Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Aleksandry Wróblewskiej


     Moja matka staruszka i ja w dalszym ciągu nie wiedziałyśmy, gdzie jest Hania. Po objęciu opieki nad obozem przez PCK napisałam do Oświęcimia i w niedługim czasie otrzymałam odpowiedź od doktora Józefa Bellerta z adresami osób, które może będą mogły udzielić wiadomości, więc zaraz napisałam pod wskazane adresy. Babka dzieci, pani Szczawińska, wiedziona przeczuciem, napisała do księdza proboszcza w Wiśle, który z ambony zwrócił się z zapytaniem, czy gdzieś w okolicy nie ma sześcioletniej dziewczynki - Hani Wróblewskiej, więźniarki z Birkenau. Po nabożeństwie zgłosiła się do zakrystii kobieta z wiadomością, że we wsi Poręba koło Pszczyny jest taka dziewczynka u kowala Pająka. Ksiądz niezwłocznie udał się do Poręby i dnia 5 czerwca o godzinie 21.00 zadepeszował, że Hania Wróblewska jest w Porębie pod Pszczyną.
     Zaraz po otrzymaniu wiadomości, uprosiłam przyjaciela brata, pana Mikołaja Mizgirowa, żeby mi Hanię przywiózł do Pruszkowa, co nastąpiło dnia 16 czerwca 1945 o godzinie 5 rano. Przez czas pobytu w Porębie Hania wzmocniła się, gdyż po wyjściu była straszliwie wygłodzona i wychudzona - szkielet pociągnięty cienką skórą. Nie miała wtedy siły poruszać się inaczej, tylko na czworakach, była zupełnie łysa, a na wychudzonej twarzyczce były łzy. W takim stanie córka Pająka zabrała ją do domu, zdjęła z niej odzież obozową i położyła do łóżka ze swoim małym synkiem. Hania zaraz usnęła i z małymi przerwami spała trzy doby. Gdy 20 stycznia rano SS-man wszedł do izby, by sprawdzić, czy nie ukrywa się jakaś więźniarka, Małgorzata zawołała: "Tylko mi dzieci nie obudzić" SS-man wyszedł. Hania została uratowana.
     Szczegółowy opis odwiedzin Hani u kowala Pająka podał w obszernym liście dr Leon Wolf - notariusz w Bielsku [czytaj niżej].
     Pan Mizgirow wioząc Hanię z Poręby, wstąpił w Katowicach do lekarza, który musiał rozciąć i oczyścić wrzód na jej nóżce po nie wyjętej drzazdze, oprócz tego przepisał leki przeciw świerzbowi. Po powrocie Hani do Pruszkowa przez kilka tygodni leczyłam zadawniony świerzb. Chorowała też na nerki i pęcherz. Pobyt w Oświęcimiu pozostawił trwałe ślady na jej zdrowiu.

Z listu notariusza dr Leona Wolfa do córki Aleksandry Szczawińskiej, bratowej matki Hani - śp. Jadwigi ze Szczawińskich Wróblewskiej

     Po porządnym odpoczynku Hanusia nabrała żywotności i była wesoła. Oświadczyła, że tu zostanie i już nigdzie nie pójdzie. Panią Małgorzatę nazwała zaraz ciocią i przywiązała się do niej, jak własne dziecko. Kiedy przybyła do Gładkiej, miała na sobie ubranie zimowe, dość ciepłe, ale zużyte. Choć to obecnie trudne, postarała się dla niej o nowe sukienki, bluzki, a nawet buciki, tak, że gdy w niedzielę idzie z ciocią do kościoła zwraca uwagę przechodniów swoim ubraniem i szykiem. W tygodniu, jak [to] we wsi biega boso, chodzi z dziećmi do rzeki kąpać się i jest pełna życia. Pani Małgorzata jest do niej przywiązana i niechętnie by się z nią rozstała.
     W czasie tego opowiadania przyszła Hanusia ze szkoły. Nie byłbym jej poznał, gdybym ją gdzieś indziej spotkał. Wyrosła, znakomicie wygląda, w twarzy drobna, lecz po jej oczach i w podobieństwie do jej ś.p. matki - nawet pod oczami nieliczne piegi - odgadłbym, że to ona. Ucałowałem ją serdecznie. Ona mnie zrazu nie poznała, dopiero później przypomniała sobie, że jestem "pan Wolf". Dałem jej parę cukierków, ciastko i kawałek kiełbasy, którymi się zaraz ze swym "braciszkiem" podzieliła. Zrazu odnosiła się trochę nieufnie do mnie, obawiając się, że ją ze sobą zabiorę. Kiedy jednak powiedziałem jej, że jeśli "ciocia" się zgodzi, zostanie nadal u niej, ośmieliła się i powiedziała, że pamięta tylko, że była u babci i że ją kocha, że kocha także Bohdanka, ale nie chce do nich jechać, chce, aby Bohdanek raczej "do nich" przyjechał, bo tu pięknie i dobrze. O innych osobach nie mówiła i nie mogła sobie przypomnieć żadnych imion.
     Rozmawiałem potem z panią Gładką na temat, co teraz począć z Hanusią, przedstawiłem jej stosunki w rodzinie Hanusi. Mógłbym ją wziąć do siebie, lecz u mnie nie miałaby potrzebnej opieki niewieściej. Mógłbym ją też umieścić u jednej ze swych sióstr zamężnych, bo do Warszawy obecnie nie ma - według mego zdania - najmniejszego sensu jej zabierać. Ponieważ ona tak jest przywiązana do rodziny Pająków, prosiłem, aby mi szczerze powiedziano, czy utrzymanie jej nie sprawi pani Gładkiej i jej rodzinie żadnych trudności. Pani Gładka odpowiedziała mi, że o tym nie ma co mówić. Mają wprawdzie z powodu wypadków dużo mniej, niż mieli, ale nikt u nich nie cierpi głodu i wszyscy mają się dobrze. Hanusia nie sprawia im żadnych trudności i wszystkim się z nią dzielą. Kto wie, czy gdzie indziej mogłaby się tak poprawić na siłach i zdrowiu, jak u nich i [gdzie by] miała takie możliwości pożywienia zdrowego, jak tam. Szczególnie do miasta nie radziłbym jej zabierać. Sama prosi o to, by Hanusię u niej zostawić aż do powrotu jej ojca, a potem nie będzie już mogła robić żadnych przeszkód.
     Odpowiedziałem jej, że wobec tego, co widzę, z przywiązania Hanusi do "cioci" i do jej otoczenia, sam jestem zdania, że najlepiej by było, gdyby Hanusia została na miejscu, dopóki pan Wróblewski nie wróci. Sam jej nie zabiorę do Bielska. [Wcześniej] zdecydowany byłem to [zrobić], gdyż obawiałem się, że państwo Pająkowie będą mieli jakieś trudności z jej utrzymaniem, ale obecnie, gdy widzę, że Hanusia za żadną cenę nie chce odchodzić i gdy mnie pani [Gładka] zapewnia, że nie chcą się jej pozbyć, na razie będzie ją trzeba zostawić. Napiszę o tym do Warszawy, może mój zięć ze swą matką zdecydują inaczej. Na tym stanęło.
     Starałem sie rozmawiać dużo z Hanusią, lecz była nieśmiała, ciągle myślała, czy jej nie zabiorą. Kiedy odchodziłem, prosiłem ją, aby mnie odprowadziła przez wieś, lecz nie chciała, widocznie z tej samej obawy. Poszła dopiero, gdy także "ciocia" z nami poszła. Pani Gładka mówiła mi, że Hania czasem, gdy sama z nią siedzi, dużo opowiada o obozie w Oświęcimiu, o rodzinie swej zaś rzadko wspomina.
     Sprawa obecnie we wsi nabrała rozgłosu, bo odwiedzili ją w tym tygodniu raz proboszcz z Wielkiej Wisły, drugi raz ksiądz z Brześć i kilka innych osób z tych gmin, których tam wysłali księża. Ksiądz Dobrowolski także widocznie otrzymał list Mamusi Andrzeja, bo poinformował już przede mną panią Gładką o adresie babci Hanusinej. Żegnałem się z panią Gładką i Hanusią z rozrzewnieniem, spokojny i pewny, że Hanusia znalazła się u dobrych polskich ludzi i że tam jej najlepiej. Hanusia poleciła pozdrowić Babcię i Bohdanka, lecz nie chce do nich jechać, niech oni przyjadą. O wujku Andrzeju i cioci Oleńce nic sobie przypomnieć nie mogła. Przyrzekłem, że gdy połączenia kolejowe będą lepsze odwiedzę ją czasem, ale nie wiem, czy kto będzie mógł przyjechać w odwiedziny.
     Tyle o Hanusi. Zdecydujcie sami i zawiadomcie panią Gładką i także mnie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten