Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Stanisława Korytowskiego


foto

     Kolumnę naszą zaprowadzono do obozu koło cukrowni. Tak jak w Pruszkowie, niesamowity tłok i bałagan.
     Pajdy chleba rzucane są w tłum, a do kuchni polowej, po zupę czy kawę, były potrzebne silne ramiona. Tak wyglądała organizacja wydawania posiłków. Zapada zmrok. Wszyscy do baraków! Kto będzie na zewnątrz zostanie zastrzelony! Tak brzmi rozkaz komendy obozu. Strzały na postrach.
     W barakach ścisk. Ludzie siedzą w kucki na betonowej posadzce.
     Nie wiem, gdzie mama i siostra.
     Siedzę na wysokim zydlu wraz z inną osobą. Pod stołkiem ktoś leży na betonie. Po kilku godzinach wszystko mnie boli. Wolałbym leżeć na betonie, ale nie ma miejsca. Noc minęła w męczarniach. Ile jeszcze takich nocy?
     Rano odnajdujemy się przy kotle. Znalazłem zardzewiałą puszkę, z której piję zupę brukwiową. Łyżki nie mam. Znajdujemy miejsce do spania w namiotach przy cukrowni. Szykujemy legowisko na gołej ziemi. W dzień trochę słońca, zaś w nocy zimno. Jest połowa października. Polscy robotnicy z cukrowni przerzucają przez mur wytłoki z buraków. Żujemy - szczęki mają, co robić.
     Pod wieczór widzimy błysk ognia i słyszymy huk od strony latryny. Rano oglądamy skutki wybuchu. Część betonowej obudowy szamba w kawałkach. Ktoś pewnie wpadł do dołu, bo na osłonie latryny suszy się ubranie wyprane z fikali. Czy to wybuch metanu? Nie wiemy. Każdego dnia Niemcy biorą ludzi z baraków i prowadzą na plac, skąd po segregacji wywożą.
     I nas, po dwutygodniowym pobycie, zabierają na plac. Odczytują nazwiska i wieszają na piersiach blachy z numerami. Jak się okazało, był to dowód przydziału do pracy w berlińskiej firmie. Wymarsz na bocznicę kolejową.
     Przy załadunku do bydlęcych wagonów, numery są odbierane. Odjazd!
     Po kilkunastu godzinach pociąg wjeżdża na bocznicę, wśród sosnowego lasu. Jaki to obóz? Może koncentracyjny? Nie! Był to młodzieżowy obóz Hitlerjugend, obecnie wykorzystywany jako miejsce kwarantanny dla robotników przymusowych. Obóz nazywa się Wilhelmshaven lub podobnie (nie mylić z portem).
     W obozie kobiety i mężczyźni, wszyscy z Warszawy.
     Teren obozu zlokalizowano wśród lasów i jest oddalony od Berlina około 50 km. W barakach są drewniane prycze bez sienników, a w nich pluskwy. Nie można spać. Na trzeci dzień łaźnia i parowanie odzieży. Strażnicy i obsada obozu to Ukraińcy w tym wiele kobiet.
     Pewnego dnia załadowano nas na ciężarówki i zawieziono do obozu w Berlinie. Był to Z.Z. Barackenlager - Lichterfelde - West, Prettauer Pfad 19/20.
     Mieliśmy pracować dla firmy: Fa. Franz Schnell - Strassenbau Berlin - Steglitz, Bismarckstrasse 16.
     Mieszkaliśmy w betonowych sztubach i drewnianych barakach. Drewniane prycze bardzo zapluskwione. W metalowych drzwiach rygle. Duży piec, ale bez opału. Drewno opałowe przynosimy zebrane z gruzów zburzonych budynków.
     Pracujemy przy budowie dróg wewnętrznych osiedla kilka dni. Później przy odgruzowaniu ulic po nalotach i czyszczeniu cegieł.
     Przez pewien czas, w dalszej części obozu, były grupy jeńców francuskich i robotników włoskich, czeskich... Pracujemy razem. Zbieramy również niewypały bomb i pod nadzorem saperów, przenosimy na noszach do samochodów.
     Po paru miesiącach pracuję przy pracach porządkowych na terenie obozu. Wywożę na pobliskie pola fekalia. Wielką nabierką przelewam na szczelną taczkę fekalia i odwożę na odległość do 100 metrów. Wykonuję i inne prace. Jestem chory i mam temperaturę. Na karku duży ropny wrzód.
     Kazano mi wykopać dół odwadniający, nałożyć kamieni i zasypać. Po wykopaniu wierzchniej warstwy gleby, natrafiłem na namuł iłu, którego nie mogłem ukopać szpadlem. Pot zalewał mi oczy, wrzód uniemożliwiał ruchy. Ił jak guma! Nic z tego! Zrezygnowałem. Lagerführer krzyczy, że to sabotaż, wyzywa od polskich świń i trzonkiem szpadla wali, wali po głowie i plecach. Ból karku i ulga. To uderzony wrzód pękł. Ropa pociekła po plecach. Wieczorem wyciśnięto resztę ropy i wrzód zaczął się goić.
     Lagerführer Neumann - hitlerowiec, chodził w czarnym SS-mańskim mundurze. Lat około 60-ciu, niskiego wzrostu, szczupły o wydatnym czerwonym nosie.
     "Za nieposłuszeństwo i sabotowanie pracy, niejednego już wysłałem do obozu obok" - ryczał po niemiecku.
     Oddalony o 100 metrów (obok) był obozem koncentracyjnym wielonarodowym. W obozie tym pracowali: Polacy, Belgowie, Francuzi, Holendrzy, Norwegowie, Austriacy, Ukraińcy, Czesi i Rosjanie.
     Naloty: prawie zawsze Anglicy w nocy, zaś Amerykanie w dzień.
     Pamiętam zimowy, słoneczny dzień i nalot samolotów amerykańskich na Berlin. Byłem akurat na polu. "Superfortece" leciały w szyku na znacznej wysokości. Nad centrum Berlina chmurki wybuchów artylerii przeciwlotniczej i ciągłe dudnienie bomb.
     Naraz jeden samolot, trafiony pociskiem błysnął jak zapałka i tylko drobne części poleciały na dół.
     W tym samym dniu wieczorem powraca grupa pracująca przy odgruzowaniu. Uczy popuchnięte od dymu, włosy opalone i pełne gruzu wapiennego, ale żyją.
     Od Czecha dostałem ilustrowaną broszurę pod tytułem "Zanik Warszawy". Oglądam i czytam, choć napisana po czesku, rozumiem, o co autorom gebelsowskiej propagandy chodziło. Pokazano, jak po kapitulacji Powstania, Warszawa jest palona i burzona przez specjalne grupy z miotaczami płomieni. Jak zakładane są ładunki wyburzeniowe w ocalałych budowlach. Ale w broszurze nie podano, jak uprzednio Warszawa była ograbiana.
     Działanie odwetowe pokazane w broszurze stanowiło swoiste memento. Przestrogę! Każdego taki los spotka, jak Warszawę, jeżeli wystąpi przeciw "Tysiącletniej Rzeszy".
     Trzecia dekada kwietnia 1945 r. Słychać zbliżający się front. Nad Berlinem często pojawiają się samoloty sowieckie - szturmowe iły 2-gie, ostrzeliwują i bombardują. Alarmów lotniczych już nikt nie ogłasza. Berlin całkowicie okrążony. Lagerführer z obsadą uciekli.
     Dzielone są resztki z magazynu żywnościowego. Trochę chleba, ziemniaków i brukwi. W sąsiednim obozie więźniów już nie ma. Gdzie są? SS-owska ochrona obozu wycofana do centrum Berlina.
     Buszujemy z tłumem po całym obozie, szukając żywności. Nic nie znajdujemy. W blaszanych beczkach melasa.
     Na zbiórce stoi w szeregu pluton SS-manów gotowych do wymarszu, aby bronić wodza Rzeszy. Już się ich nie boimy. Nie chcemy wracać do obozu.
     W małych grupach chowamy się w piwnicach niewykończonych domków na osiedlu, gdzie przed pół rokiem budowaliśmy drogi.
     Po drugiej stronie ulicy, przy moście, stanowisko działa przeciwlotniczego ustawionego do strzelania na wprost. Obsługa działa to chłopaki z Hitlerjugend i Volkssturmu. Są pijani i agresywni. Mija druga noc koczowania.
     Naraz w piwnicy pojawia się SS-man. Mówi, że jest z Krakowa i prosi o ubranie cywilne. Ubrania nie mamy. Wychodzi szukać dalej.
     Obserwujemy przez okienko piwniczne bombardowanie centrum Berlina. W naszym rejonie nie ma walk. Ale z pobliskiego kościoła, od czasu do czasu serie cekaemów. Dział przeciwlotniczych już nie ma.
     Świt 26 lub 27 kwietnia. Przez okienko widzę żołnierzy sowieckich, którzy układają kabel telefoniczny. Koczownicy wylegli z kryjówek. To robotnicy przymusowi, byli niewolnicy. Niemców nie ma. Oficer wypytuje, kim jesteśmy i skąd? Odpowiadamy! Rozumie i prowadzi do kuchni polowej. Z sąsiedniego budynku wyprowadzają naszego "nocnego gościa". Jest nadal w SS-mańskim mundurze. Do rzeczywistości przywołuje nas seria cekaemu z wieży kościoła. Wysłana zostaje grupa szturmowa. Chcemy uczestniczyć w walce. Jest nas 20-tu i dużo porzuconej broni. Oficer nie zgadza się. To sprawa wojska. Broń możecie brać dla samoobrony przed niedobitkami. Idźcie już, tu będzie bój! Przez tą broń mieliśmy kłopoty. Na trasie zostaliśmy zatrzymani, za nielegalne posiadanie broni na tyłach armii. 2 Tygodnie trwało rzekome dochodzenie. My w tym czasie, pod przymusem, pracowaliśmy na roli. Po "aresztowaniu" nowej grupy, zostaliśmy zwolnieni. Było trochę strachu. Ziemia musi rodzić. Poszliśmy! Kobiety i mężczyźni z tobołkami i wózkami. Grupami i osobno. Dalej od obozowego piekła, głodu i poniżenia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten