Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Idalii Olszewskiej-Klemińskiej


foto

Wywiad z Idalią Olszewską-Klemińską
Warszawa, 11.05.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

     Wawer to były przedmieścia Warszawy. Bardzo blisko, teraz to jest Warszawa, ale wtedy to było na przedmieściach Pragi. To był domek piętrowy, murowany, nawet dość solidny. Bo w okolicy były domki jednorodzinne, małe, jak to na przedmieściach. I tam mieszkałam właściwie od urodzenia.
     Pamiętam doskonale, jak w trzydziestym dziewiątym roku - jak miałam trzy lata, prawie cztery, trzy i pół - tata szedł na wojnę. Bo był ułanem i szedł na wojnę do Modlina. Pamiętam to, mimo że byłam taka mała, bo bardzo to przeżywałam i bardzo płakałam.
     W trzydziestym dziewiątym roku, w czasie wojny i bombardowania - taty nie było, nie miałam rodzeństwa, tylko byłam sama z mamą - schroniłyśmy się w pobliskim kościele. Bo kościół był potężny, murowany, dobrze zbudowany...
I tam się schronili mieszkańcy?
    
Mieszkańcy z Wawra, zewsząd się wszyscy schronili i tam właśnie byliśmy. Potem, po klęsce w trzydziestym dziewiątym roku...
Tata z kampanii wrześniowej szczęśliwie wrócił...
    
Szczęśliwie wrócił. Co prawda bardzo późno, mama już martwiła się, że nie wróci... Wszyscy mężczyźni już wracali... Ale wreszcie tata też wrócił.
     Ale niestety w czterdziestym trzecim roku został złapany w łapance w Otwocku czy w Falenicy - tego dokładnie nie wiadomo - i rozstrzelany w pobliskim lesie. Jako zakładnik. Trudno było nawet się dowiedzieć, dlaczego...
Czyli został wzięty jako zakładnik i zginął w zbiorowej egzekucji?
     
Tak, w zbiorowej egzekucji. I zostałyśmy same. Moja mama zaczęła szukać. Wiedziała, że tata pojechał do Falenicy, do swojego kuzyna. Wszędzie chodziła ze mną, więc pamiętam dobrze, że poszłyśmy na posterunek w Falenicy. Tam nam powiedziano, że nic o nikim takim nie wiedzą. To była jeszcze granatowa policja, polscy policjanci. Ale jak wyszłyśmy z tej komendy na ulicę, podszedł do nas granatowy policjant, który był tam na posterunku i wtedy nam to powiedział: "niech pani nie szuka, nie chodzi, bo to już nic nie pomoże, bo oni dzisiaj nad ranem rozstrzelali wszystkich. I niech pani się nie naraża, bo pani też się może przytrafić coś złego". Powiedział nam też, gdzie to było, gdzie to się stało.
      Więc pojechałyśmy z mamą do Otwocka, do tego lasu. Tam w pobliżu był dom i w tym domu ludzie, Polacy. Powiedzieli nam, że oni zakopywali tych [rozstrzelanych]. Mama pokazała zdjęcie i ci ludzie powiedzieli, że tak, faktycznie, że był tam właśnie ten człowiek. I jeszcze powiedzieli o drugim - ten drugi to był brat mamy. Było tam jeszcze kilka osób, 15 czy 20 osób wtedy rozstrzelali. Młody chłopiec piętnastoletni, z ojcem...
Czyli dwie najbliższe osoby zostały rozstrzelane...
    
Dwie najbliższe osoby - brat mamy, do którego mój ojciec pojechał, i mój ojciec. I zostałyśmy same. To był czterdziesty trzeci rok, 20 maja. 4 czerwca szłam do Pierwszej Komunii... Potem jeszcze wróciłyśmy tam, do tego lasu, ale wszystko było zrównane z ziemią. Poza tym niebezpiecznie było tam chodzić. Ja zresztą bardzo to przeżyłam, zachorowałam, psychicznie bardzo to przeżyłam - więc mama postanowiła już więcej tam nie chodzić, nie szukać...
Jak potem mama sobie radziła, mając siedmioletnią córkę, w takim codziennym życiu? W jaki sposób zarabiała pieniądze, jak to wyglądało?
    
Mama była bardzo zdolna, potrafiła szyć, wiele rzeczy potrafiła zrobić. Więc trochę szyła - wtedy ludzie przerabiali różne rzeczy ze starych na nowe. Ludzie nie mieli pieniędzy, to nam dawali coś do jedzenia - i tak jakoś trwałyśmy z dnia na dzień. Z tym, że miałyśmy gdzie mieszkać. Jeszcze. Ale niestety Wawer to było takie miejsce, gdzie Rosjanie, już w czterdziestym czwartym roku...
No właśnie - bo potem w lipcu zbliżał się front, 30 lipca Rosjanie zajęli Otwock...
    
Potem doszli do Radości.
Tak, była zacięta walka o Międzylesie i już te czołgi radzieckie podchodziły...
    
Podchodziły już bardzo blisko. I wtedy jakiś pocisk, od strony Radości czy Międzylesia, wpadł do naszego domu - do naszego mieszkania, w którym przed chwilą byliśmy - tak, że rozwalił ścianę. I zamieszkałyśmy w piwnicy.
     Ale zrobiło się tam bardzo niebezpiecznie, z tego względu, że ciągle przychodzili do nas Niemcy i ciągle nas sprawdzali, rewidowali, stawiali nas pod ścianę, wszystkich mieszkańców tego budynku...
No właśnie - bo był zdaje się taki moment, że jakiś Niemiec oskarżył mieszkańców domu, że ktoś się [tam] ukrywa?
    
Tak, że ktoś tu się ukrywa. I wtedy dzieci oddzielili od matek, i powiedzieli, że tu wszystkich zaraz rozstrzelają - a wiadomo, co to było rozstrzelanie dla siedmioletniego dziecka, które już wiedziało, co to znaczy, że rozstrzelają, prawda?
Czyli mama razem ze swoją matką stałyście we dwie pod ścianą do rozstrzelania?
     
Do rozstrzelania. Z tym że oni mnie - nie. Oni mnie zostawili.
Dzieci na bok.
    
Wzięli tylko moją matkę. Strasznie wtedy płakałam, krzyczałam. Niemiec mi groził, że zaraz zrobi ze mną porządek. No i był ktoś, kto znał niemiecki, i z tymi Niemcami rozmawiał, coś udowadniał, pokazywał. Oni wszystko sprawdzali, chodzili po dachu, chodzili wszędzie - i jakoś poszli sobie.
     Jak wszystko sprawdzili, od piwnic po dach, kazali nam się rozejść. Ale niestety niedługo po tym przyszli jeszcze raz i wtedy już powiedzieli, że mamy się stąd wynosić.
     A jeszcze pamiętam dobrze, że ciągle wychodziłam do ogródka [i] patrzyłam w stronę Warszawy - i tam była łuna taka, czerwona, straszna... I nie mogłam sobie wyobrazić, jak tam ludzie mogą żyć.
     Niemcy przyszli i powiedzieli, że mamy się wynosić. Nie interesuje ich gdzie. Oczywiście nie w tę stronę, gdzie są wojska radzieckie, tylko trzeba iść razem z Niemcami, do przodu.
W stronę Pragi.
     
A potem już była Wisła. Więc myśmy szły, z jakimiś znajomymi, bo my nikogo tutaj w pobliżu nie miałyśmy, do kogo mogłybyśmy pójść...
Co udało się ze sobą zabrać?
    
To, co może zabrać matka i siedmioletnie dziecko. Moja matka nawet, [chociaż] to był upał, lato, wzięła jakieś moje ciepłe paltko... Pamiętam, że wzięła trochę zdjęć i trochę kostek cukru, jakieś ubranie, co miałyśmy na sobie. I to wszystko. Nie miałyśmy przecież żadnego wózka; tylko tak jak szłyśmy.
     Już po drodze, szła też taka rodzina z czworgiem dzieci i spytała nas czy mamy gdzie iść. Mama powiedziała: "No, my tak idziemy, bo może jacyś dobrzy ludzie gdzieś nas przyjmą, ale nie mamy nikogo znajomego, nie wiemy, gdzie iść". Ona mówi: "No to chodźcie może z nami. My idziemy na Gocław, bo tu mamy znajomych. My się zmieścimy, nas jest szóstka" - ich było w sumie sześcioro, bo jeszcze był ten pan, starszy już człowiek. I poszłyśmy z nimi na Gocław. Tam się okazało, że to jest dom z piwnicą - wydawało nam się, że schronienie będzie dobre. Okazało się później, że ten ktoś, kto nas przyjął do tego swojego mieszkania - bo tamci ludzie poszli do innego mieszkania - że to jest folksdojcz. Ale on nas przyjął i był dobry dla nas.
Czyli zachowywał się przyzwoicie.
    
Przyzwoicie. Miał kilkunastoletniego syna, żona gdzieś została w Warszawie, nie zdążyła wrócić. I zamieszkałyśmy u niego. Ale to trwało bardzo krótko...
I to wszystko było w sierpniu?
    
Wszystko w sierpniu, tak. To było tuż nad samą Wisłą, chyba na wysokości Przyczółka Czerniakowskiego. Gdzieś tak, w tej chwili już nie potrafię powiedzieć - wiem, że to był Gocław, tak wszyscy mówili.
W każdym razie było dobrze widać drugi brzeg?
    
Tak. I potem, jak się zaczęły działania...
Bo była ofensywa na Pragę i wojska radzieckie, razem z Armią Berlinga, zdobyły Pragę 14 września...
    
Tak. I to było coś strasznego. Tam, do tego domu, przywozili rannych Niemców. Do tego naszego mieszkania, potem do tej naszej piwnicy. I to było dla mnie straszne. Pamiętam, że ci Niemcy tak strasznie płakali, jęczeli, wołali Boga, matkę - [na ile] mogłam zrozumieć - że ja po prostu nie mogłam tego znieść. I tak mi było strasznie ich szkoda, i tak sobie myślałam: "Boże, oni mi tatę rozstrzelali, a ja jestem taka podła i jest mi ich szkoda". Nie mogłam tego znieść i matka ze mną wyszła w nocy, bo ja już nie mogłam wytrzymać. A tam [na] całym podwórku były powykopywane takie jakby schrony i tam stali żołnierze, w hełmach... Takie okopy. I oni stali w hełmach - tak że nie było nawet gdzie się ruszyć, nie mówiąc już o tym, że wszystko się waliło [i] kule świstały. Przeżywałyśmy tam straszne rzeczy. Potem, pamiętam, że siedzimy w piwnicy, wpada Rosjanin. Ale trudno powiedzieć, że to był żołnierz - to był dzieciak. Może miał te 18 lat, ale wyglądał na dużo mniej. I pamiętam jak dziś, jak on zawołał czy Niemców nie ma. Ale przecież jakby tam byli Niemcy - bo byli, przed chwilą, byli obok - to przecież on by od razu zginął! A on tak wpadł do tej piwnicy... My się wszyscy bardzo ucieszyliśmy, wydawało nam się, że to już będzie koniec... Ale to nie był koniec.
A czy Niemcy zdążyli zabrać tych swoich rannych?   
    
Niemcy tych rannych, co byli u nas w piwnicy, zabrali. Ale wszyscy Niemcy nie zdołali uciec. A niestety Rosjanie ich od razu na podwórku rozstrzeliwali.
Wszystkich złapanych rozstrzeliwali? Na oczach mieszkańców?
    
Tak. Oczywiście. Bo wszyscy nie zdążyli [uciec]. Widocznie Niemcy zostawili jakichś. Oni się poddawali, rzucali, podnosili ręce - to wszystko też widziałam.
      Później byli jeszcze ci nasi żołnierze ze Wschodu, z Armii Berlinga. I oni też usiłowali przedostać się przez Wisłę. I znowu wypływało ich tam dużo, wracało - trochę...
     I znowu było pełno rannych w piwnicach i w tym naszym domu. Jak się zrobiło już trochę spokojniej, jakiegoś dnia, jak już troszkę ucichło to strzelanie, chyba ucichło już i w Warszawie, po tamtej stronie też...
Już skończyło się Powstanie i skończyły się w związku z tym przeprawy przez Wisłę.
    
Jak już ucichło to wszystko, to my z mamą postanowiłyśmy wracać. I na piechotę - tam jest pewnie z 10 kilometrów - przez pola, przez jakieś kartofliska... Kule leciały, strzelali, to myśmy kładły się w tych redlinach, [w] tych kartofliskach, i jak ucichło, to znowu się podnosiłyśmy, i znowu... Matka nigdy się ze mną nie rozstawała. Tam ludzie nawet mówili: "Niech pani idzie sama, niech ona zostanie z nami, pani zobaczy, co tam [się dzieje] i pani po nią wróci", ale moja matka nie [chciała].
Zawsze byłyście razem?
       
Zawsze. I wróciłyśmy do domu. Dom był pusty. Znaczy - on nie był pusty, bo tam już stacjonowali jacyś Rosjanie...
Czyli w tym domu stacjonowali żołnierze?
      
Tak, ale nie w naszym mieszkanku, bo było dość małe, tylko na pierwszym piętrze w takim dużym [mieszkaniu]. Ale w naszym mieszkaniu już nie było nic. Nie było kompletnie nic - ani łyżki, ani talerza... Wszystko było zabrane. Wszystko - ani kołdry, ani poduszki, nic, kompletnie nic. Całą wojnę nie cierpiałam głodu, bo zawsze mama i dobrzy ludzie jakoś pomogli, [a] dopiero wtedy zobaczyłyśmy, że jesteśmy potwornie głodne, że nie mamy nic do jedzenia. Pamiętam, że chodziłam po kuchni, szukałam w kredensie, w szufladach, czy nie ma jakichś okruszek z chleba. Ale później zaczęli znowu przybywać ludzie...
A czy jakakolwiek pamiątka ocalała w tym domu?
      
Na podłodze, podeptane, znalazłyśmy fotografie naszych rodziców od ślubu. Trochę jakichś fotografii. A tak to nic.
I te fotografie są do dzisiaj?
      
Tak, takie podeptane, z tamtych czasów.
     Stacjonowali ci żołnierze, zachowywali się już szkoda mówić jak. Jak jakaś dzicz. Tam była łazienka, ale oni się tam nie załatwiali - co prawda pewnie wody nie było, bo to wszystko było poniszczone - oni się normalnie załatwiali w pokojach. To było coś potwornego. Ja się po prostu tych ludzi bałam. Oni pili ciągle, hałaśliwi byli tacy. [A] my byłyśmy przecież same...
A jak się zachowywali w stosunku do ludności miejscowej? Nie było poważniejszych incydentów?
     
Był jeden poważny incydent. Ten syn folksdojcza dowiedział się od kogoś, gdzie my jesteśmy, gdzie mieszkamy, i przyszedł do nas. Przyszedł wystraszony taki, jak jakieś zwierzę. I pamiętam, że matka mu dała coś do jedzenia. I wtedy oni wpadli - i go zabrali... I go rozstrzelali. Tego dzieciaka.
Ktoś doniósł na niego wcześniej, tak?
     
Tak podejrzewam, bo skąd by było wiadomo, że on przyszedł do nas? A on czuł, że jak my mieszkałyśmy u jego ojca... [że] może mu jakoś pomożemy. Matka też nie miała sumienia powiedzieć "Wynoś się". Dobrze, że nam za to nic nie zrobili złego. Za tego Niemca. Bo oni mówili, że to Niemiec...
A mama zetknęła się też z żołnierzami z Armii Berlinga?
    
Tak. Później w tym domu już nie było tych żołnierzy radzieckich, tylko polscy. I wśród tych polskich żołnierzy była grupa żołnierzy z Armii Krajowej. Oni byli inaczej ubrani, nie nosili przy sobie broni, nie mieli broni. Chyba pamiętam dobrze, że byli w takich szarych mundurach. No i to byli w ogóle inni ludzie. I oni nam, to znaczy matce i mnie, trochę pomagali. Jakieś drzewo, przecież nie było opału... Nie było niczego. [A] już się zaczęła zbliżać zima, przecież to była już późna jesień, trzeba było sobie coś zorganizować. I oni nam troszkę właśnie [pomagali]. Pamiętam też, jak oni byli bardzo źle traktowani przez tych Rosjan. A pewnego dnia już ich nie było. Nie wiem, co się z nimi stało...
     Była ciężka zima, w mieszkaniu nic nie było - ale byli wokół dobrzy ludzie, którzy, jak ktoś miał więcej talerzy czy łyżek, jakąś kołdrę czy pierzynę, to nam przyniósł, matka mu za to coś uszyła... I w ten sposób dorobiłyśmy się jakichś ubrań, jakichś rzeczy - za tę matki pracę. Ale pamiętam, że ludzie mnie też dokarmiali. Właśnie ta rodzina, co miała czworo dzieci, to pamiętam, że gotowali zupę [i] to mi tak strasznie smakowało...
     Pamiętam, [że] oni gotowali jakiś krupnik z olejem, teraz sobie w ogóle nie wyobrażam, że mogłabym coś takiego jeść, a to było tak pyszne wtedy... Nie było po prostu produktów, nie było skąd wziąć. Potem dopiero, po jakimś czasie, jak bazary były, ale to przecież nie od razu.
A kiedy mama wróciła do szkoły? Bo w czasie okupacji mama chodziła do szkoły do zakonnic...
    
Tak, chodziłam do szkoły do sióstr Felicjanek w Wawrze. Chodziłam do drugiej klasy, jeszcze jak tata żył. Poszłam trochę wcześniej do szkoły i byłam już w drugiej klasie. Tata mnie od razu posłał tam do sióstr, bo bardzo dbał o to, żebym była dobrze wychowana. I [znowu] poszłam do tych sióstr. Jak tylko troszkę się uspokoiło, jak już Rosjanie byli w prawobrzeżnej Warszawie, to siostry zaczęły prowadzić lekcje. Chodziły tam głównie dzieci, które [mieszkały] w pobliżu klasztoru, ale ja niestety miałam dość daleko. Matka nie zawsze mogła mnie odprowadzać, bo przecież musiała zarabiać, więc [chodziłam] sama; to jest jakieś półtora kilometra. Ale to nie były spokojne czasy, jednak Niemcy jeszcze strzelali zza Wisły. I czasem się tak zdarzało, że mnie zastawała jakaś bitwa, jakieś strzelanie. Szłam przez pola, wtedy to jeszcze nie było wszędzie zabudowane. Matka się wtedy okropnie denerwowała. Siostry mnie czasami nie puszczały [ze szkoły], jak się zaczynała jakaś strzelanina... I zostawałam u sióstr - ale matka nie wiedziała czy ja już wyszłam, czy nie, więc rozpaczała, strasznie się denerwowała, okropnie.
     Pamiętam, że wtedy dzieci nosiły takie dość szerokie spodnie, to się nazywało pumpy. Ponieważ było zimno, to [chodziłam] w tych spodniach. [Jak była strzelanina,] to się kładłam - oczywiście wiedziałam (jak z matką wracałam z tego wysiedlenia, to wiedziałam), że trzeba się kłaść, jak strzelają. Więc kładłam się i leżałam, ale odłamki mi całe te spodnie [podziurawiły]. Ale nic mi się nie stało, nie byłam w ogóle ranna...
     Ale do szkoły chciałam chodzić, bo siedzenie w domu było okropne. Okropne wspomnienia, okropne to wszystko, co się przypominało człowiekowi - to wolałam chodzić do szkoły...
     Jak się wojna skończyła, to zaraz, jak była możliwość (bo przecież było bardzo trudno, nie było komunikacji, nie było jak się dostać), pojechałyśmy - na wiosnę, może w maju, może jak już było cieplej - pojechałyśmy z mamą do Warszawy. Może to było nawet później, w lecie... I poszłyśmy zobaczyć tę Warszawę - i to też było straszne wspomnienie. Na Starym Mieście były takie jakby góry, chodziło się takimi ścieżkami...
Góry gruzów...
     
Tak. Takimi ścieżkami się chodziło, jak w jakichś niskich górach. Straszne to było.
Czyli nikt sobie nie zdawał sprawy, że aż do tego stopnia miasto zostało zniszczone?
     
Nie. Mimo że przeżyłyśmy swoje, to nie zdawałyśmy [sobie z tego sprawy]. Ale pamiętam właśnie to, że wyglądałam w stronę Warszawy i sobie wyobrażałam, że to musi być piekło straszne. A później to już to piekło było całkiem blisko.
A jak w późniejszym okresie przeżycia wojenne odbiły się na psychice?
    
O, bardzo. Odbiły się na psychice tak, że dostawałam w nocy jakichś drgawek. Najpierw lekarze podejrzewali padaczkę. Ale to się działo tylko w nocy, w dzień nigdy się mi to nie przytrafiało. Widocznie w nocy te wspomnienia, to wszystko...
Czyli jakieś koszmarne sny?
    
Tak. I dochodziło do jakichś drgawek. Matka była przerażona i potem, żeby mnie chronić od tego wszystkiego, od tych przeżyć, to już nie jeździłyśmy do Otwocka w ogóle. Tak, jakby nie było tych strasznych rzeczy. Bo matka podejrzewała - i tak było - że ja przecież całe dzieciństwo, to płakałam w nocy, w poduszkę, tak, żeby matka nie wiedziała, [bo] ja strasznie tęskniłam za tatą. Okropnie. I widocznie organizm już tego wszystkiego nie mógł znieść. Potem mieszkała u nas taka pani, która została wysiedlona ze swojego majątku; miała w Żerzniu majątek i letni dom w Śródborowie. I ona zobaczyła, co się dzieje, lekarze też byli właściwie bezradni, nie wiedzieli, co ze mną robić, zresztą nie było przecież leków. I ta pani zaproponowała mamie, że mnie weźmie do Śródborowa, wśród lasów - [że] tam tak jest cicho, spokojnie, że dalej od Warszawy, to ja trochę się uspokoję. Ale tam jednak nie byłam długo, bo tęskniłam za matką, bałam się być sama... Strasznie bałam się być sama. Znowu wróciłam.
A jak długo trwały te senne koszmary?
    
Chyba do dziesiątego roku życia. Ze dwa lata. Bardzo długo. I potem pamiętam, że jakieś zioła uspakajające lekarze przepisywali... No ale dobrze się uczyłam... I to potem przeszło, z czasem...
A na przykład reakcje na samoloty, na jakieś wybuchy, salwę honorową?
     
O straszne! To było coś tak potwornego, że nie mogłam tego wytrzymać! Na przykład potwornie się bałam burzy - i nie tego, że piorun, tylko tego huku tak strasznie się bałam, że jak się zbliżała burza, to właziłam w ciemny kąt. Tak, jak psy się boją wybuchów sylwestrowych, to ja tak się potwornie bałam każdego huku, [każdego] głośniejszego uderzenia. Strasznie to długo trwało, okropnie długo. Potem z czasem wszystko jakoś się uspokoiło.
     Pierwszy raz pojechałam do Niemiec jak już byłam dorosła; z mężem, do NRD. I jak zobaczyłam Niemca, taki z ochrony kolei chyba... na peronie, stojącego w rozkroku, bo oni mają taką postawę... Jak [go] zobaczyłam, to myślałam, że się rozchoruję. Tak się strasznie zdenerwowałam na sam widok tego Niemca...
Wspomnienia wojenne od razu wróciły?
    
Tak. Ten widok mnie potwornie zdenerwował. No ale już byłam wtedy dorosła...
    Pamiętam jeszcze, że jak byłam w szkole średniej, zaczęłam czytać Dobraczyńskiego i przeczytałam Najeźdźców. Bardzo mi się ta książka podobała. I też sobie strasznie wyrzucałam - że jak może mi się podobać, [jak] mogą mi się podobać tacy Niemcy. Miałam do siebie okropną pretensję - jak ja mogę, przecież ja powinnam ich nienawidzić! Ale z czasem to już nie było tego, żebym ja tak strasznie ich nienawidziła.
Czyli czas goi rany...
    
Goi.
Ale nie do końca...
     
Zrozumiałam, że są pewnie różni ludzie...
Nie można czuć nienawiści do całego narodu...
    
Tak. Że i Niemcy są tez różni... Z czasem to zrozumiałam. Jako dziecku było mi trudno... Tym niemniej tych rannych Niemców żałowałam...

 

 Wstecz...


Lila Olszewska, Pierwsza Komunia, Warszawa 1943
Lila Olszewska, Pierwsza Komunia, Warszawa 1943
Lila Olszewska, Warszawa 1943
Lila Olszewska, Warszawa 1943
Lila Olszewska, Warszawa, lato 1943
Lila Olszewska, Warszawa, lato 1943
Zymunt Olszewski, ojciec Lili (zdjęcie znalezione na podłodze rozkradzionego domu po powrocie z tułaczki i zajęciu przez Armię Czerwoną Pragi, jesień 1944)
Zymunt Olszewski, ojciec Lili (zdjęcie znalezione [...]
Łucja i Zygmunt Olszewscy, rodzice Lili (zdjęcie znalezione na podłodze rozkradzionego domu po powrocie z tułaczki i zajęciu przez Armię Czerwoną Pragi, jesień 1944)
Łucja i Zygmunt Olszewscy, rodzice Lili (zdjęcie [...]

Galeria fotografii

Wywiad z Idalią Olszewską Klemińską
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten