Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Stanisława Korytowskiego


foto

     Obóz przejściowy w Pruszkowie (Dulag) znajduje się w parowozowni. Hale parowozowni są oznaczone numerami. Z kuchni polowej wydają zupę i w tłum rzucają ćwiartki chleba. Nie mamy naczyń. Pożyczamy kubek i rondelek.
     W halach obozu niesamowity tłok. Z trudnością znajdujemy wolne miejsce, ale przy wjeździe do hali (nie ma drzwi). O zmroku koczownicy palą świeczki. Hala wygląda jak cmentarz w Zaduszki. W nocy jest bardzo zimno. Hala nie jest ogrzewana. O spaniu nie ma mowy. Krótki półsen - to wszystko. Jesteśmy bardzo zmęczeni i głodni.
     Rano wyprawa po kawę i chleb. Po całym obozie liczne patrole. Komendant obozu (?) chodzi z wilczurem i szczuje przebywających bliżej ogrodzenia. Patrole wyciągają z hal mężczyzn i rewidują. Jacyś cywile dopytują się, kto jest z AK. Brak odpowiedzi. Nie wiadomo, kto i dlaczego pyta.
     Spotykam wielu znajomych z Powstania. Palec na ustach - "cicho-sza".
     Mury oblepione kartkami poszukujących się rodzin. Również głośne zapytania: "Kto widział? Kto wie?". Te pytania były zawsze zadawane.
     My też szukaliśmy członków naszej rodziny z Woli, Żoliborza i Mokotowa. Niestety wszyscy zginęli, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero po wojnie. Mimo zakazów, wartowników i patroli, kwitnie przy ogrodzeniu handel wymienny. Za dolary lub złoto można dostać kiełbasę, boczek czy chleb. Ale nie tylko handel. Mieszkańcy Pruszkowa bezinteresownie pomagają wypędzonym warszawiakom.
     Przerzucają przez ogrodzenie gotowane ziemniaki. Współczują niedoli i chcą pomóc, choć sami niewiele mają i są przez okupanta represjonowani. W wagonie kolejowym (biurze) rejestracja, przegląd lekarski (sic!), a przede wszystkim kwalifikowanie do pracy przymusowej w Niemczech lub do kopania okopów.
     Miałem 14 lat, od 2-ch tygodni choruje na dyzenterie, czoło zabandażowane (lekka rana od odłamka).
     Rana już zagojona, ale bandaża nie zdejmuję. Byłem na swoje lata wysoki, ale bardzo chudy. Żadnego dokumentu tożsamości nie miałem.
     Niemiec w mundurze i białym fartuchu zdejmuje bandaż i ryczy, że udaje rannego. Do moich 14 lat też nie są przekonani. Po spisaniu moich, matki i siostry personaliów, kierują nas do grupy mężczyzn i kobiet przeznaczonej do pracy w Niemczech. Grupa ta wciąż się powiększa i jest pilnowana przez wartowników.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten