Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Małgorzty Stępińskiej-Winckler


foto

     W końcu po trzech dniach jazdy (m. in. przez Drezno i Lipsk) wyładowano nas na dworcu w Chemnitz, gdzie znajdował się obóz przejściowy. Najpierw rozlokowano nas w tzw. części brudnej, w barakach z trzypiętrowych pryczami. Po mniej więcej tygodniu, rozebrani do naga przeszliśmy kontrolę włosów, kąpiel pod prysznicami (leciała albo zimna albo bardzo gorąca woda). Ubrania zabrano do komór dezynfekcyjnych. Wszystko to było bardzo upokarzające. Z łaźni przeszliśmy na "stronę czystą". A na tej stronie roiło się od pluskiew. 
     Wszyscy zostali sfotografowani z dużymi numerami na piersiach, wzięto odciski palców i przydzielono nas do różnych zakładów pracy. Nas skierowano do Wereinigte Farbenglaswerke w Pirnie nad Łabą. Tylko jeden stary Niemiec w brunatnym mundurze SA konwojował nas osobowym pociągiem przez Lipsk do Pirny. 
     Z dworca przeszliśmy 3 kilometry do "naszej" huty szkła i tam przydzielono nam barak i rozlokowano w poszczególnych izbach. Nas umieszczono w ośmioosobowym "pokoju" wyposażonym w cztery piętrowe prycze, długi stół z dwiema ławami i żelazny piecyk. Było to nasze lokum na najbliższe osiem miesięcy. Niestety, tam też były pluskwy, które były obrzydliwe, ale mimo naszych starań nie udało nam się ich zwalczyć. Było to naszą zmorą. 
     Praca w hucie trwała od godz. 6-tej rano do 16-tej. Ja dostałam miotłę i moim obowiązkiem było zamiatanie hali. Jak w polu widzenia nie było Niemca stałam blisko pieców (tam było ciepło). Kiedy szedł majster zamiatałam tak energicznie, że nie było mnie widać w tumanach kurzu.
     Na terenie huty był niewielki barak, w którym mieszkało kilkunastu jeńców - Anglików (szeregowych). Otrzymywali paczki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. W czasie wojny uczyłam się prywatnie jęz. Angielskiego. Mogłam się z nimi porozumieć. Oczywiście honor nie pozwalał mi prosić ich o jedzenie. A oni nie domyślali się, że głodujemy. Przykro mi było, kiedy np. koło mnie pili gorące, pachnące kakao. To taki drobiazg, ale i takie drobiazgi zapadają w pamięć.
     Wszyscy cudzoziemcy, a było ich dużo: Polacy, Ukraińcy, Czesi, jeńcy włoscy, angielscy starali się nie przemęczać i często tylko udawali, że pracują. Było coraz większe rozprzężenie, a i nasza robota coraz mniej interesowała Niemców. Panował coraz większy głód, bo przydziały żywności były systematycznie zmniejszane. Nasiliły się amerykańskie naloty bombowe. Z samolotów zrzucano czterojęzyczne gazety (w językach: angielskim, polskim, francuskim i niemieckim). W gazetach tych pouczano robotników przymusowych, jak mają zachowywać się w czasie nalotów. Również podawano najnowsze wiadomości z frontu zachodniego i wschodniego. 
     Ze ściśniętym sercem patrzyłam w styczniu 1945 r. na pędzonych szosą koło naszego baraku więźniów jakiegoś obozu koncentracyjnego. Mimo mrozu mieli na sobie cienkie pasiaki. Wychudzeni, słaniający się z głodu, zmęczenia i zimna. Prowadzili ich SS-mani z psami - wilczurami.
     W lutym 45 r. przeżyłam w nocy słynny dwufazowy nalot na Drezno (Pirna była oddalona o 18 km). Ponieważ alianci wzywali, żeby w miarę możliwości uciekać z fabryk, które są celem bombardowań, kiedy zawyły syreny, wybiegłyśmy z naszego baraku, który stał na zewnątrz ogrodzenia huty. Pobiegłyśmy na otwartą przestrzeń, która rozpościerała się po drugiej stronie szosy. Po kilku minutach usłyszałyśmy głośny warkot nadlatujących falami ciężkich bombowców. Widok był niezwykły. Samoloty zrzucały "flary" na spadochronach, które jak ogromne żyrandole w różnych kolorach wolno opuszczały się w dół. Jednocześnie przecinały niebo smugi pocisków niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Potem słychać było świst bomb, głośne wybuchy, widać było gejzery ognia i łuny pożarów. Wszystko to odbijało się w tafli płynącej w dole rzeki Łaby. Widok był niesamowity i mimo grozy - piękny. Stałam na wzgórzu, patrzyłam na ten niesamowity widok i mimo, że zdawałam sobie sprawę z tego, że tam giną ludzie i w gruzy zamienia się jedno z najpiękniejszych niemieckich miast, szeptałam do siebie: "Dobrze wam tak! Za Warszawę!". Taka była nienawiść, a miałam wtedy tylko czternaście lat! Na drugi i trzeci dzień szosą przed naszym barakiem sunął sznur uciekinierów (mężczyzn, kobiet i dzieci) ciągnących małe drabiniaste wózki ze swoim dobytkiem. Niektórzy ranni, w bandażach, z przerażeniem w oczach. Również ten widok nie wywołał we mnie współczucia. Natomiast ewakuowany cyrk z przewożonymi zwierzętami, przerażonymi, miotającymi się w klatkach - poruszył mnie. Z perspektywy lat dziwi mnie moje zachowanie, ale naprawdę tak wtedy odbierałam te wydarzenia. 
     W ostatnie miesiące: marzec, kwiecień i osiem dni maja wyczuwało się w fabryce rozprzężenie. Niemcy coraz mniej nas pilnowali. Wkradł się bałagan. Zapanował większy głód. Wydawane porcje były coraz mniejsze.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten