Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Aleksandry Wróblewskiej


     Po kilku tygodniach pani Rabowska wyjechała do Zakopanego i tam przypadkowo spotkała znajomego pułkownika, któremu udało się wraz z żoną uciec z transportu już w Oświęcimiu i dopiero od niego dowiedziała się, że Hania jest w obozie. Po tej strasznej wiadomości pani Rabowska niezwłocznie wyjechała do Krakowa, by złożyć generał-gubernatorowi [Frankowi] podanie o zwolnienie dziecka. Podanie złożył osobiście prezes RGO, ale Frak wypierał się, że w obozie nie ma dzieci. Jeżeli jednak rzeczywiście dziecko tam przebywa, to wyda rozkaz, by je zwolniono. Nic jednak nie zrobił i nieszczęśliwe sześcioletnie dziecko przebywało w tym strasznym piekle od 12 sierpnia do 19 stycznia 1945. Ponieważ ofensywa sowiecka zbliżała się do Oświęcimia, więc Niemcy likwidowali obóz, bądź wysyłając więźniów do komór gazowych, bądź też wywożąc lub pędząc piechotą do innych obozów. Obóz oświęcimski miał ulec zagładzie razem z tymi więźniami, którzy nie mieli sił wyjść z obozu. Z obozem mężczyzn skończyli wcześniej, a potem zabrali się do kobiet i dzieci. Przygodna opiekunka Hani - pani Kolbergowa - zmarła w obozie na tyfus dnia 10 stycznia 1945, więc Hanią zaopiekowały się inne współwięźniarki: dr med. Irena Białówna z Białegostoku, doktorowa Janina Komendzina z Kielc, nauczycielka z Katowic - pani Maria Kaczorowska. Te panie zdecydowały, że Hania nie może pozostać w obozie na pewną śmierć i 19 stycznia 1945 wypędzone z obozu zabrały ją ze sobą w tę straszną drogę, w duży mróz i śnieżną zawieję. Z początku wiozły ją na wózku, ale SS-manowi nie podobało się to, więc wózek przewrócił do rowu. Dziecko trochę szło, trochę było niesione przez współtowarzyszki niedoli. Pierwszy postój wypadł ponad 40 km od Birkenau we wsi Poręba. Hania dostała się do zagrody kowala Pająka, gdzie na prośbę więźniarek zaopiekowała się nią córka Pająka - Małgorzata Gładka.

Z listu notariusza dr Leona Wolfa do córki Aleksandry Szczawińskiej, bratowej matki Hani - ś.p. Jadwigi ze Szczawińskich Wróblewskiej, Bielsko 10 czerwca 1945

     Byłem wczoraj, jak zawiadomiłem Was telefonicznie, w Porębie, trzy kilometry na zachód od Pszczyny, gdzie ksiądz Dobrowolski z Wisły Wielkiej odnalazł Hanusię, córkę Bohdana i Jadwigi Wróblewskich u kowala miejscowego, Józefa Pająka. Jest on również właścicielem dobrze prowadzonego gospodarstwa rolnego (około 40 morgów). Hanusią opiekuje się zamężna córka jego, Małgorzata Gładka, której mąż podczas okupacji zginął w obozie niemieckim. Hanusi nie zastałem w domu, była w szkole i na moją prośbę posłano po nią. Tymczasem opowiedziała mi pani Małgorzata dzieje jej przybycia do ich domu.
     W drugiej połowie stycznia 1945 roku prowadzili piechotą Niemcy z Oświęcimia uciekając, transport kilkutysięczny kobiet młodszych i starszych przez Porębę w stronę zachodnią. W Porębie przypadła nocna przerwa i smutny pochód tam się zatrzymał. Był to smutny widok, jak opowiadała, kobiety nawet młodsze, a co dopiero mówić o starszych, a były i staruszki, źle ubrane, zmarznięte, resztę sił wydobywały po przeszło 40 km marszu, byle się tylko wlec dalej, bo upadające ze zmęczenia SS-owcy niemiłosiernie odstrzeliwali. Nazajutrz na przestrzeni z Pszczyny do Poręby zakopano 24 trupy odstrzelonych kobiet. Ludność wsi zbiegła się z pomocą, przynosząc żywność i wodę, lecz większość SS-owców nie dopuszczała mieszkańców wsi do oświęcimskich ofiar, nic nie pomagały prośby, łzy i przekleństwa.
     Oddział, który zatrzymał się przy gospodarstwie Pająka miał nieco względniejszego dozorcę-kata. Kobiety prowadzone, którym Gładka po kryjomu dostarczała posiłku, powiedziały jej, że mają wśród siebie siedmioletnią dziewczynkę Hanusię, dziewczynkę zupełnie obcą, bo kobieta, z którą przyszła do obozu oświęcimskiego tam zginęła. Dziewczynka ta jest zupełnie wyczerpana, może się już poruszać tylko na czworakach, a kobiety wlokły ją w pochodzie, usiłując ją ochronić przed rozstrzelaniem. Nieznacznie dało się ją przenieść do mieszkania pani Gładkiej. Dowiedziała się tylko od niej, że się nazywa Hanusia Wróblewska i jest z Warszawy. Rozebrała ją pani Gładka prędko i wsunęła do łóżka, w którym spał już jej cztero- czy pięcioletni synek. Dziewczynka zmarznięta, na twarzy miała kulki zamarzniętych, z oczu jej płynących łez, prawie bez włosów, zmizerniała tak, że widać było na jej rękach, nogach i piersiach kosteczki cienkie skórą pokryte. Nogi były opuchnięte, stopy obtarte, bo buciki z cholewkami, które miała na nogach były ciasne, tak, że pięty wysunięte zdeptywały dolne części cholewek.
     Dziewczynka zaraz usnęła i spała potem z małymi przerwami trzy doby. Gdy przed odchodem SS-owcy przyszli z kontrolą, oświadczyła pani Gładka, że w łóżku śpią jej dzieci. W ten sposób udało się Hanusię zatrzymać i ochronić. Gładkiej i innym kobietom ze wsi udało się z pochodu oświęcimskiego wyratować 72 kobiety, które bądź odprowadzono do lasu, bądź przechowano kryte w stajniach, szopach i stodołach zakopując je w słomie i sianie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten