Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Konrada Zienkiewicza


Konrad Zienkiewicz
E 179                                                                                      

Epopeja warszawska

     Losy mojej rodziny, jak i wielu innych z Sadyby, były może trochę nietypowe, bo nie przechodziliśmy przez żaden obóz, a ponadto mieszkaliśmy na Sadybie jeszcze przez miesiąc po zakończeniu Powstania (...)
     W sierpniu 1944 roku miałem 13 lat i mieszkałem wraz z matką i starszym o 5 lat bratem przy ulicy Ojcowskiej wówczas 89. Niemcy zdobyli Sadybę 2 września koncentrycznym atakiem z Siekierek, Ursynowa i Wilanowa. Ten ostatni był wsparty czołgami. (...) Od strony Wilanowa atakowały oddziały Wehrmachtu. Natychmiast po zdobyciu kolejnych domów osoby cywilne wyrzucano, nie pozwalając zabierać niczego i kazano iść w kierunku Wilanowa. Wyrzucano pospiesznie jeszcze w czasie trwającej strzelaniny i walki o inne pobliskie domy. Brat i sąsiad (młodzi mężczyźni) pozostali w kryjówce zrobionej sprytnie według projektu matki, pod składem koksu w piwnicy.
     Myśmy poszli i resztę dnia oraz noc spędziliśmy w przygodnym domu. Brat z sąsiadem pozostali do wieczora i wówczas również bez przeszkód doszli do Wilanowa. Spotkaliśmy się następnego dnia i powróciliśmy do domu. Ten był uszkodzony kilkoma pociskami z czołgów (75 mm) i już trochę wyszabrowany.
     Powróciło do domów niewielu ludzi. Nie wiem dlaczego. W każdym razie większość - chyba ponad 90 procent domów - stała pusta. Niemieckie oddziały posunęły się naprzód i tylko w spółdzielczym domu przy ulicy Okrężnej 1/3 stacjonowała mała jednostka Wehrmachtu. Jej dowódca wydał matce zezwolenie na zamieszkanie we własnym domu. (...)
     Nasza "spokojna wegetacja" skończyła się nagle 4 listopada. Tego dnia rano pojawił się oddział Niemieckiej Feldgendarmerie - mieli charakterystyczne półksiężycowate odznaki blaszane na piersiach. Kazano nam wynosić się w przeciągu 10 minut. Wolno było zabrać ze sobą, tyle ile można było unieść.
     Uprzednio uzyskaną przepustkę zignorowano. Ratowany dobytek załadowaliśmy na stary wózek dziecinny. Kazano nam czekać na polu pomiędzy ulicami Ojcowską i Morszyńską, a więc właściwie przed naszym domem. Natychmiast po opuszczeniu domów wrzucano do środka zapalające granaty. Szli tak od domu do domu systematycznie paląc je i wyganiając ludzi. Z całej Sadyby zebrano 30 do 50 osób. Otoczeni przez żandarmów musieliśmy biernie obserwować rozpętane pożary. W domu paliło się wszystko, co zbieraliśmy - cenne książki i kartofle, nasze meble i warzywa... Palił się nasz dom. Nad nim wybuchały fajerwerki zebranej i ukrytej amunicji. Pomiędzy dogasającymi zgliszczami pogoniono nas znowu do Wilanowa.
     W czworakach pałacowych spędziliśmy jedną noc. Tego dnia, czy też następnego, dano nam po bochenku chleba. Był to razowiec opakowany w celofan i szary papier z datą sprzed roku... Upieczono go chyba jeszcze na Ukrainie. Trochę dziwny w smaku, dawał się jednak jeść.
     Następnego dnia podstawiono, o ile pamiętam, cztery konne wozy wojskowe taborowe, na które można było załadować bagaże. Nam kazano iść. Aleją Wilanowską i ulicą Puławską doszliśmy do Pyr. Tu przy stacji kolejki kazano nam zabrać bagaże i wolno nam było iść, gdzie kto chce.
     Przed Powstaniem chodziłem na tajne komplety do Wilanowa, prowadzone przez grupę tamtejszych nauczycieli pod kierunkiem Jana Kazimierczuka. Kontaktowaliśmy się z nimi również w czasie Powstania.
     W okresie, gdy na Sadybie nie było już prądu elektrycznego, był on jeszcze w Wilanowie. Przez kilka dni, jako osoba nie rzucająca się w oczy - tam byli Niemcy, a Sadyba była opanowana przez powstańców - chodziłem codziennie do pana Kazimierczuka po przepisywane na cienkiej bibułce wiadomości radiowe. Radio miał własne, lub dostarczone przez nas. Wiadomości te były przepisywane na Sadybie w wielu egzemplarzach.
     Część Wilanowa - tę od strony miasta - Niemcy musieli wysiedlić wcześniej. Matka wiedziała, że grupa nauczycieli znalazła schronienie w wiosce Józefosław. Postanowiła ich odnaleźć. Z Pyr do Józefosławia jest zaledwie parę kilometrów. Dla nas jednak była to bardzo długa droga. Początkowo szosą w stronę Piaseczna około kilometra szło się łatwo. Potem trzeba było skręcić w drogę idącą brzegiem lasu Kabackiego. Była ona gliniasta i padał deszcz. Każdy z nas miał plecak i ciągnęliśmy wózek. To była mordęga. Józefosław składa się z szeroko porozrzucanych gospodarstw. Wszystkie były zapełnione uciekinierami ze stolicy. W pierwszym nikt nic nie wiedział o grupie nauczycieli. Trzeba było chodzić od jednego do drugiego i pytać. Matka została z wózkiem, a my poszliśmy w dwóch różnych kierunkach. Wreszcie późnym wieczorem wszystko zakończyło się szczęśliwie - znaleźliśmy się wszyscy razem w jednym pokoju.
     Gospodarstwo to, jak i wiele innych w tej wiosce, należało do volksdeutschów. Właściciele już uciekli. Gospodarowali sprowadzeni tu uprzednio do pracy u bauera chłopi z Pomorza - państwo Bratkowscy. Zajmowali oni z dwojgiem dzieci jeden pokój. W dwóch innych i w kuchni mieszkali warszawiacy, a jeden duży przechodni pokój był wolny. W innych gospodarstwach było podobnie lub gorzej. Mieszkano nawet w stodołach.
     W "naszym" pokoju mieszkało dwanaście osób: pan Kazimierczuk, państwo Kwiecińscy (oboje nauczyciele) z dziewięcioletnią córką Jagodą, panie Jacórzyńskie - matka z córką, obie nauczycielki, państwo Wardzyńscy z kilkuletnim synem - sklepikarze z Sadyby, jedyni z zapasem okupacyjnych pieniędzy i nas troje.
     Spaliśmy na słomie odgrodzonej deskami pod jedną ze ścian. Było ciasno, ale ciepło i widno. W nocy, by przewrócić się na drugi bok, należało najpierw wysunąć się z szeregu śpiących, przekręcić się i ułożyć z powrotem. Dorośli narzekali na pchły. W piecu paliło się drzewem kradzionym z pobliskiego lasu Kabackiego. Na stodole stał wiatrak z prądnicą, a w sieni był akumulator, mieliśmy więc nawet światło elektryczne. Po pewnym czasie sklecono pryczę pod dłuższą ścianą, co poprawiło nieco warunki spania. Do jedzenia znowu głównie kartofle, chleb pieczony na miejscu i... kajmak. Do otrzymania tego specjału należało z pola wykopać kilka buraków cukrowych - cukrownie były nieczynne, więc nikt buraków nie zbierał - oczyścić je, umyć, pokroić i gotować parę godzin. Otrzymany tym sposobem gęsty, brunatny syrop stanowił okrasę do większości potraw.
     W takim zagęszczeniu nerwy często zawodziły. Pamiętam parę kłótni z krzykami i łzami, lub też z histerycznym śmiechem. Wiele ratowała zaradność i uczynność pana Kazimierczuka. Pojechał na rowerze do Sochaczewa, gdzie nawiązał kontakt z kuratorium przeniesionym tam z Warszawy. Otrzymał nie tylko pobory dla siebie i kolegów, ale i pozwolenie na uruchomienie szkoły w Józefosławiu. Lekcje rozpoczęły się bardzo szybko w jedynym wolnym pokoju w "naszym" domu dla wyższych klas szkoły podstawowej i dla pierwszej oraz drugiej gimnazjum, w innych domach miały zajęcia niższe klasy. Uczyliśmy się według przedwojennego programu. Brakowało dosłownie wszystkiego, ale było zajęcie dla dzieci i przynajmniej dla części osób dorosłych.
     Mieliśmy zatem zajęcia szkolne, noszenie i rąbanie drzewa, staranie się o kartofle i buraki. Te czynności wypełniały nam dnie, a wieczorami zazwyczaj toczyły się rozmaite dyskusje.
     Na przełomie listopada i grudnia matka z bratem wybrała się na Sadybę, by odkopać i przynieść ukryte tam wcześniej dwie walizki. Chciała coś sprzedać dla uzyskania gotówki. Wyszli wcześnie rano i nie wracali do późna w noc. Inni mieszkańcy zaczęli zastanawiać się już, kto ma mnie adoptować. Spóźniony powrót był spowodowany ciężarem walizek. Parę dni potem matka poszła do Piaseczna coś z tych rzeczy sprzedać. Odprowadziłem ją kawałek drogi i wracając miałem okazję obserwowania akcji radzieckich samolotów. Niemcy mieli ukryty w lesie Kabackim balon obserwacyjny. W pogodne noce - był już mróz i śnieg - podnosili ten balon i prowadzili obserwację terenów za Wisłą. Przyleciała w ów pogodny ranek para Ił-2 w osłonie Jaków i bombami oraz ogniem działek lub rakiet załatwili balon gruntownie.
     Tuż przed świętami Bożego Narodzenia obserwowaliśmy jeszcze jedna tragedię. W odległości około pół kilometra stała stodoła, w której też mieszkało wiele osób. Może coś piekli, może mocniej napalili w piecu i od iskry zajęła się strzecha. W przeciągu godziny były to tylko dymiące zgliszcza.
     Na święta pan Kazimierczuk przygotował jasełka. Opracował i rozpisał role. Byłem świętym Józefem i mam jeszcze swoją rolę na cieniutkiej bibułce. Monolog gwiazdy porannej miał dwie wersje - jedna wyłącznie dla Polaków i druga skrócona w przypadku obecności osób podejrzanych. W czasie przedstawienia monolog musiał być skrócony. W gospodarstwie tym pędzono bimber i akurat dwóch żołnierzy przyszło się napić. Widząc szopkę i słysząc kolędy rozrzewnili się, zrobili parę zdjęć i poszli.
     Od 15 stycznia słyszeliśmy kanonadę i wreszcie 17 rano przez wieś przeszli czołgiści radzieccy. Pytali tylko o "Giermancew" i pojechali dalej, zabrawszy nasz akumulator. Musieliśmy się przestawić na świeczki. Od razu też rozpoczęto wycieczki do miasta. Masowy powrót utrudniały mrozy. Na razie więc niewiele się zmieniło i zajęcia szkolne trwały bez zmian.
     W lesie koło Pyr odkryliśmy porzucony niemiecki skład amunicji. Były tam między innymi małe rakiety do strzelania z garłacza, nakładanego na karabin. Miały ono małe spadochroniki o średnicy około 60 cm wykonane z bardzo podłego cieniuteńkiego sztucznego jedwabiu. W tamtych czasach wydały się naszym paniom niemal skarbem. Wysyłano nas więc, by przynosić ich jak najwięcej. Myśmy oczywiście badali przy okazji również inne rodzaje pocisków. Najbardziej podobały się nam pociski do dział kalibru 105 mm z czasowym zapalnikiem o konstrukcji podobnej do zegarka. Wykręcaliśmy je i przynosiliśmy do domu, by je dokładniej obejrzeć. Kiedyś w domu jeden z kapiszonów - w zapalniku tym były dwa - wybuchł. Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby ten kapiszon wybuchł w czasie odkręcania, tam, w składzie.
     20 lutego przeżyliśmy jeszcze małe oblężenie. O ósmej wieczorem ktoś zastukał do drzwi i na pytanie: "Kto?" odpowiedział początkowo "swoi" potem "milicja", a w końcu - ponieważ zdecydowano nie otwierać - zaczął strzelać w zamek. Potem wybito szyby strzelając przez okno w kuchni i pokoju. Strzelano z resztą nie celując i trafiając w sufit i ściany. Oczywiście w domu zdmuchnięto wszystkie świeczki. Zamek trzymał, a kraty w oknach zrobione przez "volksdeutschów" były solidne. Wejście więc nie było łatwe. Gospodarzowi obiecywano zarżnięcie jedynej krowy i grożono wrzuceniem granatów. Solidnie przestraszeni kryliśmy się po kątach za prowizorycznymi osłonami z walizek. Po pewnym czasie oblegający przenieśli się do sąsiadów, gdzie znaleźli kopę jajek chowanych na sprzedaż i bimber. Koło północy przechodzący patrol wojskowy zorientował się w sytuacji, sprowadził pomoc i po krótkiej strzelaninie około drugiej w nocy zostaliśmy oswobodzeni. Oblężenie ponad dwudziestu osób przez sześć godzin bez możliwości wyjścia do ubikacji znajdującej się koło stodoły, dało w efekcie ciężką atmosferę i pełen kubełek.
     Zajęcia szkolne w Józefosławiu zakończono 25 lutego. Wkrótce potem grono nauczycielskie przeniosło się do Wilanowa i chyba już 5 marca rozpoczęto tam zajęcia szkolne. Myśmy opuścili Józefosław chyba ostatni, gdzieś pod koniec marca. Wróciliśmy na Sadybę do domu doktora Montryma-Żakowicza. Cała jego rodzina i on sam zostali rozstrzelani w czasie zdobywania Sadyby 2 września. Taki los spotkał wszystkich mieszkańców domów stojących przy skrzyżowaniu ulic Podhalańskiej i Chochołowskiej, o które walka była bardzo zażarta. Ocalała jedynie siostra żony doktora Montryma. Była ona również w grupie rozstrzeliwanej. Otrzymała postrzał w głowę, ale kula przeszła stycznie, nie uszkadzając kości. Upadła razem z innymi i w stosie trupów przeleżała do wieczora. W nocy przeszła do Ursynowa i ocalała. Teraz pozwoliła nam zająć ostatni wolny pokój.
     Tak zakończyła się nasza trochę nietypowa epopeja. Dalej to były już normalne trudności okresu powojennego mieszkańców Sadyby. Trudności w znalezieniu pracy, chodzenie na piechotę do liceum imienia Batorego (godzina), trudności w zdobyciu jedzenia...

 

 

 

 

 

 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten