Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Kołodziejskiej-Jedynak


foto

     (...) i tak do tego nieszczęsnego Zieleniaka doszliśmy z tym wiaderkiem. I okazuje się, że ona postąpiła szalenie słusznie, bo te cukierki ratowały, od śmierci głodowej to za dużo powiedziane, bo to było kilka dni, myśmy tam byli około tygodnia, ale po prostu od głodu ratowały dzieci sąsiadów. Bo moja mama ustaliła przydział, po ile tych cukierków, i rozdawała dzieciom, które się gromadziły koło niej. To jest takie anegdotyczne, ale do śmiechu nie było.
     Byłam sama świadkiem dwóch wypadków. Nie pamiętam nazwiska tej pani, ale ona mieszkała w tych wspomnianych przeze mnie "blokach bankowych" - i ona miała na ręku pierścionek; bardzo nieostrożnie, dlatego że któryś z tej bandy zwrócił uwagę, dopadł do niej i usiłował jej ściągnąć ten pierścionek. Ale ponieważ nie dało się ściągnąć - bo prawdopodobnie miała napuchnięte dłonie - to na moich oczach jej obciął palec. To jest jedna sprawa. A druga: jedna z naszych sąsiadek, mieszkająca nad nami, piętro wyżej, osoba bezdzietna, była zatrudniona w Monopolu Tytoniowym (Monopol Tytoniowy był na Kaliskiej i praca tam była przedmiotem marzeń niektórych kobiet, dlatego że to była praca bardzo czysta, świetnie płatna, i w miarę stała), więc na tle reszty lokatorów dość nieźle im się powodziło. I oni chyba gromadzili te oszczędności - już w czasie okupacji, ponieważ wtedy też tam była zatrudniona - i mieli masę złota. Naprzeciwko domu były wybudowane dwa rzędy komórek, bo jak wspomniałam ten dom był niepodpiwniczony, a gdzieś trzeba było trzymać swoje rzeczy - bo strych był, ale był poświęcony na suszenie bielizny i tak dalej. Nie pamiętam już, czy ona to złoto zakopała w swojej komórce - możliwe, że w swojej komórce, bo nie sądzę, żeby na drodze między tymi komórkami. Zakopała to złoto pewnie na tyle płytko, że się wymknęła jak nas wypędzali, i popędziła tam. Ale była pilnie obserwowana. I oni poczekali aż wykopie, wykopała - i zastrzelili ją po prostu. Któryś z tych pseudo żołnierzy ją zastrzelił.
     Cała nasza trasa była taka - ulicą Częstochowską do Grójeckiej i następnie Grójecką kazali nam skręcić w prawo. Też żeśmy nie za bardzo wiedzieli gdzie, bo jeszcze nam do głowy nie przychodziło, że może jeszcze będziemy mieli przed sobą etap Pruszkowa. I popędzili nas na ten otwarty plac. Ponieważ to był początek sierpnia, to ten plac nie był jeszcze tak zapełniony...
I co, wszyscy koczowali na gołej ziemi?
    
No, goła ziemia, była, jak najbardziej. Dzień był bardzo gorący, bo Powstanie wybuchło w dzień, który był słoneczny - to pamiętam dokładnie - ale następnego dnia padał deszcz, bo wiem, że mama się strasznie zapłakiwała i zamartwiała, że mój brat nie wziął swetra. I były chyba dwa dni takie chłodniejsze, ale później nastąpiła straszna spiekota. To znaczy tak, jak w Polsce bywa, wieczory i noce - szczególnie, jak ktoś jest słabo ubrany - były chłodne, ale dzień był okropnie gorący. I była goła ziemia.
     I co z domu zdołaliśmy wynieść - ja zdołałam wyjść w takiej sukience letniej z kamizelką wełnianą, ale ta kamizelka chyba nie była potrzebna ze względu na aurę, tylko po prostu ja akurat ją robiłam na drutach i zdaje mi się, że przymierzyłam i tak została na mnie. Ale całe szczęście, bo coś miałam w charakterze swetra. Natomiast mama przytomnie zabrała odzież jesienno-zimową, krótko mówiąc - palta, ale nie zabrała żadnych moich butów, co się później odcisnęło strasznym piętnem na całym moim dalszym pobycie, ponieważ praktycznie prawie do grudnia byłam boso. Bo sandałki, jakie miałam na nogach, zdarły się kompletnie i nie za bardzo miałam w czym chodzić. I tą odzież rozkładała mama na ziemi i myśmy się na tym ciasno układali - rodzice po bokach, my z siostrą w środku.
     Na terenie Zieleniaka panował tzw. dryl niemiecki - nazwijmy to pruski (kiedyś u nas się tak mówiło: "dryl pruski") - to znaczy wszyscy byli ułożeni w takich bardzo równych rzędach. Plac nie był wypełniony, bo to był początek sierpnia, więc można się było jeszcze po nim poruszać - bo później już te tłumy tam wchodziły i poruszanie się było ciężkie - ale roznosiło też się echo okropne. Dlaczego mówię echo - bo ze szkoły mojej, o której wspomniałam, rozlegały się straszne krzyki. Na targu, na Zieleniaku, to ci żołnierze, którzy nas wypędzali, już nie mieli wiele do powiedzenia, bo była obsługa niemiecka, ale oni mieli ten przywilej, że mogli sobie wybierać dziewczęta do tak zwanej uciechy - i tam gwałcono te dziewczęta. To było coś strasznego. W związku z tym mój ojciec wpadł na pomysł - kłopot był z moją siostrą, bo ona miała siedemnaście lat. Ja miałam trzynaście, ale ona dodatkowo była trochę "postrzelona" i trudna do ujęcia w karby. W związku z tym ojciec się dwoił i troił, i wpadł na pomysł - a mama była młodą kobietą, bo to był rok czterdziesty czwarty, więc ona miała czterdzieści lat - i myśmy wszystkie trzy były robione na takie babuszki. Smarował nas popiołem - rozrobionym wodą, żeby to było ciemniejsze - smarował nam twarze, nawet takie artystyczne robił zmarszczki, żebyśmy wyglądały na dużo starsze. Uważam, że mieliśmy dużo szczęścia, dlatego że nam się z tej strony nic nie stało.
     Wydaje mi się, że tam byliśmy około tygodnia - może trochę krócej, ale chyba około tygodnia.
     Wody w ogóle nie było. Woda była dowożona, tak mi się wydaje, w jakichś zbiornikach i rozdzielana, ale w tym strasznym tłumie, to proszę sobie wyobrazić. To było straszne.       
     Pamiętam taką rzecz, która odcisnęła się piętnem na całym moim życiu. Obok nas siedziała nasza sąsiadka, której córka niedawno urodziła dziecko. Ta córka pojechała do lekarza czy gdzieś, już nie pamiętam i nie zdążyła wrócić do domu. I ta babka została z maleńkim niemowlęciem. Niemowlę miało może trzy tygodnie - w każdym bądź razie osesek, bo to nawet nie niemowlę, tylko taki świeżo urodzony. No i można było temu dziecku dać, bo nawet to ta babka dawała - mama w taką szmatkę w miarę czystą owijała jeden z tych cukierków, które moja "postrzelona" siostra uratowała, i to dziecko ssało, bo mleka nie było. No ale caluteńki czas kwiliło, cały czas. Takie dziecko musi mieć wodę, musi mieć picie - bo ono było odwodnione. I na śmierć tego dziecka patrzyliśmy niestety wszyscy. Bo ruszyć się nie można było - kto raz już zajął miejsce, to nie wolno mu się było ruszyć z tego miejsca. I to było okropne. Już tyle lat minęło, [a] ja ciągle pamiętam tę babkę, która tuli to dziecko do piersi - bo ono chciało się do jakiegoś ciepła przytulić. I umierało na naszych oczach...
     Z takiej aprowizacyjnej tematyki - poszła taka pogłoska, że za murem padł koń czy go zastrzelili; pewnie raczej zastrzelili, w tym całym bałaganie. I były pertraktacje z tą obsługą niemiecką, żeby można było go zabrać. Ten koń już był trochę nadszarpnięty, bo podobno, jak ojciec opowiadał, to trochę czuć go było, bo on się już chyba zaczął rozkładać. Chyba wypuścili jakąś gromadę ludzi, bo ten koń był rozszarpywany. Mój ojciec nic nie przyniósł, dlatego że wychodził z założenia, że dopóki nie jesteśmy głodni w ten sposób, że zagraża to naszemu życiu, to takich niepewnych rzeczy raczej należy unikać.
     Najgorzej było z wodą. Woda była w jakimś punkcie, ale chodził po nią głównie mój ojciec. Z tym że tej wody to on dostawał może jakiś garnuszek. Nie mówiąc o tym, że ja dokładnie nie pamiętam czy on miał w ogóle jakiś garnuszek, czy filiżankę, cokolwiek. Ale chyba nie miał. Nie mam zielonego pojęcia, w co on tam nabierał.
     No tutaj nas przetrzymali. Straszną rzeczą było, kiedy - mniej więcej po dwóch dniach - na Rakowcu (czyli z tyłu tego Zieleniaka, w stronę Okęcia) gdzieś pośrodku umieścili taką broń rakietową, myśmy to nazywali "krowy". Podobne trochę pewnie do rosyjskich katiusz.
     Prawda? One chyba na tych samych zasadach były skonstruowane. I to było okropne, dlatego że z tego Rakowca było bombardowane Śródmieście, czyli wysyłane były te pociski. To jest nie do opisania, dlatego że to było rzeczywiście wycie takiej wściekłej krowy. Najlepsze były noce, tylko były chłodne. Bo w nocy to nie przypominam sobie, żeby bombardowali. Myślę, że technika nie była jeszcze na tym poziomie, żeby bombardować w nocy, przecież nie było ani noktowizorów ani nic, tak mi się wydaje...
     Więc noce były względnie spokojne, z tym, że były zimne, bo myśmy byli przecież bez ciepłego ubrania. Więc znowu było to owijanie i tak dalej. Byliśmy brudni nieziemsko, bo o myciu to nikt nie myślał, tylko o tym, żeby jakiś łyk wody zdobyć.
     I zapamiętałam jedną rzecz - ale nie chciałabym być gołosłowna, to może zdoła ktoś sprawdzić - na początku naszego pobytu, to chyba było w formie groźby...
     Myśmy byli w piątym rzędzie. Jeżeli potrafi pan sobie wyobrazić, jak przebiega ulica Grójecka, z tyłu jest ta szkoła, to czoło - tam, gdzie stali niemieccy żołnierze i oficerowie - było właśnie od strony Grójeckiej, a my, licząc od strony Grójeckiej, byliśmy w piątym rzędzie. Rzędy były bardzo dokładnie, z dokładnością niemiecką, wytyczone. Później ścieśniali troszeczkę, bo nie mogli zmieścić, przecież tam kupę ludzi było.
     I ja pamiętam taką rzecz, dlaczego to zapamiętałam - bo pamiętam, że strasznie łkałam i płakałam, i krzyczałam bluźniercze słowa, mama też to zapamiętała. Do końca życia mi zostało takie sceptyczne podejście do spraw, o których nas uczono w Kościele (bo wychowałam się w rodzinie katolickiej). Wystąpił oficer - ale nie będę mówiła, który to był, bo nie chciałabym sięgać do jakichś źródeł historycznych, a byłam za mała, żeby zapamiętać - i przez takie szczekaczki, takie megafony-tuby, ogłoszono nam, że na Ochocie w wyniku działań bandytów, jak to nazwano, naszych żołnierzy z AK i ludności cywilnej, zginęło ileś tam (w tysiącach to określali) Niemców, i sojuszników, dodali, i w związku z tym tylu powinno zginąć Polaków. I pamiętam, że strasznie krzyczałam i tuliłam się do matki, i krzyczałam, że ja nie chcę umierać i że w ogóle nie ma żadnego Boga, ja w to nie wierzę. To było okropne przeżycie. Ale trudno mi określić dokładnie, jak to się odbywało. W każdym bądź razie z całą pewnością jakąś mowę tego typu do nas wygłoszono. Możliwe, że wyolbrzymiam, że powiedziano, że kilka tysięcy...
     Musiał to być jakiejś wysokiej rangi oficer, bo był bardzo elegancki. No więc to wyryło się w mojej pamięci okropnie.
     Na tym Zieleniaku, trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście, bo żadnej z nas nie zgwałcili i przeżyliśmy to. O głodzie i chłodzie, to prawda, ale żeśmy przeżyli. I któregoś pięknego dnia zaczęli nas pędzić, żeby się zbierać. Więc znowu w te węzełki, bo mowy nie było o żadnych walizkach, tylko w takich węzłach była powiązana odzież i co tam matka zdołała uratować. Bo co zdołała uratować, to później powiem, to jest może humorystyczne, ale to nam też raz -  nie tyle, że uratowało życie, ale przynajmniej byliśmy trochę najedzeni. Wypędzili nas i popędzili nas trasą: ulica Opaczewska, do Szczęśliwickiej - teraz to wszystko inaczej wygląda - i później przez pola do Dworca Zachodniego. I mnie się wydaje, że do tego Pruszkowa nie pędzili nas pieszo, ale może się mylę. To w ogóle umknęło mojej uwadze, dlatego że cały szereg rzeczy wypierałam z pamięci tuż po wojnie. Do Pruszkowa znowu nie jest aż tak daleko, ale całkiem niewykluczone, że nas załadowali do bydlęcych wagonów i przywieźli, bo to przecież była straszna gromada ludzi.
     Ja zupełnie tego nie pamiętam. Bo później całą podróż do Wrocławia doskonale pamiętam. A tu nie.
Natomiast zapamiętała pani pewnie moment dotarcia do Pruszkowa i jak w tym Pruszkowie było.
    
To było po południu, ale następnego dnia rano nas już wywożono. Bo taka pierwsza selekcja, była z cała pewnością w Pruszkowie. Ponieważ w tym domu, w którym mieszkałam, mieszkały także siostry mojej mamy (bo oni wszyscy mieszkali w jednorodzinnym domku na ulicy Przyokopowej) i moja babcia też - i ona się jakoś odłączyła. Nie pamiętam już jak to się stało - czy poszła wspomagać jakąś sąsiadkę, czy co - ale ona później przez Wrocław przeszła. I następnego dnia rano zapędzono nas do wagonów bydlęcych i do Wrocławia jechaliśmy chyba około trzech dni.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten