Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner


foto

Wywiad z Elżbietą Żakowicz-Prejzner
ur. 6 lipca 1936 
Warszawa, 12.02.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

W czasie okupacji mieszkała pani w śródmieściu Warszawy.
Mieszkaliśmy przy ulicy Marszałkowskiej 25. My trzy - ja i dwie moje młodsze siostry, Katarzyna i Anna - tatuś, inżynier-architekt Mikołaj Żakowicz, i mama. Mieszkaliśmy w drugim podwórku, w bardzo ładnej kamienicy. Mieliśmy duże mieszkanie, pięciopokojowe, z dwoma wejściami - kuchennym i frontowym. Wiem, że frontowe wejście było przyozdobione secesyjnymi balustradami przy schodach. A dlatego tak pamiętam to, co było ładne, bo szybko wszystko stało się ohydne, brudne.
        I jeszcze taki blask - jesteśmy z siostrą, Kasią, w Parku Ujazdowskim, zachowało się zdjęcie: stoimy szczęśliwe, i nie takie chude, z kokardami, eleganckie na swój dziecięcy sposób, patrzymy radośnie w obiektyw aparatu jakiegoś fotografa, który pewnie biegał po parku i żył z robienia takich zdjęć. To zdjęcie moja mamusia, już wiosną czterdziestego piątego roku, wygrzebała ze śmieci i gruzów na podwórku naszego - jeszcze nie tak dawno pięknego - domu. Już spalonego; tylko niektóre mieszkania ocalały. I jeszcze jeden blask - tatuś przyjeżdża w czterdziestym czwartym roku, w lipcu, w moje imieniny (Elżbiety), przywozi mi książeczkę o Aniele Stróżu i pęk nasturcji - moich ukochanych kwiatów już na zawsze. Jesteśmy jeszcze na jakiejś łące, też pod Warszawą, na letnisku... I te zdjęcia to utrwalają. Są już szare, prawie niewidoczne. Siedzimy wszystkie trzy z tatusiem i z mamusią. I to były takie najradośniejsze chwile, które doceniam dopiero dzisiaj, kiedy jestem stara i wiem, że są już bezpowrotne. 
      Wróciłyśmy z letniska do Warszawy 30 lipca czterdziestego czwartego roku. Tatuś twierdził, że lepiej, żebyśmy przerwały ten szczęśliwy pobyt wakacyjny i wróciły. Bo lepiej być razem. Kiedy jechałyśmy platformą (wtedy były takie wozy ciągnięte przez konie) z całym wakacyjnym dobytkiem - siedziałyśmy we trzy na szczycie tego wszystkiego -  kolejarze wołali do nas: "Gdzie pani ciągnie te dzieci do Warszawy, niech pani wraca!". Nie wiedziałyśmy, co oznaczają te słowa. Ale dzień później już było wiadomo. 
       1 sierpnia wyszłyśmy przed piątą po południu przed dom - i natychmiast musiałyśmy wracać, bo się rozległa strzelanina, na ulicy były czołgi. I zamieszkałyśmy w piwnicy. Mamusia miała przygotowaną spiżarnię pełną jedzenia, tak, że mogłyśmy trwać przez długie miesiące tak zaopatrzone. Niestety, 3 sierpnia zostałyśmy z tego domu, z piwnicy, przepędzone przez Ukraińców chyba - żołnierzy w takich czarnych mundurach, z miotaczami ognia, z których do okien mieszkań strzelali czy też miotali ogniem. Nie mogłyśmy się już dostać do swojego mieszkania, tak, że zostało nam tylko to, co było przy nas w tej piwnicy. Przepadła ta spiżarnia z cudownym zaopatrzeniem, a myśmy poszły w głód i poniewierkę. Mamusia miała na sobie futro, chociaż było upalne lato, i tobół jakiś, może kołdra tam była, może poduszka. Jedzenia nie było, zostało w tej spiżarni.
I wszyscy zostali wyprowadzeni na ulicę?
     Tak. Wszyscy zostaliśmy, przy okrzykach "Raus, raus!", wypędzeni przed dom. Był tam już tłum mieszkańców nie tylko naszego domu, ale również sąsiednich, którzy przedostawali się z ulicy Oleandrów, po desce umieszczonej nad dachami nad fabryką "Motor", do naszego domu. A to był ostatni dom, bo dalej Aleja Piłsudskiego i skwer. I wygarnęli nas wszystkich. Ci panowie z miotaczami ognia, z podwiniętymi czarnymi jakimiś koszulami, kubrakami, mundurami, zaczęli ustawiać nas pod murem domu. I nas też ustawili: mamusię - nie wiem, gdzie był tatuś - i nas trzy. Podszedł elegancki oficer niemiecki - w białych rękawiczkach, a jakże - odliczył: "Ein, zwei, drei!", bo myśmy wyglądały jak trojaczki, wszystkie ubrane jednakowo, i zabrał nas od tej ściany. I to był sygnał dla reszty tłumu - ktoś krzyknął "Uciekajmy!" i cały ten tłum się rzucił w stronę Placu Zbawiciela. To był niewielki odcinek, 200 metrów. Oczywiście trwała strzelanina, mamusia nawet upadła w pewnym momencie, ale się podniosła, nawet niedraśnięta; może się potknęła. Dobiegłyśmy do kościoła  Zbawiciela i tam odnalazłyśmy tatusia. I siedziałyśmy razem z powstańcami w podziemiach tego kościoła, gdzie były trumny, jakieś katakumby. Dla dziecka to było przerażające - takie trumny poustawiane. A w tych trumnach spali powstańcy - chyba były puste, nie wiem.
Ale zapamiętała pani, że z cywilami byli również powstańcy?
     Tak, byli tam też powstańcy. Tatuś zaczął mamusię nakłaniać, żebyśmy się przedostali nocą przez ulicę Mokotowską - bo ulica Mokotowska to była granica z tak zwaną "dzielnicą powstańczą".
To była linia frontu.
     Tak. Żebyśmy się nocą przedostali i w ten sposób wyszli z tego osaczenia. A mamusia - i to są takie nieodwracalne decyzje - nie chciała. Ja niestety to słyszałam. Uważała, że jesteśmy my trzy i że jest to zbyt ryzykowne. Być może wtedy by się uratowało życie ojca, nie wiem. Ale nie zdecydowała się na to przejście i zostaliśmy w kościele. 
     Następnego dnia poszłyśmy na górę na mszę. Ksiądz odprawiał mszę - i padł przed ołtarzem. Być może został zastrzelony - nie wiem. Pamiętam, że ksiądz upada - ja wtedy klękam i modlę się do Anioła Stróża. Wygarniają nas z tego kościoła. Tam było więcej ludzi. Gdzie byli w tym czasie powstańcy - nie wiem. To już była ludność cywilna - mężczyźni, kobiety, dzieci. Wyganiają nas przed kościół Zbawiciela, rozdzielają nas - mężczyzn i chłopców, takich większych młodzieńców - każą się kłaść na chodniku przed kościołem. Moja siostra, Kasia, która uwielbiała ojca, uwiesza się u jego ręki i ja widzę, że ojciec ma kilka zegarków na przegubie - bo się rękaw podciąga - i pokazuje ojciec te zegarki temu Ukraińcowi czy komuś. Nie wiem, kto zarządzał tą selekcją, bo tego nie pamiętam, byłam bardziej skupiona na widoku ojca i siostry -  to ostatnia scena, w której widzę ojca, i siostrę, wiszącą na jego przedramieniu, te zegarki, i krzyk jej straszny, i Ukraińca, czy innego wojskowego, który siostrę odrywa. Ojciec mój dobrze znał niemiecki i coś mówił do niego (a może po rosyjsku, bo rosyjski też mógł znać, jako że pochodził ze Wschodu, z okolic Stanisławowa) -  że ma jeszcze inne dzieci. Ale to też nic nie pomogło - tyle, że siostra się znalazła koło nas cała. 
     Ci mężczyźni zostali tam, na tym chodniku, a nas pognano w stronę alei Szucha, na dziedziniec Gestapo. Tam pamiętam okna dobrze osłonięte workami z piachem i wycelowane w nas, w tę bezwładną, biedną gromadę kobiet i dzieci, bo tylko takie były osoby na tym dziedzińcu, pistolety - chyba maszynowe, jako dziecko nie byłam w stanie ocenić, co to było. I tam koczowałyśmy, całą noc - taką straszną noc rozjaśnianą łunami i opadającymi wielkimi płatami spalonych, nie wiem: papierów? Oczywiście nikt nie myślał o żadnym jedzeniu, o żadnej higienie, o niczym. Siedziało się tam w jednej wielkiej gromadzie. 
     Następnie przeniesiono nas na Plac na Rozdrożu i tam siedziałyśmy. Robiono takie inscenizacje przed tymi biednymi kobietami i dziećmi: wózek - jak ryksza, tylko bez roweru - pełen trupów powyciąganych, prawdopodobnie powstańców, i powstaniec, miał opaskę nawet na ręce, ciągnący to - i ci żołnierze naśmiewający się i bijący go. I wtedy te kobiety i dzieci zaczęły śpiewać bodajże Kto się w opiekę odda Panu swemu. Niemców to chyba bardzo zdenerwowało. 
     Formowała się jakaś kolumna, stały czołgi i samochody z czerwonym krzyżem - i nie wiem czy ten śpiew tak ich zmobilizował, w każdym razie, kto był z brzegu, to zgarniali i ustawiali wokół tej kolumny. I kolumna ruszyła. Podeszliśmy - długo nie szliśmy - do jakiejś barykady. Powstańcy nie strzelali. Ale kobiety krzyczały: "Strzelajcie!" I jacyś mali chłopcy zaczęli rzucać butelki z benzyną. Jeden czołg się zapalił, Niemcy w odwrocie, strzelanina, myśmy wszyscy zaczęli bezładnie uciekać - i do piwnicy. Ta barykada mogła być w pobliżu ulicy Skorupki czy Piusa XI, bo później w jakiś sposób znaleźliśmy się w piwnicy domu przy ulicy księdza Skorupki. I tam koczowałyśmy.
Tam się pani znalazła z mamą i z siostrami?
     Tak. Nie miałyśmy co jeść. Mamusia moja zaczęła wróżyć. Łatwo było wróżyć, że czeka podróż, wszystkich. Ludzie przybiegali do mamusi po te wróżby i dostawała za to a to kromkę chleba dla nas, a to coś. A w jednym mieszkaniu - poszła wróżyć do mieszkania, zaproszono nas - stały na parapecie miseczki z budyniem. I nigdy tak nie pragnęłam zjeść budyniu, jak wtedy patrząc na ten budyń i prosząc o ten budyń. A właścicielka mieszkania powiedziała, że to dla jej ukochanych kotów. Ja tego nie mogłam zrozumieć. Nie dostałyśmy tego budyniu. Zeszłyśmy do piwnicy i tam znowu - taki kąt był elegancko urządzony, tapczan, jakaś lampka, karbidówka (bo to się głównie karbidówką oświetlało), i żona jakiegoś powstańca, oficera (bo on ją odwiedzał), jadła pomidory i chleb z masłem. I ja podeszłam i patrzyłam... Nie podzieliła się ze mną. I też mi się to utrwaliło w pamięci. Ale mamusia już tego nie mogła wytrzymać. I postanowiła nas wyprowadzić na śmierć. Ja rozumiem, że matka patrząca na głodne dzieci nie może tego znieść. Teraz mogę to zrozumieć.
A jak długo pani siedziała w tej piwnicy, przy ulicy Skorupki?
     No, to mogło być tydzień, może więcej. I jeszcze pamiętam, że czytałam dzieciom tam zgromadzonym Przygody Koziołka Matołka. Siedziałyśmy na schodach do piwnicy, ja czytałam te Przygody Koziołka Matołka, oczywiście, jak to dzieci, zaśmiewałyśmy się - i wtedy "krowa" uderzyła i nas zmiotło do tej piwnicy. Ale nikomu się nic nie stało, Koziołek Matołek nas jakoś ochronił, no i mój Anioł Stróż, oczywiście. 
     Posiłki z kuchni powstańczej, te zupy z kaszą, byłyby możliwe, gdyby można było się po nie dostawać - ale "gołębiarze" strzelali z dachów i jak ktoś przebiegał, przynajmniej w okolicach tej ulicy, to dużo osób ginęło i mamusia się nie odważała pójść po zupę dla nas. Wodę wiadomo, jak się zdobywało, wody też nie było, stało się w kolejkach. Miała tego dosyć. Mimo modlitw. 
     Bo na podwórku - tam było takie podwórko-studnia, jak we wszystkich kamienicach warszawskich - była figura Matki Boskiej i tam się odbywały msze. Razem - powstańcy i ludność cywilna. Nigdy nie widziałam tak gorąco rozmodlonych ludzi, jak właśnie tam wtedy. I ja uczestniczyłam w tych mszach. 
     Mamusia miała ze sobą obrazek świętego Stanisława Kostki, do którego miała szczególną atencję od lat swojej młodości. Pomodliła się, spojrzała na świętego Stanisława i mówi: "Dzieci, wychodzimy. Idziemy". Wzięła tobół i ruszyłyśmy - ulicą, środkiem, mimo tych "gołębiarzy", strzelaniny... To było niby spokojne Śródmieście - tak później czytałam w książkach: że dla powstańców, którzy ze Starówki wychodzili kanałami, w Śródmieściu to tak jakby oaza spokoju...
No tak - widzieli całe domy, szyby w oknach...
     Natomiast ja pamiętam, że szłyśmy ulicą właśnie po stłuczonych szybach. Szłyśmy środkiem tej ulicy, nie kryjąc się nie biegnąc...
A czy mama mówiła, dokąd macie iść?
     Powiedziała, że idziemy na śmierć. I myśmy szły. Jakoś kule nas omijały. Albo ludzie się ulitowali, nawet serca tych "gołębiarzy" może okazały się litościwe w takim momencie, widok takiej kobiety z trójką dzieci... Kiedyśmy doszły do jakiejś bramy, podmuch "krowy" - bo tak mówiono tam u nas: "krowa", nie "szafa", o ile pamiętam - podmuch "krowy" zmiótł nas do jakiejś bramy. I usłyszałyśmy rozmowę: "Nikt z tego domu na Skorupki nie wyszedł. A tam była taka kobieta z trójką małych dziewczynek..." A my tu stoimy całe, z mamusią. I z tym obrazkiem świętego Stanisława Kostki. I mamusia, skoro już wyszłyśmy niedraśnięte, to chciała wyjść w ogóle. Pyta pan, kiedy to mogło być? To musiało być długo, bo to był już wrzesień.
No właśnie, czyli przy ulicy Skorupki pani długo była, tylko po prostu czas leciał...
     Tak, tylko zupełnie straciło się rachubę czasu. 
     Czy ludzie nas w tej piwnicy przyjmowali serdecznie? Rożnie. Ale kiedy pomyślę, że dla tej pani to był ostatni pomidor i ostatnia kromka chleba z masłem, to ją całkowicie rozgrzeszam z tego ostatniego posiłku. Bo ja do dzisiaj w swoim życiu zjadłam bardzo dużo pomidorów z chlebem z masłem. 
     Wyszłyśmy przez plac Grzybowski i kościół, który tam jest.
No tak, ale zanim z ulicy Skorupki pani dostała się na ulicę Grzybowską, to mimo wszystko była daleka droga...
     Przeszłyśmy ją, niedraśnięte, środkiem ulicy.
Ale było jeszcze przejście przez Aleje Jerozolimskie, tym przekopem, to pani musiała tamtędy przechodzić.
     
Musiałam, ale nie pamiętam.
Czyli pamięta pani dopiero moment, kiedy znalazła się pani przy ulicy Grzybowskiej?
     Kiedy opuszczamy ostatnie barykady. A pamiętam dlatego, że chłopcy, niewiele starsi ode mnie, prosili: "Nie opuszczajcie nas". I to noszę w sobie. To, że byli niewiele starsi ode mnie, ja miałam osiem lat, więc oni może mieli dwanaście. I że prosili. A myśmy wyszły. I udałyśmy się do kolumny, już ustawionej, sztandary były takie białe z czerwonym krzyżem. I podążyłyśmy przez Warszawę.
Bo pani wychodziła w momencie, kiedy Powstanie jeszcze trwało i było zawieszenie broni - 
korzystając z tego zawieszenia broni wychodziła pani razem z mamą i siostrami, i z częścią ludności cywilnej?
     Tylko ja o tym wszystkim nie wiedziałam. Ale ludności cywilnej było tam dużo. Głównie kobiety z dziećmi. Kiedy oglądam teraz kroniki z Powstania Warszawskiego i widzę te kolumny, to wypatruję czy nie widać tam mojej mamy z tobołem i nas trzech. Ale nie dostrzegłam do tej pory.
I co było dalej? Jest wyjście z Warszawy...
     Znaleźliśmy się koło Filtrów. Mijaliśmy palące się domy, moją uwagę oczywiście zwróciły te ściany, jakby ucięte, i w środku całe umeblowane mieszkania. I jeszcze taka nowa inscenizacja - podobna, jak ta z powstańcem i z wózkiem z trupami, tam w alei Szucha - sznur i na tym sznurze rozwieszone lalki. To było wstrząsające. Było to takie perfidne oddziaływanie na psychikę, ale to wiem dzisiaj. A wtedy po prostu zarejestrowałam to: tam - ten wózek z trupami i tutaj - ten sznur z pokiereszowanymi lalkami.
     Wsadzono nas do EKD i przyjechaliśmy do Pruszkowa, gdzie nas popędzono przez tę dzielnicę kolejarską. To też mi się utrwaliło w pamięci - te domki, ci ludzie gdzieś tam pochowani, tak jakoś było pusto. I znaleźliśmy się w tym piekle Pruszkowa, co tu opisywać.
Na terenie obozu.
     I gdzieś jakiś skraweczek miejsca w tej hali mamusia znalazła. Tam nie było nic - ani pryczy, ani niczego. Strasznie tam było.
Czyli goła, betonowa podłoga.
     Tak. I tam myśmy gdzieś po prostu przycupnęły, natomiast na zewnątrz ludzie już jakoś byli pourządzani, mieli takie pałatki, gotowali na jakichś prymusach. I ta straszna scena wylewania na głowę z dzikim wrzaskiem wrzącej kaszy, jedna kobieta drugiej, w kłótni, i śmiejący się żołnierz. Utrwalony na całe życie obrazek w pamięci dziecka. I to, że nie było w ogóle nic do jedzenia, do picia. Mamusia dała 100 złotych -  to były takie czerwone banknoty w tym czasie, tak mi się zdaje - dała komuś, żeby przyniósł kawałek chleba. 100 złotych zniknęło, chleb się nie pojawił. Jak myśmy tam przetrwały to ja nie wiem...
Ale pamięta pani, co pani tam jadła? Czy jakąś zupę, czy coś innego?
     Nic, nic - tak, jakbym nic nie jadła!
Nic pani nie pamięta z tego okresu?
     Nie.
A jak długo pani była w Pruszkowie?
     Też nie. Pamiętam tylko moment selekcji, jak już te lory towarowe, odkryte, stały i rozdzielano, znowu selekcjonowano. W tej grupie jeszcze byli mężczyźni, oddzielano ich, też oczywiście krzyk, rozpacz - rozdzielano rodziny. Mamusi i nas nie rozdzielono - razem zostałyśmy do tej lory wsadzone. W strasznym ścisku się jechało, tak upchani.
     I ruszyły te lory, w drogę, gdzieś w okolice Częstochowy, w tamtą stronę. Czy jechaliśmy do jakiegoś obozu, nie wiem. W tym czasie podobno wywożono warszawiaków - jak wiem teraz z lektury - do Oświęcimia. Ale my szczęśliwie nie dojechałyśmy do Oświęcimia, bo raz był nalot i Niemcy nas wyładowali z tych lor, i koczowałyśmy w jakimś zagajniku. Niektórzy uciekali, ale mamusia ciągle uważała, że z nami nie może uciec, chociaż tam ją namawiali, żeby uciekła - bo łatwo było. Po nalocie znowu nas załadowano i ruszyliśmy. Wiem, że ten transport był konwojowany - był taki ostatni wagon, na zielono pomalowany, i w nim jechali wartownicy. Pamiętam, że dwóch mężczyzn z naszego wagonu się zdecydowało uciec - wyskoczyli i biegli zygzakiem. I padli. Strzelano do nich. Więc widocznie jednak pilnowano nas w tych lorach. Jako dziecko nie zdawałam sobie z tego w pełni sprawy, natomiast zapamiętałam pierwsze jabłka, pierwsze pomidory, pierwszy chleb. Ta serdeczność ludzi, którzy rzucali nam jedzenie. Dobrze, że to były otwarte wagony.
Stali przy torach i rzucali jedzenie?
     Rzucali. Tak, że już byłyśmy najedzone. Niestety moja siostra zachorowała, ja też byłam chora na szkarlatynę, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Kiedy pociąg się zatrzymał, ludzie podbiegali i podawali chleb - i pamiętam, że biłam się z jakąś kobietą o kawałek chleba. Ona była silniejsza i mi wyrwała. I komentarz mojej mamusi: "Co z mojego dziecka wyrośnie!?". Musiałam się nieźle namocować z ta kobietą, skoro taka uwaga była, a mamusia jakoś nie mogła mi przyjść z pomocą - taka widocznie była sytuacja. Musiałam nieźle wrzeszczeć i łapać ten chleb.
     Znowu się zatrzymaliśmy w jakimś lesie. Ten wagon z wartownikami chyba został odczepiony. Czy to zdecydowali się nas rozpuścić, czy to było odbicie przez partyzantów, to nie wiem, moja mamusia też nie wiedziała, bośmy wszyscy zaczęli gnać przez ten las i znaleźliśmy się w jakiejś stodole. W jednej nas przepędzili, bo powiedzieli, że rozstrzelają ich za przetrzymywanie warszawiaków, ale w drugim domu nas w stodole przechowywali.
I mamusia natychmiast zdjęła pierścionek z brylantem, który miała na palcu, i za to kupiła mąkę i jagody, piekła jagodzianki, dostała tam piec u tych ludzi. I biegła do pociągu - jakieś transporty jechały, może z takimi samymi warszawiakami - i sprzedawała te jagodzianki. Miałyśmy już co jeść, miałyśmy też jagodzianki. Była bardzo dzielna, zaradna.
A pamięta pani nazwę tej wsi czy miejscowości?
     Nie. Ale musiała być nie tak daleko od Częstochowy, bo następnie, jak mamusia uzbierała trochę pieniędzy, to wsiadłyśmy do pociągu. I ruszyłyśmy w stronę Częstochowy.
A jak długo pani była z mamą i z siostrami u tych gospodarzy na wsi?
     Może tydzień. Bo chyba nie dłużej.
W każdym razie krótko.
     Tak. Następnie mamusia wsiadła z nami do pociągu i to do wagonu dla Niemców. I kolejarz, który był chyba Ślązakiem, nas ochraniał. Zresztą musiałyśmy strasznie wyglądać, nie wiem, jak mamusia miała nadzieję, że będziemy udawać podróżujące Niemki. I nas ten Niemiec ochraniał i wysadził w Częstochowie. Ale w Częstochowie kontrolowali wszystkich na dworcu. I tutaj już pracownicy RGO [Rady Głównej Opiekuńczej] się uwidocznili, bo nas przez okno podano, na ten dworzec w Częstochowie, a mamusi założono fartuch i opaskę. I w ten sposób mamusia przeszła, a myśmy były już w środku. I znalazłyśmy się w Częstochowie; siostra w szpitalu, co jest przez PCK potwierdzone, bo została zarejestrowana, ale jako osoba, która umarła wskutek tej choroby - a ona żyje. Poszłyśmy się modlić, na Jasną Górę i mam jako pamiątkę ten obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, z datą 18 września 1944 roku. Mamusia zabrała siostrę ze szpitala po kilku dniach i ruszyłyśmy szukać rodziny. Pieszo.
A rodzina mieszkała gdzieś w okolicach Częstochowy?
     Nie wiem czy to takie okolice, bo dostałyśmy się do Komorowa koło Kampinosu.
Aha, czyli był powrót w drugą stronę.
     Do Warszawy. Ciągle do Warszawy. 30 lipca do Warszawy, właściwie na zgubę ojca, i potem znowu do Warszawy. Chociaż jeszcze wojna trwała. Zbliżyłyśmy się do tego Komorowa i tam mamusia odszukała swoje siostry - była jedna i druga: ciocia Stefa i ciocia Ola, z dziećmi; też po trzy córki miały. I tam, u dalekiej rodziny, wszyscy mieliśmy lokum. Prycze były rozstawione, słoma. I tak bytowałyśmy, aż do ofensywy styczniowej, w czterdziestym piątym roku.
     Mamusia w najgorszych momentach podejmowała najgorsze decyzje - lub najlepsze. Ale ze względu na zagrożenie, to najgorsze. Bo ruszyła z nami z tego Komorowa w stronę dworu Kwiatkówek, bo uważała, że tam będziemy bezpieczniejsze. Nie wiem czy uciekała przed Niemcami, czy przed Rosjanami - pamiętała, zaznaczam, 1920 rok - i dlaczego do tego dworu w Kwiatkówku. I biegłyśmy. Oczywiście koszącym lotem jakiś bohater kukuruźnika strzelał do nas - ale nie trafił.
     Później poznałam - tak na ironię losu - tych, co latali tymi samolotami. I wymawiałam pułkownikowi Wincentakowi, bo on był właśnie w Pułku Lotniczym "Warszawa", i jeszcze drugi pułkownik Chromy, później generał - bohaterowie: "Ślepi byliście?! Celowaliście do kobiety z trójką dzieci! Dobrze, że niecelnie!". Pozwalałam sobie na takie żarty, które kwitowali milczeniem.
Znalazłyśmy się w tym dworze Kwiatkówek, no ale tam za chwilę już działania wojenne się posunęły na tyle, że podeszli Rosjanie. I ten strach przed wojskiem rosyjskim! To jako dziecko zapamiętałam. Wszystkie kobiety, młode dziewczyny, schowane były w kominie, gdzie się wędziło wędliny. My, dzieci - pod stołem przykrytym obrusem do ziemi. Pierwsi weszli żołnierze polscy. Przywitali się, zapytali o wodę, dostali i poszli dalej. Następnie wpadli Rosjanie. W jakim odstępie czasu, to mi trudno powiedzieć. A jeszcze w międzyczasie zaplątany żołnierz niemiecki -  który się pytał, w którą stronę ma iść, gdzie są Niemcy.
Wszystko się błyskawicznie działo.
     Tak. I pamiętam samotną sylwetkę tego oddalającego się żołnierza niemieckiego. Wpadli Rosjanie - "Diewoczki, machorka, wodka!". Wtedy nie znałam rosyjskiego, ale coś takiego było. Jako hasło. Dostali wódkę, bo tam już byli przygotowani z wódką, z papierosami - i wyszli. Czy oni ten dom przeszukiwali, nie wiem. My tam cichuteńko pod tym obrusem chyba tak długo nie siedziałyśmy. Wszystko minęło. 
     I wróciłyśmy do Komorowa. Mamusia miała jednak dość tego samotnego dworu. Wróciłyśmy do wsi i pierwsze, co zobaczyłyśmy zbliżając się od dworu Kwiatkówek, to stertę trupów pod ulęgałką. W mundurach niemieckich żołnierzy. I jednego błagającego - bo trwało rozstrzeliwanie - po polsku: "Ja jestem Ślązak!". Ostatnie jego słowa. 
     To mamusia nas szybko stamtąd zabrała. I ruszyłyśmy do Warszawy oczywiście. Było jeszcze zimno, to była wczesna wiosna, ale mroźna. Częściowo szłyśmy, częściowo podwozili nas, i wróciłyśmy. Jak Warszawa wyglądała - wszyscy wiedzą. Ja nie pamiętam przemarszu przez gruzowisko, jak się przez Wisłę przedostawałyśmy, czy się przedostawałyśmy... Pamiętam, że byłyśmy w tym miejscu, gdzie był nasz dom, nasze mieszkanie, na Marszałkowskiej 25. Prawie wszystko było spalone.
I ten moment pani pamięta?
     To już tak. Przecież umiałam już czytać, pisać, byłam sporą dziewczynką. Jakoś zatarło się dużo w mojej pamięci, teraz sobie to uświadamiam. 
     I jesteśmy tam, wszystko spalone, mieszkanie spalone. U sąsiadki mieszkanie ocalało - i ona nam daje kąt jakiś, w pokoiku. I tam biedujemy. Mamusia wyrusza na Ziemie Zachodnie.
Czy w ogóle udało się coś znaleźć na tym gruzowisku?
     Zdjęcia. Nadpalone, zniszczone zdjęcia, które właśnie panu pokazuję. Z tego okresu szczęśliwości, tego letniska w czasie okupacji, tatuś, my, mamusia... z tego Parku Ujazdowskiego...
Czyli to, co ocalało, to właśnie te fotografie rodzinne.
     Tak. I zdjęcie tatusia. Jedyne wyraźne zdjęcie tatusia. Tatusia, za którym strasznie tęskniłam. Pamiętam, że były takie megafony i wymieniano nazwiska osób, które wracają. I ciągle czekałam, że będzie tam nazwisko tatusia. Czekałyśmy w tym miejscu, gdzie z tatusiem razem mieszkałyśmy.
No właśnie, bo mama i pani miałyście nadzieję, że ojciec przeżył i że wróci?
     I czekałyśmy. A mamusia - tak, jak chyba wielu warszawiaków - jeździła na zachód, do Wrocławia, żeby - nie wiem - coś kupić, sprzedać. Po prostu się rzuciła w interesy, żebyśmy jakoś przetrwały. Niemcy w tych płonących domach i gruzowiskach Wrocławia, sprzedawali też jakieś cenne rzeczy. Mamusia kupiła tam wazę, którą do dzisiaj mamy i hołubimy. Przywiozła - to takie niepraktyczne - wazę! I handlowała mamusia na Dworcu Zachodnim, jak jechały transporty z żołnierzami z Armii Czerwonej. A być może wywozili też naszych akowców, bo mamusia mówiła, że nieraz przemykały transporty zapieczętowane i nie zatrzymywały się. Natomiast Rosjanie wieźli wszystko - drzwi, klamki... Jeden chciał mamusi sprzedać worek marek. I tutaj znowu moja mamusia popełniła błąd, bo za butelkę wódki mogła się w minutę stać bogata. Tak, jak w minutę wszystko straciła i stała się biedna całkowicie, tak w minutę z tym workiem marek mogła być bardzo bogata, bo kiedy się znalazłyśmy na Ziemiach Zachodnich, w Bystrzycy Kłodzkiej, to za te marki mogłaby kupić od Niemców wszystko, to znaczy złoto i różne cenne rzeczy.
No właśnie - a kiedy pani pojechała z mamą do Bystrzycy Kłodzkiej? Bo najpierw był ten powrót do Warszawy i zatrzymała się pani u sąsiadki...
     I byłyśmy u tej sąsiadki, mamusia zdobywała jakieś grosze - ciocia miała sklep przy Dworcu Zachodnim i namówiła mamusię na sprzedawanie, dawała jej w komis jakieś tam bułki, wódkę - prawdopodobnie - dla tych żołnierzy. Tam kwitł taki handel obnośny. Moja ciocia to przypłaciła życiem, bo przyszedł zaprzyjaźniony z nią pułkownik NKWD i - ponieważ się postawiła (to rodzinne było, to stawianie się) - strzelił jej w brzuch. I nie wyszła z tego. Przeżyła Powstanie - na Woli, gdzie wszystkich prawie rozstrzeliwano, a ona ocalała - a nie przeżyła wyzwolenia. I to jeszcze z rąk zaprzyjaźnionego pułkownika. On podobno został osądzony i wywieziony. Tak, że zapłacił za to; tak się mówi, ja nie wiem, bo przy tym nie byłam. W każdym razie mamusia postanowiła wyjechać. Ja zaczęłam chodzić do szkoły na ulicy Narbutta, kilka miesięcy, ale taki głód cierpiałyśmy w Warszawie....
Czyli mama uznała, że miasto jest w gruzach i trzeba wyjeżdżać?
     Zwłaszcza, że stryj nasz, ojca mojego brat, znalazł się jako urzędnik starostwa w Bystrzycy Kłodzkiej i napisał list do mamusi, że on jej wszystko załatwi. Tylko, że jak myśmy przyjechały, to nic nam nie załatwił. Załatwił najgorsze, jakiś najgorszy sklep, bez żadnego zaplecza (który do dziś nie jest zagospodarowany jako sklep, to najlepszy dowód, że nie był to obiekt interesujący - ani handlowo, ani w ogóle) i taki pokój - pakamerę, która służyła Niemcom za magazyn - jako miejsce do spania. Mieszkała tam właścicielka tego sklepu, Anna Brauner, i jej rodzina, która uciekła z Wrocławia przed działaniami wojennymi. Tam wśród Niemców też tylko kobiety i dzieci, i też zagęszczenie niesamowite. Nie było w tym domu żadnych wygód - ubikacja na podwórku, zlew w korytarzu - ale było tak czyściutko, taka dbałość o estetykę, że ja, po tych gruzach, po tym wszystkim, jak zobaczyłam to malownicze miasteczko, takie czyściutkie, w kwiatach, to później to mieszkanie było dla mnie jak coś bajkowego. Niewyobrażalnie pięknego.
Przejście do innego świata po tych poprzednich doświadczeniach?
     Tak. Dzisiaj dla kogoś to jest rudera pozbawiona wygód, a dla mnie to był pałac. Po tym znoju, po tych ucieczkach, po tych wędrówkach. I tam zamieszkałyśmy - mamusia cały czas spakowana, z myślą o powrocie do Warszawy. Ale miała odcięty, jak się okazało. Bo już nie mogła się zameldować w Warszawie, nie mogła zdobyć tam mieszkania, już wiedziałyśmy, że ojciec nie wrócił, że został chyba z grupą tych mężczyzn rozstrzelany, że nikt tam nie ocalał...
Czyli ktoś o tym powiedział, dotarła taka informacja?
     Tak. Gospodarz domu z ulicy Marszałkowskiej 25, którego Niemcy użyli chyba do wywożenia trupów. Ale to jest relacja mojej mamusi, nie moja. 
     Zaczęłam chodzić w Bystrzycy do szkoły - czułam się tak dobrze, że po dwie klasy przeskakiwałam, bo byłam ponad poziom tych dzieci, nie wiem, dlaczego. Szybko skończyłam szkołę podstawową, znalazłam się w gimnazjum. Byłam wśród samych dzieci wygnanych z Wołynia, z Polesia, ze Lwowa.
Czyli znaleźli tam się przesiedleńcy ze Wschodu?
     Ze Wschodu głównie. Mieszanka była straszna. Co ciekawe - my młodzi ludzie znaleźliśmy ze sobą szybko nić porozumienia. Nikt się nie zwierzał, nikt nie opowiadał o swoich przejściach. Dopiero niedawno moja koleżanka opowiedziała mi, co przeżyła na Wołyniu.
No właśnie, a w tym początkowym okresie, jak pani znalazła się w Bystrzycy, to pani wspomina, że jeszcze byli Niemcy.
     Mało tego - ci Niemcy nie tak dawno szukali mnie w Bystrzycy. Przyjechali i pytali: "Wohin Elizabet? Wo ist Elizabet?". Czyli nawet imię moje zapamiętali. Nam się bardzo dobrze z nimi współżyło. Rozmawiało się taką łamaną polszczyzną, niemczyzną...
Czyli te relacje się dobrze układały?
     Tak, bardzo dobrze. Wspaniale wspominam panią Annę Brauner. Moja mamusia nas uczyła tego, że nie można zabierać jednym, żeby było dla drugich. Chociaż sama miała uzasadnienie, bo ojciec zginął, mieszkanie spalone, straciła wszystko, to od dziecka mnie uczyła liczenia się z drugim człowiekiem w podobnym położeniu. Żadne usprawiedliwiające argumenty nie grały w naszym życiu roli. Dzieliłyśmy się jedzeniem. Bo Niemcy tam mieli biedę okropną. Gotowali te wielkie kule knedlowe, kartoflane, na które patrzyłam chciwym okiem - i byłam częstowana - to było takie oszukiwane żołądka. Ale naprawdę się zachowywali godnie. Nie mogę nic złego powiedzieć. I pamiętam, jak płakali, kiedy musieli zostawiać psy - zwierzęta, do których byli przywiązani. A przecież myśmy nie mogli tych wszystkich psów zabrać. Wzięliśmy tylko jednego foksteriera.
Po tej rodzinie niemieckiej?
     Tak. Zresztą to był później nasz ukochany pies i był u nas długie lata, aż do swojej śmierci. Myślę, że inni robili podobnie. 
     Jeżeli chodzi o ludzi dorosłych, to ci przybyli ze wschodu nienawidzili warszawiaków. Muszę to wprost powiedzieć. Tam było niewielu warszawiaków. A jeżeli byli, to albo zrobili interesy - jacyś bardziej zapobiegliwi i cwańsi - i wyjechali, wrócili może do Warszawy czy w okolice, albo po prostu było ich tak mało. Mamusia nie miała tam oparcia w nikim, stąd ta tęsknota za Warszawą i za rodziną. Myślała, że będzie miała oparcie. Ja już na tyle dojrzewałam, że wiedziałam, że jeżeli wujo był sekretarzem dzielnicowym PPR [Polskiej Partii Robotniczej] i nie pomógł tej biednej kobiecie z trójką dzieci, z rozstrzelanym mężem, to znaczy, że rodzina chciała mieć tę kobietę jak najdalej. Dzisiaj to wiem na sto procent. Jest to strasznie tragiczna konkluzja. Ale niestety jest. I nie da się jej zmazać.
     Anna Brauner, jak ona wyjeżdżała z dziećmi, to myśmy płakali.
Czyli to nawet jakaś przyjaźń była.
     Tak. Ona bardzo pomagała mojej mamusi. A kiedy nocą na ten dom najeżdżali ubowcy, ciągle w poszukiwaniu bandytów, tak jak w tym zatłoczonym pociągu poszukiwali bandytów i zabierali, co się dało (nie wiem, kto to był, jacyś ludzie w mundurach), to samo było w Bystrzycy: dobijali się nocą i krzyczeli, że bandyci w środku. To myśmy, razem z tymi Niemkami - znowu tak samo, jak pod tym obrusem, pod tym stołem, i te dziewczyny w kominie schowane - siedziały w jednym miejscu, wszyscy skuleni. 
     Później to minęło. Ale jedną rzecz zapamiętałam - pędzono ulicą tych "bandytów". Mieli straszne twarze, a ludzie pluli i wrzeszczeli. I tak dzisiaj sobie myślę - a stałam w tym tłumie - może to byli akowcy? I tych twarzy, zszarzałych, biednych, też nie mogę zapomnieć. Tych postponowanych. Bo chyba dla tych ludzi to było najgorsze, że ich rodacy jeszcze ich dobijali. Tymi okrzykami. Ja pewnie nie krzyczałam, ale tam stałam. Nie pamiętam, co ja robiłam. To się wypiera z pamięci. Ale chyba nie krzyczałam, nie wiem...
     No i tak to w Bystrzycy było. Mamusia zaczęła pracować w sklepie. Ten dziarski wujek z PPR namówił mamusię, że ocali nas i zatrze pamięć o niechlubnym ojcu w AK. Wujek wiedział, że tatuś był w AK, bo z bronią się obnosił, przewoził broń, radiostacje. Wiedział o tym, ale nie zdradził go. Mimo, że był w KPP [Komunistycznej Partii Polski] a później w PPR. W czasie okupacji nie zdradził go, to plus. W każdym razie poradził mamusi, żeby wstąpiła do PPS [Polskiej Partii Socjalistycznej], że to nas ochroni. Wstąpiła, później się znalazła, po zjednoczeniu, w PZPR. I pracowała cały czas jako sklepowa w spółdzielni PSS. A myśmy chodziły do szkoły.
I jak długo pani była w Bystrzycy?
     
Do matury. A mamusia cały czas spakowana, myślała, że wróci do Warszawy. Później myślała, że wróci poprzez swoje córki, które zawrą odpowiednie znajomości. Tymczasem ja się nie dostałam na Politechnikę, bo ten list, donos napłynął - którego treść dopiero 10 lat temu się ujawniła - że pochodzę z nieodpowiedniej rodziny. Moja najmłodsza siostra, [która] skończyła liceum pedagogiczne, zaczęła pracować jako przedszkolanka, a średnia jako tak zwana pomoc stomatologiczna, przepracowała 36 lat z jednym dniem zwolnienia, natomiast moja siostra przedszkolanka w trakcie pracy skończyła studia. 
     Mamusia wpoiła w nas trzy rzeczy: patriotyzm, uczciwość i zrozumienie dla innych.

 Wstecz...


Katarzyna Żakowicz, 1946 ( zb. pryw.)
Katarzyna Żakowicz, 1946 ( zb. pryw.)
Obrazek z Matką Boską, Warszawa, okupacja ( zb. pryw.)
Obrazek z Matką Boską, Warszawa, okupacja ( zb. [...]
Siostry  Żakowicz, okupacja niemiecka ( zb. pryw.)
Siostry Żakowicz, okupacja niemiecka ( zb. pryw. [...]
Tata Żakowicz, Warszawa, okres międzywojenny (zb. pryw.)
Tata Żakowicz, Warszawa, okres międzywojenny (zb. [...]
Wakacje w Dąbrówce, 1942 (zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1942 (zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 ( zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 ( zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 ( zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 ( zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 ( zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 ( zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 (zb. pryw.)
Wakacje w Dąbrówce, 1943 (zb. pryw.)

Galeria fotografii

Wywiad z Elżbietą Żakowicz Prejzner przeprowadzony przez Stanisława Maliszewskiego 12 lutego 2007
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten