Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Idalii Olszewskiej-Klemińskiej


foto

     Jak tylko troszkę się uspokoiło, jak już Rosjanie byli w prawobrzeżnej Warszawie, to siostry zaczęły prowadzić lekcje. Chodziły tam głównie dzieci, które [mieszkały] w pobliżu klasztoru, ale ja niestety miałam dość daleko. Matka nie zawsze mogła mnie odprowadzać, bo przecież musiała zarabiać, więc [chodziłam] sama; to jest jakieś półtora kilometra. Ale to nie były spokojne czasy, jednak Niemcy jeszcze strzelali zza Wisły. I czasem się tak zdarzało, że mnie zastawała jakaś bitwa, jakieś strzelanie. Szłam przez pola, wtedy to jeszcze nie było wszędzie zabudowane. Matka się wtedy okropnie denerwowała. Siostry mnie czasami nie puszczały [ze szkoły], jak się zaczynała jakaś strzelanina... I zostawałam u sióstr - ale matka nie wiedziała czy ja już wyszłam, czy nie, więc rozpaczała, strasznie się denerwowała, okropnie.
    Pamiętam, że wtedy dzieci nosiły takie dość szerokie spodnie, to się nazywało pumpy. Ponieważ było zimno, to [chodziłam] w tych spodniach. [Jak była strzelanina,] to się kładłam - oczywiście wiedziałam (jak z matką wracałam z tego wysiedlenia, to wiedziałam), że trzeba się kłaść, jak strzelają. Więc kładłam się i leżałam, ale odłamki mi całe te spodnie [podziurawiły]. Ale nic mi się nie stało, nie byłam w ogóle ranna...
     Ale do szkoły chciałam chodzić, bo siedzenie w domu było okropne. Okropne wspomnienia, okropne to wszystko, co się przypominało człowiekowi - to wolałam chodzić do szkoły...
     Jak się wojna skończyła, to zaraz, jak była możliwość (bo przecież było bardzo trudno, nie było komunikacji, nie było jak się dostać), pojechałyśmy - na wiosnę, może w maju, może jak już było cieplej - pojechałyśmy z mamą do Warszawy. Może to było nawet później, w lecie... I poszłyśmy zobaczyć tę Warszawę - i to też było straszne wspomnienie. Na Starym Mieście były takie jakby góry, chodziło się takimi ścieżkami...
Góry gruzów...
    
Tak. Takimi ścieżkami się chodziło, jak w jakichś niskich górach. Straszne to było.
Czyli nikt sobie nie zdawał sprawy, że aż do tego stopnia miasto zostało zniszczone?
    
Nie. Mimo że przeżyłyśmy swoje, to nie zdawałyśmy [sobie z tego sprawy]. Ale pamiętam właśnie to, że wyglądałam w stronę Warszawy i sobie wyobrażałam, że to musi być piekło straszne. A później to już to piekło było całkiem blisko.
A jak w późniejszym okresie przeżycia wojenne odbiły się na psychice?
    
O, bardzo. Odbiły się na psychice tak, że dostawałam w nocy jakichś drgawek. Najpierw lekarze podejrzewali padaczkę. Ale to się działo tylko w nocy, w dzień nigdy się mi to nie przytrafiało. Widocznie w nocy te wspomnienia, to wszystko...
Czyli jakieś koszmarne sny?
    
Tak. I dochodziło do jakichś drgawek. Matka była przerażona i potem, żeby mnie chronić od tego wszystkiego, od tych przeżyć, to już nie jeździłyśmy do Otwocka w ogóle. Tak, jakby nie było tych strasznych rzeczy. Bo matka podejrzewała - i tak było - że ja przecież całe dzieciństwo, to płakałam w nocy, w poduszkę, tak, żeby matka nie wiedziała, [bo] ja strasznie tęskniłam za tatą. Okropnie. I widocznie organizm już tego wszystkiego nie mógł znieść. Potem mieszkała u nas taka pani, która została wysiedlona ze swojego majątku; miała w Żerzniu majątek i letni dom w Śródborowie. I ona zobaczyła, co się dzieje, lekarze też byli właściwie bezradni, nie wiedzieli, co ze mną robić, zresztą nie było przecież leków. I ta pani zaproponowała mamie, że mnie weźmie do Śródborowa, wśród lasów - [że] tam tak jest cicho, spokojnie, że dalej od Warszawy, to ja trochę się uspokoję. Ale tam jednak nie byłam długo, bo tęskniłam za matką, bałam się być sama... Strasznie bałam się być sama. Znowu wróciłam.
A jak długo trwały te senne koszmary?
    
Chyba do dziesiątego roku życia. Ze dwa lata. Bardzo długo. I potem pamiętam, że jakieś zioła uspakajające lekarze przepisywali... No ale dobrze się uczyłam... I to potem przeszło, z czasem...
A na przykład reakcje na samoloty, na jakieś wybuchy, salwę honorową?
    
O straszne! To było coś tak potwornego, że nie mogłam tego wytrzymać! Na przykład potwornie się bałam burzy - i nie tego, że piorun, tylko tego huku tak strasznie się bałam, że jak się zbliżała burza, to właziłam w ciemny kąt. Tak, jak psy się boją wybuchów sylwestrowych, to ja tak się potwornie bałam każdego huku, [każdego] głośniejszego uderzenia. Strasznie to długo trwało, okropnie długo. Potem z czasem wszystko jakoś się uspokoiło.
     Pierwszy raz pojechałam do Niemiec jak już byłam dorosła; z mężem, do NRD. I jak zobaczyłam Niemca, taki z ochrony kolei chyba... na peronie, stojącego w rozkroku, bo oni mają taką postawę... Jak [go] zobaczyłam, to myślałam, że się rozchoruję. Tak się strasznie zdenerwowałam na sam widok tego Niemca...
Wspomnienia wojenne od razu wróciły?
      
Tak. Ten widok mnie potwornie zdenerwował. No ale już byłam wtedy dorosła...
     Pamiętam jeszcze, że jak byłam w szkole średniej, zaczęłam czytać Dobraczyńskiego i przeczytałam Najeźdźców. Bardzo mi się ta książka podobała. I też sobie strasznie wyrzucałam - że jak może mi się podobać, [jak] mogą mi się podobać tacy Niemcy. Miałam do siebie okropną pretensję - jak ja mogę, przecież ja powinnam ich nienawidzić! Ale z czasem to już nie było tego, żebym ja tak strasznie ich nienawidziła.
Czyli czas goi rany...
    
Goi.
Ale nie do końca...
    
Zrozumiałam, że są pewnie różni ludzie...
Nie można czuć nienawiści do całego narodu...
    
Tak. Że i Niemcy są tez różni... Z czasem to zrozumiałam. Jako dziecku było mi trudno... Tym niemniej tych rannych Niemców żałowałam...

 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten