..." i tak dalej. Henia chyba niewiele się namyślała, bo nawet sobie żeśmy nie wyobrażali, że to aż taki dom. Ale przedtem było, też umówione przez Karolinę Beylin i Henię, spotkanie z Jarosławem Iwaszkiewiczem w Teatrze Polskim, na Karasia.
A wiedziałeś w ogóle wtedy, kto to jest Jarosław Iwaszkiewicz?
    
Nie. A skąd! A Podkowa Leśna!? Boże, człowiek żył w Warszawie, i nie widział nic. Nie wiedziałem, co to góry, co to morze, Podkowa Leśna... Nic absolutnie. Do takiej orientacji to za wcześnie jeszcze było. I jesteśmy umówieni. Karolina Beylin daje namiar, Teatr Polski, że tam pan Iwaszkiewicz pracuje, że przez portiernię - która istnieje do dzisiaj - tam dochodzi do spotkania. Wielki gabinet, siedzi pan, bardzo poważny, wysoki. Wstał, przywitał się, rozmawiali, rozmawiali, znowu nic z tego nie pamiętam... Wręczył Heni 100 złotych, żebyśmy mieli parę groszy na te 2-3 dni. I siostra umówiła nas, że tego i tego dnia jedziemy do Podkowy Leśnej.
      Była to niedziela, wysiedliśmy z kolejki EKD w Podkowie Zachodniej, bo to wszystko wiedzieliśmy, i zaczęliśmy iść w kierunku Stawiska. Jezdnia była jeszcze nieasfaltowa, ale [i] tak bardzo egzotycznie dla nas, takie wille wspaniałe... Pytamy się po drodze czy na Stawisko dobrze idziemy. "A tak, to proszę, tutaj brama i tak skosem." Dochodzimy do Stawiska - jakiś wielki wspaniały dwupiętrowy dom, kolumny, ganek... Ja mówię: "Heniu, to chyba nie tutaj, to niemożliwe, to jest za wspaniałe miejsce". No i poszliśmy dalej. A tam była ścieżynka. Dochodzimy - parkan. Bo to było już ogrodzenie Stawiska. Doszliśmy do parkanu, patrzymy na drugą stronę uliczki, a tam jeszcze wspanialszy pałac. To były dwa pałace Wertensteinów. Nie, to trzeba się wrócić, po prostu zadzwonić, zapytać się. No i wróciliśmy, ja zadzwoniłem, zaszczekał pies, ktoś otworzył nam drzwi. Wchodzimy do holu, głównym wejściem, tam nagle ktoś takie suwane drzwi od stołowego zamyka, żeby nie robić zamieszania, bo odbywało się właśnie urodzinowe przyjęcie gospodarza. On się urodził 20 lutego, a ponieważ urodziny wypadały w dzień powszedni, przełożono na niedzielę i to wypadło 23 lutego; mam to zapisane w swoim notatniku. I 23 lutego - za kilkanaście dni minie sześćdziesiąt lat, jak tam przyjechałem...
I zaczęło się dla ciebie nowe życie...
    
Każdy wiek ma swoją dobrą stronę, ja mam pewne refleksje, dosyć nawet niegłupie - że ta jazda kolejką 45 minut, to było jak olbrzymi skok - z Woli w inny świat, jakby jakiś cud, jakieś nie wiadomo co. Albo takie skojarzenie, że pierwsza książka... Bo pan Jarosław mi podsuwał książki...
A właśnie, jak tam zostałeś przyjęty, jak to wyglądało?
     
Otworzył nam - też potem się dowiedziałem - pan Józef Zakrzewski, który tam mieszkał. Pochodził z Konina, kształcił się w Warszawie i jednocześnie - żeby mieć wikt i opierunek, i dach nad głową, to - a był niegłupi, miał jakąś szkołę, liceum czy coś -sekretarzył, przepisywał rękopis Sławy i chwały... Ja nawet, jak się spotykamy teraz, to do niego mówię "mój ty pierwszy sekretarzu"; to kojarzy się z pierwszym sekretarzem...
     Na początku otworzył nam drzwi i wprowadził Henię i mnie do gabinetu, żeby tam spokojnie poczekać, bo ta masa gości musiała wyjść... A dymu od papierosów! I pan Józef zaraz przyniósł nam (to była pora obiadu) obiad tam do gabinetu, i myśmy zjedli obiad, już normalny, przy takim okrągłym antycznym stoliku, który do tej pory istnieje. Po jakimś czasie [pan Józef] zaprowadził mnie i Henię na drugie piętro, na poddasze, gdzie były dwa, trzy czy cztery pokoje, bardzo zabawne, z takimi ściętymi sufitami. W największym pokoju mieszkał pan Józef i - żebym ja miał takiego młodego opiekuna, jak brata (on nawet określał to "starszy brat", był dla mnie starszym bratem) - to [właśnie] tam przygotowane dla mnie było łóżko i biurko. On miał swoje, ja miałem swoje, łazienka obok. I tam sobie mieszkaliśmy jakiś czas.
A kto ci uświadomił, że trafiłeś do domu wielkiego pisarza? Bo przyjechałeś tam, a właściwie nie wiedziałeś dobrze, dokąd jedziesz...
     
Musiała mi Henia powiedzieć. Przecież ona wiedziała, że jedzie do Jarosława - pisarza. Jarosław w Teatrze Polskim był kierownikiem literackim i to niewiele mówiło, ale musiała wiedzieć i ja musiałem to usłyszeć. Byłoby nawet bardzo głupio, że mam tam mieszkać i nie wiem, jak się nazywają ci ludzie. Wiedziałem, że to jest pani Anna, że to jest Teresa - już na drugi dzień. Potem mi się wydawało, że to jest takie strasznie zajmujące mnie przejście, denerwujące, no - nie wiadomo, co z sobą zrobić. Inny świat! Gdzie mam się podziać - czy mam usiąść, czy mam stać i co mam dalej robić? To nie jest tak, jak [kiedy] sobie wracasz do swojego mieszkania, wieszasz [ubranie], myjesz ręce, kładziesz się albo siadasz - wiesz, co robisz.
      Ale chcę wrócić do tego momentu, jak pan Józef nas prowadzi na górę. Widzę jakieś obrazki, cieplutko, w piecach się paliło wtedy węglem... Henia tam jeszcze chwilę pobyła, tak na stojąco, bo się robiło ciemno, więc ona spieszyła się, żeby po ciemku do kolejki nie iść samemu. Pożegnała się... I poszła. A ja się rozpłakałem. Bo to było takie, ja wiem... [Wiedziałem, że] będę miał dobrze, będę miał szkołę, będę miał wszystko, co zamarzę... Jak pan Radosław Romaniuk, doktor polonista, pisze, że dla niego jest miłe, że ja o tej Woli, która właściwie nic mi nie dała - dzieciństwo byle jakie: aby nie był człowiek głodny (chociaż byłem szczęśliwy); okupacja: jeszcze gorzej - [że ja mimo to] wspominam tę Wolę, jak coś kochanego, dobrego, miłego. Miałem rodzinę... Myślę, że dlatego się rozpłakałem. Ale to krótko trwało, bo to były i trochę nerwy, i trochę żal... Przecież mogłem sobie powiedzieć - będę chciał, to wsiądę w kolejkę i pojadę. [Ale] to nie tak łatwo.
     Pierwsza kolacja - o Boże, jaki człowiek przeżywał stres... Wielki stół, wspaniałe obrazy, fortepian, żyrandol, gdańska szafa, pełno pokoi, hol... I posadzono mnie na honorowym miejscu, a tu siedziała rodzina - dwie córki, pani Anna, Jarosław, ktoś jeszcze, nie pamiętam... Półmrok... Nie bardzo wiedziałem, jak się posługiwać sztućcami, ale byłem cwaniak z Woli, powiedziałem sobie "duchu" i patrzyłem. Zanim wziąłem do ręki, to patrzyłem, w którym ręku [oni trzymają]. Ale uczyłem się nawet tego - jak trzymać widelec i nóż. Nie podpierać się łokciem, nie siorbać... Wszystko to musiałem powiedzieć sobie i już to robić. [A jak] łamałem język! Na przykład - śmieli się ze mnie, ja też się śmiałem - mówiłem "siroda", akcent zupełnie nie w tym miejscu: "siroda". Strasznie kaleczyłem język. Ale to była nie moja wina, tylko Woli.
Nie miałeś za sobą edukacji...
    
Żadnej. Poszedłem do szkoły do Podkowy Głównej. Chyba do piątej klasy od razu. Byłem już za stary na to, żeby zaczynać od pierwszej klasy - jak ja bym wyglądał? Nie było mi łatwo nawet z nauką, bo ja musiałem nadrabiać zaległości. W ogóle pojęcia o niczym. Tylko tyle, że umiałem czytać i pisać - to wszystko. I zaczęła się najmilsza w życiu człowieka rzecz - kiedy połykasz książki. U mnie książka nie jedna [leżała] na szafce nocnej, ale przynajmniej cztery, bo niemal na raz czytałem, taki byłem zachłanny... Tak, jak człowiek [który jest] spragniony wody, a nie ma gdzie ją dostać. To samo z książkami. Czytałem i czytałem, to było dla mnie tak piękne, przejmujące... I ta pierwsza książka, to była Cudowna podróż. Ta opowieść jest z innego kraju, ale piękna. I też takie skojarzenie, że ta jazda kolejką na Stawisko, 23 lutego, to tak jakby cudowna podróż - oczywiście krótka, ale też ma takie znaczenie symboliczne: że to jest taka podróż, która okazała się dla mnie przełomowa, cudowna to może za dużo powiedziane - ale [okazała się] cudem. I rzeczywiście cudem, bo - co tu dużo gadać - wszystko, co nagrywamy: to, że się znajduję na tym miejscu egzekucji, to, że zostaję ranny, to, że te pomidory - to wszystko jest zapisane jakby w scenariuszu do filmu, że [ma być] tak, żeby główny bohater uciekał, uciekał, ale żył; żeby go już nic [złego] nie spotkało.
Ale poza edukacją w szkole odbierałeś edukację przede wszystkim od państwa Iwaszkiewiczów. Jak to wyglądało?
    
Była bardzo delikatna, umiejętna... Ponieważ byłem uważnym obserwatorem, to i obserwując też się uczyłem, ale jednocześnie toczyły się rozmowy - o muzyce, o literaturze rosyjskiej... To wszystko wpadało - nazwiska, tytuły, kompozycje, Chopin, Beethoven, pierwsze nazwiska, których nigdy wcześniej nie mogłem usłyszeć! Bo od kogo? Jak? Jeśli chodzi o edukację, to mam umiejętność słuchania i obserwowania... Żałuję tylko, że z pamięcią było gorzej, nie byłem w stanie wszystkiego sobie przyswoić i zapamiętać, to nie jest takie łatwe.
     Ale na przykład kiedyś - jest lato, piękna pogoda, wieczór. Wychodzimy z panią Anną Iwaszkiewicz przed dom, lipowa aleja, wspaniała, potem świerkowa, sad, drzewa, bzy, sierpień... Wyszliśmy z dala od domu, żeby światło nam nie przeszkadzało i pokazywała mi niebo, i wszystko, co wiedziała. Że to jest Wielka Niedźwiedzica, że to jest Gwiazda Polarna, że to jest Orion... Nie musiałem tego czytać, ja dostałem to jakby na tacy.
     Nie było dnia, żeby człowiek się czegoś nie dowiadywał. Albo przeróżne wieczorne dyskusje - o jakimś pisarzu polskim, o Ważyku, że napisał to i to, że Poemat dla dorosłych Ważyka: że to jakieś świństwo, że antypolskie... Albo mnie to nie interesowało, albo nie obchodziło, albo nudziło - ale [jednak] nie było obojętne, bo zostało. Ja mogę nawet teraz wymienić nazwiska.
     Wszystko było dla mnie odkryciem, każdy dzień, każdy moment, każde zdarzenie. Kiedyś zadałem pytanie - czy samobójstwo to jest odwaga, czy tchórzostwo? (Ponieważ gdzieś widziałem, [jak] dziewczyna skoczyła z Poniatowskiego - już po wojnie, akurat z córeczką szedłem i zerknąłem na dół.) No i zaczęła się dyskusja. To znaczy ja zadałem pytanie, a pan Jarosław mi próbował odpowiedzieć [i] wytłumaczyć, że samobójstwo jest tchórzostwem. I teraz też się zastanawiam - czy on to dlatego powiedział, żeby mi dać wiarę w życie i żebym nie próbował kiedyś popełnić tchórzostwo. Ale wydaje mi się, że to rzeczywiście jest tchórzostwo - nie danie sobie rady z tym, co na człowieku ciąży. To musi być potworne obciążenie psychiczne - że już nie mogę, już mam dosyć...
A kiedy poczułeś, że Jarosław Iwaszkiewicz jest dla ciebie nowym ojcem? Bo musiał przyjść taki moment. Na początku przyjechałeś do obcych ludzi; wiedziałeś, że będą ci życzliwi, że zapewnią ci dach nad głową, że będziesz miał co jeść, że będziesz miał zapewnioną edukację i najlepsze warunki... Ale kiedy pojawiła się więź rodzinna?
    
Dosyć późno. Jak już byłem pełnoletni i wybierałem się do wojska... Bo długi czas się [do państwa Iwaszkiewiczów] zwracałem per "pan" i per "pani". Tak samo do córek: "pani Teresa".
Czyli jako nastolatek nie czułeś się ich synem?
    
Nie. Ja nawet podkreślałem to, że ja jestem z Woli. Przychodziła mi taka myśl: [gdyby pan Jarosław chciał] mnie usynowić - to jak ja się mam zachować? Powiedziałem sobie, że nie zmienię nazwiska. Moja więź z rodziną i z Wolą jest bardzo silna. Ale nie przeszkodziła mi stać się mimo wszystko innym człowiekiem, co tu dużo gadać. Nadającym się do współżycia. Ta więź rodzinna [z Iwaszkiewiczami], ona właściwie nigdy nie była pełna, [bo] to jest bardzo trudne, właściwie nie do przejścia, no, co nagle - nie będę chodził i mówił "tata" albo "mama", mowy nie ma! Tamci byli. Mowy nie ma.
     Oswoiłem się [dopiero] już jako dorosły, kiedy już robiłem, co chciałem, jeździłem po szkole z powrotem do Warszawy na five o'clock'i, miałem pieniądze, miałem fajne dziewczyny. Ale najbliżej mi się żyło z Teresą. Ona długi czas była niezamężna i mieszkała na Stawisku, Marysia już była zamężna, więc miała swoje życie. Z ciocią Hanią, panią Anną, było gorzej - bardzo mnie szanowała i kochała, ale ona miała swój świat: świat Boga i religii, i Kościoła. To była osoba prawie święta, delikatna, nawet nie umiała jajek na miękko ugotować czy na twardo. W ogóle [się takimi rzeczami] nie interesowała, nie umiała, nie chciała. Ale umysł był i znakomita tłumaczka francuskiego... Miała swój świat, a poza tym wiedziała, że wszystko jest - kucharka, która mnie nakarmi, kobieta, która sprzątnie i druga, która upierze i uprasuje koszule i mi przyniesie. Zresztą o swoje córki też nie bardzo musiała [się troszczyć], bo miały wszystko, co trzeba. Chociaż - to jest za mało. Tak samo, jak dla córek było za mało, że matka jest taka w innym świecie. Dla mnie też było za mało, ubolewałem nad tym (to tobie mówię) i miałem za złe, i miałem ukryty żal, że pani Anna nie jest taka matka, jak ja bym chciał - jak moja matka czy inne matki: że weźmie cię na kolana czy przytuli, czy zapyta się... I miałem o to żal. Było na dystans. Ale co z tego? Bo była wielka serdeczność. Pamiętam [jak] kiedyś Jarosław wracał z zagranicy samolotem w dniu moich imienin i przyjechał samochodem z lotniska, na Foksal, [gdzie mieszkałem,] kiedy już byłem żonaty. Pani Anna przyjeżdżała na moje imieniny z Podkowy Leśnej. Wcale nie musiała, mogła zadzwonić. Był mi okazywany wielki szacunek, sympatia, no miłość, to może byłoby za dużo powiedziane, ale staram się być delikatny, nie przesadzać w niczym.
Czułeś, że cię tam szybko zaakceptowali i że cię polubili?
    
Właśnie, to. Nie było nachalstwa - "Wiesiu, może to, może tamto". Książkę? Jarosław wiedział, jaką książkę, bo ja bym nie wiedział, jaką wziąć - tam tysiące książek... On wiedział: ten wiek - taka książka, ta, ta, następna. Już na drugi czy trzeci dzień, już sobie mieszkam, książki czytam, już coraz lepiej się czuję, a wszyscy tak się zachowują jak ja bym tutaj od wieków był. Nikt nachalnie na ciebie nie patrzy, nie sprawdza, nie robi ci uwag, nie ma to, że uwagi jakieś publicznie... Kultura i kultura - przede wszystkim.
     Janka Nowicka przynosi mi  miseczkę konfitur swojej roboty... A Stach Włodek - jedziemy do Grodziska po zakupy... Jestem angażowany, i bardzo to lubię. Angażowany - nie to, że muszę, tylko: "Jak chcesz Wiesiu, to jedź ze mną, ja jadę końmi, furmanką do Milanówka czy do Grodziska" - to i jak bym nie chciał? Chciałem. Tak samo jak żniwa - ja już mam 17 lat, przed wojskiem i jest dwóch żniwiarzy z kosami, a ja miałem trzecią i zacząłem walić, dobrze mi szło. Ale byłem szczęśliwy - robiłem to, co na miałem ochotę. Trzeba było pomóc przy ścinaniu suchych świerków - dla zdrowia, człowiek młody, to miał kondycję... Byłem bardzo szczęśliwy, ale jednocześnie jakby stłamszony - to moja psychika takie głupstwa robiła. Taki byłem zakompleksiały i to ze mnie robiło nudziarza, bo ja cały czas poważny, na dystans... Nawet Stachowi Włodkowi, zięciowi Jarosława, zazdrościłem, że on się głośno potrafił śmiać - ja nie potrafiłem się śmiać głośno.
Tak, jakbyś czuł, że jesteś na cenzurowanym?
    
Tak. Ale to było zupełnie niepotrzebne. Teraz, jak wspominam ten dom i tych ludzi - nikt [niczego] nie wymagał ode mnie. Nie potrafiłem się naturalnie zachowywać, ale to wszystko dlatego, że te kompleksy, czy może to przeżycie, może jakiś uraz został do ludzi - nie wiem, nie zbadasz tego.
A w pewnym momencie twój brat się pojawił na tym Stawisku; brat Stanisław.
    
A, tak. Nawet szybko. Stanisław już wrócił z Niemiec i sytuacja się powtarza - jak ze mną - że nie ma pracy, nie ma domu...
Brat ile był od ciebie starszy?
    
On dwudziesty dziewiąty, ja trzydziesty drugi, to jest trzy lata różnicy. Z początku gdzieś [coś] wynajmował jakiś czas, potem pracował... To musiało być przed moim wojskiem w pięćdziesiątym drugim. Poprosiłem, czy by się nie zgodzili, żeby mój brat ze mną zamieszkał; bo pan Józef Zakrzewski ożenił się, zajął pokój obok, tak, że miałem już tylko swój. Oczywiście zgodzili się, z tym że brat był na zasadzie pracownika. Musiał coś w domu zrobić, dostawał jakieś nieduże pieniądze, ale już nie był na zasadzie syna przybranego, tylko pracował. Bardzo też był szanowany i lubiany; bez Stasia ani rusz, bo taki był pracowity i zaradny. I było mi bardzo dobrze, ale krótko to trwało, ponieważ zaraz jak on się sprowadził, to po roku [poszedłem] do wojska na dwa lata. A on został. Potem pracował trochę w Warszawie, śpiewał w zespole "Warszawa", jakiś czas występował przy operze objazdowej - miał talent muzyczny i dobry głos. Ale to wszystko było połączone - że tu ma dom, na Stawisku. Chodził na prywatne ustawianie głosu na Szpitalną, [a] w tych zespołach, z operą objazdową, zwiedził kawałek świata, bo oni jeździli też za granicę. Jemu też się w pewnym sensie udało - nie musiał tułać się... Mógł sobie już potem radzić, potem mieszkanie jakieś zdobył, ożenił się, dziecko. Tak było, jak powinno być. Uczył się,  pracował, miał mieszkanie, miał rodzinę - i chwała Panie Boże Ci za to.
A ty jak długo mieszkałeś na Stawisku?
    
Do wojska.

 Wstecz...


Brat Wiesława Kępińskiego z żoną, Warszawa, okupacja, zb. pryw.
Brat Wiesława Kępińskiego z żoną, Warszawa, okupacja, [...]
Książeczka ubezpieczeniowa ojca Wiesława Kępińskiego, znaleziona w miejscu mordu mieszkańców Woli, Warszawa, 1943
Książeczka ubezpieczeniowa ojca Wiesława Kępińskiego, [...]
Książeczka ubezpieczeniowa ojca Wiesława Kępińskiego, znaleziona w miejscu mordu mieszkańców Woli, Warszawa, 1943
Książeczka ubezpieczeniowa ojca Wiesława Kępińskiego, [...]
Wiesław i Sylwester Kępińscy, Warszawa, 1937/38, zb. pryw
Wiesław i Sylwester Kępińscy, Warszawa, 1937/38, [...]
Wiesław Kępiński w Stawisku, 1947, zb. pryw.
Wiesław Kępiński w Stawisku, 1947, zb. pryw.

Galeria fotografii

Wuwiad z Wiesławem Kępińskim przeprowadzony przez Stanisława Maliszewskiego 8 lutego 2007
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten