Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Kołodziejskiej-Jedynak


foto

     Dowieziono nas do Wrocławia - pięknego miasta, to wszyscy mogą potwierdzić, i ci z Niemców, którzy tam mieszkali poprzednio, i Polacy - no i tam przeżyłam szok, to pamiętam dokładnie... Tych takich strasznie brudnych, wymęczonych ludzi, niedomytych, głodnych, pędzono nas, jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie - dopiero później się dowiedziałam, że na bardzo historyczne miejsce, czyli na tak zwane Psie Pole. Tam był obóz przejściowy, co zresztą w moich dokumentach jest uwidocznione. I na ulicy...
     Myśmy przeżywali przecież w czasie okupacji, ja już nie mówię niebezpieczeństwa, bo niebezpieczeństwo groziło nam dosłownie zza każdego węgła i kara śmierci była usankcjonowaną karą za wszystko, obojętne - czy jakaś drobna kradzież niemieckiemu obywatelowi (bo takie rzeczy też się pewnie zdarzały) czy kupno białej bułki z nielegalnej piekarni. Szkoda, że nie mówimy o czasach niemieckich, bo bym powiedziała, jak Polacy sobie z tym dawali radę. Ja osobiście, już w 1943 roku, chodziłam do nielegalnej piekarni na ulicę Częstochowską. Mama dawała pieniądze i kazała przynieść bułkę - i ja otwarcie ją niosłam, dlatego że to było obojętne, bo za wszystko groziła kara śmierci.
     Przeżywaliśmy też okropne upokorzenia. Ale takiego upokorzenia, jak przeżyliśmy tam we Wrocławiu, to ja nie pamiętam. Bo po obydwu stronach ulicy stały tłumy Niemców, z dziećmi, i te dzieci małe - do czego może doprowadzić system (bo różne systemy istniały na świecie), do takiego zdziczenia w wychowaniu - te dzieci wyskakiwały przed szereg i pluły na nas... Albo jakimiś zgniłymi pomidorami nas obrzucały. Pluły. I ja cały czas pamiętam, że mamę pytałam: "Mamo, ale co oni od nas chcą? Przecież to nie jest nasza wina.". Mama tylko pokrzykiwała, żeby nie dyskutować, tylko iść dalej.
     I wprowadzono nas na teren, w którym stały baraki i powiedziano, że to jest taki obóz przejściowy, co dalej z nami będzie, to jeszcze się dowiemy, bo na razie nie wiadomo.
     Czyli reasumując: nie udało nam się nigdzie wysiąść po drodze - uciec z pociągu. Chociaż strzelano, może by nam się udało, gdyby nas było mniej - ale nas była czwórka, a ojciec i matka pilnowali, żebyśmy byli razem.
A pani widziała, jak ktoś próbował uciekać?
     
No oczywiście. Widziałam. Niektórym się to udawało, ale byli też zastrzeleni. Strzelano do nich po prostu.
    Więc nie udało nam się uciec i już wiedzieliśmy, że zostaniemy gdzieś wywiezieni do Niemiec, ale gdzie - nie wiadomo. Bo na razie to był Śląsk. Ojciec się bardzo cieszył, że to jest tak blisko - bo to było blisko Polski - że nie gdzieś daleko, na przykład Westfalia czy gdzieś.
     W tym baraku nocowaliśmy tylko jedną noc, dlatego że z mety nas obsiadły wszy. Wszy, pchły i wszystko, co tylko tam było ruszające się. Więc następnego dnia rodzice podjęli decyzję, że będziemy spali na zewnątrz. Na razie to całkiem jeszcze normalnie przebiegało, bo noce nie były takie chłodne, ale końcówka była trudna. Już tak w drugiej połowie sierpnia było ciężko, bo było po prostu zimno, a myśmy mieli niedostateczną odzież. Więc wszelkie szmaty, jakie matka uratowała, to zakładałam. Dostęp do wody był jakiś - i rozpoczęło się domywanie się.
     I ja tutaj, na zdjęciu, które prezentuję w dokumentach, występuję we fryzurze obciętej osobiście przez moją mamę, która miała duże zdolności manualne, ale proszę sobie wyobrazić, że nie zabrała ze sobą nożyczek. W torbie, jaką wiozła, miała różne dziwne rzeczy - bardzo zresztą niektóre ważne, jak się później okazało - ale nie miała nożyczek. I ojciec naostrzył taki kawałek blachy, i na tym zdjęciu widać wyraźnie: warkocze mi obcięła i takie kosmyki sterczą - teraz pewnie szalenie modne, ale wtedy nie. Tym kawałkiem blachy ucięła i wymyła mi w piasku - później ogromnie ciężko było to spłukać - piaskiem i wodą wymyła mi głowę.
     I trzeba było spać na ziemi. Problem był z jedzeniem. Pierwszego dnia w ogóle nie dostaliśmy nic do jedzenia. Myśmy nie mieli żadnych zapasów, zresztą to nie były warunki po temu, żeby wynieść z domu jakiekolwiek zapasy. Rano dostawaliśmy kawę zbożową, ale w ogóle nie było w co nalać tej kawy. I ojciec, jako dobry ojciec rodziny dbał szalenie o nas, znalazł gdzieś jakieś puszki po konserwach, takie nieduże, zardzewiałe zresztą były, ale jak to w wodzie się wyszorowało, to już mieliśmy na kawę. I dostawaliśmy co drugi dzień skibeczkę chleba, taką piętkę.
     A codziennie była zupa, ale zupa była - my z siostrą mówiłyśmy, że ze ślimaków. No ślimaki to jeszcze byłoby pół biedy, ale ona była z robakami, dlatego że była z buraków pastewnych ugotowana. Nie pamiętam, żeby tam była jakakolwiek wkładka - może i jakaś wkładka mięsna była, ale do nas na pewno nie docierała.
     I na tym tle, to już opowiem jako anegdotę zupełną, bo miałam to wypominane przez całe życie do śmierci mojej mamy, która zmarła w wieku lat osiemdziesięciu dziewięciu i przy jakichkolwiek moich oporach czy skargach na cokolwiek przypominała mi - jak przypowieść biblijną zupełnie - przypominała mi tę sytuację. Otóż ojciec się zakręcił gdzieś i pomógł dźwigać kotły z tą przepyszną zupą, za co dostał cztery ziemniaki. To było całe ogromne bogactwo. Ale mama, jako sprawiedliwa osoba, powiedziała, że trzeba się podzielić, że nie będziemy sami tego przecież jedli - prawdopodobnie gdybyśmy byli dłużej, to byśmy ulegli większemu zdziczeniu, ale to jeszcze było na samym początku. I trzeba było ugotować zupę. Tylko z czego? I nastąpiła kooperacja - ktoś przyniósł zardzewiałą puszkę po "marmeladzie" czy po czymś - bo tą naszą słynną złotą puszkę zostawiliśmy na Zieleniaku niestety, a szkoda, bo by nam się przydała - przyniósł jakąś puszkę, taką kilkulitrową, i były te cztery nasze ziemniaki, i ktoś miał sól, co było też bardzo ważne. Natomiast mama miała rzecz bezcenną, jak się okazało, bo nie wiadomo, dlaczego - ludzie różne rzeczy ratują - w torbie (nie w torebce eleganckiej, tylko miała taką podróżną torbę) miała może ćwierć kilo, może trochę więcej, razowej mąki. Razowa mąka, która służy nieraz do robienia zakwasu do barszczyku. Jak ona się tam u niej znalazła, pojęcia nie mam. W każdym bądź razie te ziemniaki, bardzo drobno pokrajane - bo później dostawało się z przydziału w tych puszeczkach, nas tam było kilkoro do podziału - mama zasypała tą mąką, posoliła, ugotowała. I co mi wypominała (to też zapamiętałam na całe życie, ale nie mogłam tego ćwiczyć na mojej córce, bo ona była w innej sytuacji) - otóż ja jadłam i strasznie płakałam nad tą zupą. I ojciec mówi: "Ale czemu się mażesz?" "Bo ja, tatusiu, jeszcze nigdy w życiu nie jadłam czegoś równie pysznego i nigdy w życiu już nie będę jadła." I mama mi to przypominała, jak byłam starsza.
     Ale powstał problem - na zdjęciu, które ocaliłam, na zdjęciu mojego ojca widać, że on już był taki trochę podpuchnięty, dlatego że on z tej zupy wyławiał a to jakiś ziemniak, a to coś i oddawał nam, a sam nic nie jadł. Poza tym bardzo ciężko te kotły dźwigał. I jeszcze coś tam dostał, ale już drugi raz czterech ziemniaków nie dostał niestety.
     I któregoś dnia - może po paru dniach - przybiegł z wiadomością, żebyśmy się zbierali szybciutko, ponieważ robią nabór do chłopów niemieckich, ale tylko dla rodzin, i tyko dla tych rodzin, które mają dzieci poniżej lat czternastu. No i ja spełniałam te wymogi.
     I wtedy, już się nie rozdrabniając na resztę rodziny i nie szukając, całą czwórką żeśmy się zgłosili. I według numerów widać wyraźnie... Bo ja później składałam takie oświadczenie dla mojej siostry - ja dostałam numer 811... Następne były numery: mojego ojca, to był numer 809, moja mama dostała 812 - i drogą dedukcji doszłam do wniosku, że siostra musiała mieć 810. Bo najprawdopodobniej najpierw się zjawił ojciec, później stanęły w szeregu dzieci i na końcu była matka. Bo oni zawsze jak trzódkę nas tak zaganiali, żeby dzieci były w środku.
     I stanęliśmy. Mieliśmy sporo szczęścia, bo tę listę praktycznie już zamykano. Powiedziano nam, że można jechać do chłopów niemieckich, ale nie powiedziano, że nas rozdzielą. Liczyliśmy się z tym, tylko że matka nie liczyła się z tym, że mogą oddzielić mnie od niej, bo ja jeszcze byłam za mała - jak na zdjęciu widać: chudzina taka kompletna.
     Zapakowali nas chyba tego samego dnia do transportu do Żmigrodu; czyli teren już bardzo bliski starej granicy polskiej, bo ten Żmigród był blisko Rawicza, więc blisko Wielkopolski. I w Żmigrodzie odbył się taki trochę niesympatyczny, ale autentyczny targ. Bo Niemcy dobierali sobie, kto im tam był potrzebny.
     Moja siostra dostała się do gospodarza, który prowadził jednocześnie piwiarnię. Właśnie w tej piwiarni, raz w miesiącu, mogliśmy wydać nasze zarobione marki. I ona tam pomagała w gospodarstwie. Nie pracowała ciężko i uważam, że trafiła chyba najlepiej, dlatego że ten pan, do którego ona trafiła, to był autochton - nazywał się Zielonka, był Polakiem z pochodzenia, ożenionym z Niemką. Niemka była marudna, to prawda - miała nienormalnego syna, więc miała prawo być marudna, bo miała z tym synem kłopoty - ale specjalnie nie dokuczała mojej siostrze Zofii, tym bardziej, że Zielonka jej na to nie pozwalał.
     Mama dostała się w centrum wioski - wioska była bardzo długa, bo miała kilka kilometrów, to była taka typowa ulicówka - i mama dostała się w sam środek wioski, do pani Selmy Rose, bardzo przyzwoitej osoby, wprawdzie posiadającej synową nazistkę, i to taką z przekonania, ale mama też była pod ochroną tej pani Rose. Ciężko pracowała, to prawda - trzeba pamiętać, że myśmy byli ludźmi z miasta, którzy w takich dużych gospodarstwach nie pracowali. Dostała bardzo ciepłe pomieszczenie - ktoś może powiedzieć, że może mało eleganckie, ale ja uważam, że było bardzo przyzwoite - miała taki kąt urządzony w pomieszczeniu, gdzie parowało się ziemniaki dla świniaków i dla trzody chlewnej, bo krowy to wiadomo, że jedzą rośliny. Ale ponieważ to się odbywało na ogół w ciągu dnia, więc na noc miała bardzo ciepłe pomieszczenie. Miała dostęp do wody, mogła się umyć. Bo moja mama miała tam dużą swobodę, no i przede wszystkim - była bardzo dobrze karmiona.  
     Natomiast mnie kupił, że tak powiem: jako dodatek do ojca, człowiek, który okazuje się nie był właścicielem gospodarstwa - bardzo dużego, ale głównie składającego się z łąk, bo tam było bardzo dużo bydła - to był teść właścicielki. Ta pani, o której nie mogę nic dobrego powiedzieć - chociaż przykro mi jest ogromnie, po tylu latach to powinnam już jej dawno wybaczyć, ale uważam, że była bardzo złym człowiekiem - nazywała się Maria Rennoch, tutaj w dokumentach mam zanotowane. Gospodarstwo miało ogromne łąki nad Baryczą. A nie było gospodarza, bo był na wojnie. Teść tej pani okresowo, przyjeżdżał i przebywał tam przy obrządku najważniejszych - ale nie najcięższych, tylko takich raczej polowych - prac. Natomiast do ojca zadania należała cała reszta - bardzo ciężka praca. Tam były cztery konie, było trzydzieści krów, które ja pasłam - ale krowy to już była domena Ukrainki, Duniaszy. Bardzo dobrego człowieka, ale przeraźliwie głupiego - ona przyjechała tam na ochotnika, nie mogliśmy się nadziwić...
Zgłosiła się na roboty do Rzeszy?
    
Ona się zgłosiła, tak. I ja ją teraz rozumiem, wie pan? Trzeba pamiętać, że to była szalenie prosta kobieta, też pod buciorem odpowiedniego systemu, czyli radzieckiego. To, co robili z Ukraińcami Rosjanie, to wszyscy teraz wiemy, a poprzednio myśmy ich nie usprawiedliwiali. Może chciała kawałek świata zobaczyć? Nie mam pojęcia, jak to mogło być. To był tak dobry człowiek, że jak myśmy uciekali - bo niestety musieliśmy stamtąd po wyzwoleniu uciec - tym razem uciekaliśmy z kolei przed Rosjanami...
    W każdym razie była nas trójka obcokrajowców. Czyli ojciec, ja i Duniasza, tak ją nazywałam. Bardzo ją zresztą lubiłam. Strasznie spracowany człowiek. Ile tam było krów mlecznych, to nie pamiętam, te, które ja musiałam wykarmić na tych polach. No i ojciec wykonywał bardzo ciężką pracę - wszystko, co wymagało jakiejś ciężkiej pracy, to niestety robił tylko mój ojciec.
     Jakie tam były warunki? Warunki były przeraźliwe. To był bardzo duży dom, położony w przepięknym miejscu, na takim niedużym wzgórku, za wsią. Od wsi oddzielał go most, po drugiej stronie mostu, nad Baryczą, było piękne grodziszcze, jakieś jeszcze średniowieczne chyba. Wieś nazywała się Grünthal, obecnie nazywa się Kędzie, i tak też się wcześniej nazywała, bo miałam taką pocztówkę - nie mam pojęcia, gdzie mi zaginęła - na której była stara nazwa: Kędzie. Nie wiem (to trzeba by było zagłębić się w literaturę historyczną) czy to było w wyniku plebiscytów, jak Śląsk dzielono, czy jak - nie mam pojęcia, w jakim momencie myśmy te Kędzie utracili, natomiast mieszkało tam sporo Polaków. Tam mieszkali autochtoni, czyli Polacy. Sporo to trudno powiedzieć, ale w każdym bądź razie kilku moi rodzice tam poznali. Oni nam zresztą nawet bardzo pomogli.
     Warunki mieliśmy okropne. Dlaczego? Frau Rennoch - tak ją będę teraz nazywała, bo "pani" to uważam, że to za duży honor - miała dwie dziewczynki. Starsza, Lisa, miała wtedy chyba pięć i pół roku, a ta młodsza, Greta, była taka w granicach czterech lat z czymś, małe dziewczynki.
     Ja jeszcze wtedy nie mówiłam po niemiecku i Frau Rennoch mi oświadczyła, że mam trzy dni na nauczenie się języka niemieckiego. Trzy. Mam opanować słownictwo w takim zakresie, który umożliwi mi zrozumienie, że należy wypędzić krowy na pastwisko - jeszcze nie wiedziałam ile tych krów jest, a bałam się krów okropnie - i, oczywiście, żebym zrozumiała, że mam się zgłosić na posiłek. Jakie będą te posiłki, to też jeszcze nie wiedziałam. I rozpoczęła się nauka języka niemieckiego. Dzieci w tym wieku, nawet w moim, miałam 13 lat, mają bardzo chłonny umysł i szybko się uczą języka...
A jak wyglądała ta nauka?
    
A w ten sposób wyglądała, że dostałam jako nauczycielki te dwie małe dziewczynki, z których bardzo lubiłam tą młodszą, natomiast ta Lise była przeraźliwie złośliwa. I zadawałam pytania: "Was ist das? Was ist das?". Kolejno, na cokolwiek, i starałam się zapamiętać - bo nie miałam ani ołówka, ani papieru, więc nie można było zanotować - no i cały czas się wsłuchiwałam. Bo Duniasza, ta Ukrainka, nie mówiła po niemiecku. Wręcz przeciwnie: mi się zdaje, że Rennochowa musiała się chyba nauczyć ukraińskiego - dlatego że Duniasza do niej mówiła, do nas też, po ukraińsku i Rennochowa rozumiała. A Duniasza rozumiała tylko takie proste odzywki niemieckie.
     Mój ojciec, człowiek szalenie ambitny i nienawidzący Niemców, przez cały czas pobytu ani razu nie użył niemieckiego słowa. Ani razu. I zapowiedział, że on się nie będzie uczył, a nawet jeżeli coś zapamięta, to nie będzie używał.
     I ja się strasznie o ojca bałam, przeraźliwie. Dlaczego? Dlatego, że Niemka miała na sumieniu poprzedniego robotnika, Polaka. Nazywała go Anton, czyli Antoni. Jak plotki po wsi chodziły - bo ona w ogóle była nielubiana w całej wsi, przez Niemców też - podobno miała mu za złe, że on nie zwracał uwagi na jej wdzięki, no ale to może są plotki. W każdym bądź razie ona go wsadziła do obozu koncentracyjnego. I ja się o ojca szalenie bałam.
     Ale mój ojciec postanowił się jakoś tam zorganizować i w związku z tym ustaliliśmy, że ja, jak tylko już nabędę tutaj jakichś praw, będę chodziła wieczorem do mamy. No i co mama robiła: po pierwsze, jeżeli ja do niej trafiłam w niedzielę - bo w niedzielę to już rezygnowałam z tego wspaniałego obiadu, który robiła pani Rennochowa, która jeszcze w dodatku strasznie marnotrawiła te nędzne środki na jedzenie, bo gotowała okropnie - to wtedy pani Rose, gospodyni mojej mamy, mówiła "Ja wiem, że ta Rennochowa to cię tam głodzi ogromnie"; i ona do tego pomieszczenia mamy jeszcze coś przynosiła i ja po prostu się u niej najadałam. Błogosławię tę kobietę naprawdę do końca życia... Dodatkowo dożywiałam się w ten sposób, że mama, niestety, przeszła jeszcze na taki system, że podkradała jej jajka. I te jajka wrzucała do ziemniaków gotowanych w parniku, wyjmowała - gotowała oczywiście na twardo, nie było mowy żeby na półmiękko - i ja te jajka zanosiłam ojcu. To, co zjadłam, to w porządku, ale zanosiłam ojcu. Teraz chciałabym, żeby pan sobie wyobraził - miałam trzynaście lat, byłam wygłodzona i schorowana, bo byłam praktycznie boso. Byłam boso, bo miałam takie sandałki, które się zupełnie rozpadły, na kawałeczki, i boso byłam prawie do końca.
Była jesień i nie dostała pani żadnych butów?
    
A skąd! Ona się w ogóle nie starała. O drewniaki - nie o buty, bo ja rozumiem, że butów mogłam nie dostać - wystarał się Bürgermeister, który był tak wspaniałym człowiekiem, że jak weszli Rosjanie, to myśmy jednym murem za nim stanęli; bo on nie chciał nigdzie uciekać i nie uciekł. Ja nie mam pojęcia, co się z nim stało, powinnam była tam pojechać kiedyś i stwierdzić, bo to był bardzo dobry człowiek. Miał już dorosłe dzieci i oni z żoną chcieli mnie wykupić od tej Niemki, od Rennochowej, ale ona się nie zgodziła, bo kto by jej te krowy pasł. Bo krowy to ja wypędzałam prawie do końca listopada, a później jak nastąpił mróz, to robiłam cięższe prace w obejściu. Na przykład rżnięcie drewna, sprzątanie obornika - no też prace ponad moje siły, ale trzeba było to robić, bo nie było innej rady.
     Warunki, w jakich mieszkaliśmy trudno sobie wyobrazić. A to był bardzo zasobny dom. Ja rozumiem, że ona nie musiała darzyć nas specjalną miłością, ale widziała, jak ja jestem zmarznięta, bo nie miałam co założyć na nogi; palto miałam, tylko na nogi nie miałam co założyć. Mieliśmy taki przechodni pokój - właściwie to było zrobione z takiego korytarzyka. Duniasza, jako ta, która była pierwsza, miała na końcu tego korytarzyka (malutkiego zresztą, ja to nazywam korytarzyk, ale to było takie wąskie pomieszczenie) maleńką komórkę, ale samodzielną. Nie mieliśmy światła. W całym domu była elektryczność - w tych dwóch pomieszczeniach nie było. Widocznie z oszczędności, żebyśmy nie wypalali. Był piec, ale do pieca nie mieliśmy drewna - bo nie wolno nam było wziąć tego drewna, które było. W związku z tym taka była sytuacja, że po ścianach, które tam były, to praktycznie można było na łyżwach jeździć, bo to był jeden lód. Było strasznie zimno.
     Mama się strasznie denerwowała, jak to będzie dalej, tym bardziej, że ojciec zapadł na straszną chorobę. Z niedożywienia i z przepracowania, porobiły mu się czyraki pod pachami i na szyi - to zresztą znana sprawa wśród więźniów obozów koncentracyjnych - no okropne; i miał strasznie wysoką temperaturę. A ja dostałam zapalenia ucha. Dopóki ucho boli, to jest wszystko dobrze, o tym się przekonałam, bo to się później zakończyło bardzo ciężką operacją, w Polsce po wielu latach. Ubytek słuchu na to jedno ucho mam ogromny.
Czyli z powodu tych złych warunków nabawiła się pani zapalenia ucha i częściowo potem pani straciła słuch?
       
No tak. Bo ja mam 25% w lewym uchu, tylko tyle mam słuchu.
     No i poszłam do tego naszego kochanego - bo mogę powiedzieć - Bürgermeistra i wypłakałam mu się, że to przecież tak dalej nie da rady, bo ja jestem boso. Bo takimi szmatami owijałam nogi, a Duniasza była tak dobrym człowiekiem, że oddawała mi swoje buty jak szłam do mamy - ona nie mogła na to patrzeć, bo przecież było już zimno. I Bürgermeister załatwił drewniaki z pierwszego przydziału, jaki dostał. Te drewniaki były trochę na mnie za duże, ale - podobnie jak przy tej zupie, o której opowiadałam - wydawało mi się, że to było najwspanialsze obuwie na świecie, bo one były bardzo ciepłe, dlatego że tam była taka gruba drewniana podeszwa. I w tych drewniakach dotrwałam do wyzwolenia.
     Rennochowa karmiła nas okropnie, a jak ojciec zachorował, to oświadczyła, że ponieważ on nie pracuje, nie dostanie jeść. No i nie pozwoliła mi zabierać. Bo ona dostawała na nas przydziały, na kartki.
     Ojciec był pozbawiony jednej możliwości. Otóż rano zaprzęgał konia i na taki lekki wóz ładował - krów mlecznych było przecież bardzo dużo - bańki z mlekiem i odstawiał do rozstaju dróg. Tam prawdopodobnie jakiś samochód czy inny wóz zbiorczy zabierał te bańki, które ojciec zostawiał przy moście. I ojciec - nie zdradzając tajemnicy nikomu, ale mnie później powiedział i ja to bardzo popierałam - dostał od kogoś taki aluminiowy kubeczek, który spłaszczył, chował go za pazuchą i jak odwoził to mleko, to po prostu otwierał bańki kolejno i zbierał co? - śmietankę zbierał i tę śmietankę popijał. Bo inaczej to on by kompletnie nie mógł pracować. Ale jak się rozchorował tak ciężko, to niestety nie mógł tego robić i powstał straszny problem.
     Trzeba było zorganizować dla niego jakieś jedzenie - jakiekolwiek jedzenie, tutaj już pomagała moja siostra. Do niej było strasznie daleko, bo od tego gospodarstwa, w którym ja byłam, do mamy (ja początkowo używałam określenia, że to cztery kilometry, ale chyba przesadzam) to było dwa kilometry z okładem, jeżeli nie więcej, a do mojej siostry drugie tyle, kawał drogi. I ja bym nawet nie zdążyła tego wszystkiego załatwić, bo trzeba było wrócić, a bałam się ogromnie, przecież było ciemno. Tam, gdzie myśmy mieszkali, to było pustkowie; to był taki dworek postawiony na wzgórzu. Bardzo dobre obejście, bo to było wszystko dobrze zorganizowane, w pięknym miejscu, nad rzeką, bo Barycz płynęła bardzo blisko, ale do wsi był kawał drogi, strasznie daleko.
     W każdym bądź razie, to już było bliżej niż dalej do końca wojny i wiedzieliśmy, że chyba wytrwamy, bo o tyle było bezpiecznie, że nie zagrażało nam bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Uważam, że mieliśmy dużo szczęścia, bo mniej szczęścia miała moja babka, którą wywieziono do Ravensbrück. Mieliśmy dużo szczęścia i gdyby była inna sytuacja u tej Niemki, to pewnie aż takich przykrych wspomnień bym nie miała.
     Mieliśmy tak zwane wychodne. Tu mamy na dokumentach zaznaczone, że nie wolno nam opuszczać tego miejsca pobytu, gdzie jesteśmy przydzieleni - to i w książce pracy mamy i tutaj - ale to wszystko się odbywało w obrębie wioski, z tym że trzeba było mieć zgodę pracodawcy na oddalenie się. I teraz w zależności od humoru - jak Rennochowa miała dobry humor, to pozwalała mi do matki pójść. Bo jak wieczorem już wszystko zrobiłam... Tam była jeszcze taka Niemka młoda na praktyce, Ana. Ale jak miała zły humor, to nie wypuszczała. A ja musiałam pójść, bo myśmy byli bardzo głodni, bo ona nam dawała strasznie głodowe racje. Dunia pilnowała i jak Niemka pukała do drzwi, to Dunia - bo ojciec się nie odzywał, bo (tak jak mówiłam) postanowił w ogóle ani jednego słowa po niemiecku nie powiedzieć, tylko na przykład mówił bardzo brzydko "Czego?!", a ona oczywiście nie rozumiała - ale Dunia mówiła do niej: "Fraua!" (tak do niej mówiła: "Fraua") i tłumaczyła jej tym swoim łamanym językiem, że ja już śpię, i Rennochowa dawała spokój. Więc ja się wyślizgiwałam przez okno, do mamy, wieczorem, opłotkami do niej zmierzałam.
     Ale wychodne z całą pewnością mieliśmy, raz w miesiącu to na pewno. I to wychodne było wspaniałą rzeczą dla mojego ojca, bo wtedy obowiązki przejmował ten teść i ojca wypuszczał. No nie powiem, że na cały dzień, ale chyba zaraz po śniadaniu uciekaliśmy. To śniadanie to też było coś okropnego, no ale coś tam było do jedzenia. Uciekaliśmy i szliśmy wszyscy do piwiarni - do Zielonki, czyli do mojej siostry. Mama też dostawała takie wychodne i mogliśmy wydać pieniądze.
     I ja zarabiałam, bo przecież dostałam odpowiednią grupę zaszeregowania. Karta pracy, to jest mój numer, 18, ale tu mam napisane, że byłam Landarbeiterin, czyli pracownica rolna, i miałam 1A2C - jakaś tam grupa - i za to dostawałam miesięcznie 8 marek. Bardzo dokładnie, systematycznie ona to wypłacała.
     Ona mi wypłacała 8 marek, bo to była jakaś umowa. Tutaj mam napisane, że kim byłam: staatenlos - wypędzona (co tak szalenie popularnie się teraz mówi, więc mogę się zapisać do tego zrzeszenia; absolutnie wypędzona); jakiego pochodzenia jestem: Polka; skąd: z Generalnej Guberni, z Warszawy; u kogo pracuję; numer książki pracy... Niemcy byli szalenie dokładni, nawet w tych momentach wojennych, bo tu nawet miałam zanotowanego lekarza. On zresztą mnie oglądał z tym uchem, ale kazał przykładać gorący piasek, po którym ja strasznie wyłam. I tutaj wszystko jest określone. Ile zarabiał mój ojciec, to nie wiem, ale chyba trochę więcej...
A tu jest ten właściciel?
    
A to jest Paul Rennoch, który był w wojsku. Ten Paul Rennoch przyjechał na urlop. I poza tymi dwoma dziewczynkami miało się urodzić jeszcze jedno dziecko, tak że w momencie ucieczki, to Rennochowa była w ciąży, dosyć zaawansowanej. I wymyśliła sobie - to świadczy o tym jak była niedobrym człowiekiem, bo myśmy mieszkali na pustkowiu kompletnie, i teraz ona mnie zostawiając - powiedziała, że ojciec pojedzie z nimi, z ich rodziną. Bo krótko mówiąc - on był niewolnikiem, więc powinien ją doprowadzić. Szans nie mieli żadnych, to wiem nawet ja, która się tak mało orientowałam. Ale słychać było, dlatego że to wszystko szło na Legnicę. Jakie to były wojska, nie wiem...
     A nasza wioska była na uboczu i myśmy na razie widzieli tylko forpocztę, w tych białych ubraniach - takich białych chałatach, bo śnieg spadł - żeby ich nie było widać. Ta forpoczta przyjechała, rozejrzała się, jakie będą warunki dla stacjonowania ich wojsk i popędzili dalej. A dalej jechały czołgi.
     Więc Rennochowie szans nie mieli żadnych na dotarcie tam, gdzie chcieli dotrzeć. Gdzie chcieli dotrzeć, to pojęcia zielonego nie mam. W każdym bądź razie Niemka była zachłanna okropnie, bo zabrała ojca. Ojciec nie mógł odmówić od razu, bezpośrednio, natomiast powiedział mi po cichu, żebym się nie denerwowała, ponieważ on tu wróci i to bardzo szybko. Powiedział: "Dziecko, daleko nie odjadą, gdzieś będą musieli się zatrzymać (cała ta kolumna tych uciekających), natomiast ja na pewno cię tutaj nie zostawię". Bo ja z kolei łkałam, że przecież nie można tych zwierząt zostawić tak bez opieki, i co my tutaj z Dunią zrobimy.
     I proszę sobie wyobrazić, że Rennochowa dała nam garnuszek smalcu, bochenek chleba... Co ona tam jeszcze zostawiła? Niewiele... Aha, garnuszek melasy od buraków (jak buraki się na cukier przerabiało, to powstawała taka melasa, coś w rodzaju "marmelady", zresztą bardzo dobrej). I oświadczyła, że za trzy - cztery dni to ona będzie z powrotem i to nam musi wystarczyć.
      No i ojciec pojechał, ale zorientował się w sytuacji. Tam był jeszcze teść Rennochowej, była ta Ana, siedemnastoletnia dziewczyna, bardzo silna osoba... I były te dwie małe dziewczynki. I ojciec miał dylemat - czy zaopiekować się swoim własnym dzieckiem, które i tak dostatecznie przeszło i scedować to na tego teścia, który był w sile wieku. Przy tym strasznym bałaganie, ponieważ ona się piekliła okropnie, ojciec wręczył lejce Anie, tej Niemce, powiedział: "Ana, ty tu prowadzisz" i zniknął w tym tłumie, i przywlókł się do nas.
     Zostaliśmy na pustkowiu, bardzo niebezpiecznym, bo tam podciągali Niemcy, niedobitki. Było masę jedzenia oczywiście, jeżeli chodzi o jedzenie, to było bez problemu, natomiast także Rosjanie interesowali się. Oczywiście przyjechali, od razu zabrali konie. Dunię ukryliśmy, bo co Duni groziło, to każdy wie - dla Rosjan ten, kto dał się wziąć do niewoli, to był zdrajca, no a taki, który jeszcze sam chętnie pojechał, to ja już w ogóle nie wiem, jak to w ich kategoriach wyglądało. Więc Dunię myśmy schowali, a ja wyglądałam biednie, bo byłam strasznie wygłodzona, więc mną się nie zainteresowali.
      Ale myśmy postanowili stamtąd wywiać. No i był straszny problem - co z tymi zwierzętami zrobić. Ojciec postanowił wypędzić krowy na pastwisko, bo śnieg owszem był, ale nie była tak strasznie gruba ta pierzynka śniegowa, żeby one tam nic nie znalazły. I rozpędził całe ptactwo, które tam było, to znaczy kury, indyki, różne takie rzeczy. Jeżeli chodzi o zapasy jedzenia, to nie musiał brać, bo żeśmy po prostu uciekli do mamy, do środka wsi. I mama postanowiła mnie wtedy odkarmić. Nie było innej rady, bo ja już "leciałam przez ręce". Jej Niemka dała jej dostęp do spiżarni. Bo ta nasza to pozamykała wszystko, ale ojciec już machnął na to ręką.
Czyli ta druga Niemka nie uciekała, a została na miejscu?
     
Uciekła. Oni wszyscy uciekli. Poza Bürgermeistrem i może nielicznymi niedobitkami, jak ktoś już zupełnie nie mógł. Bürgermeister postanowił nie uciekać. Powiedział, że gdzie on pójdzie - i tak nie uniknie losu. Część została, ale część z tych, którzy widocznie mieli sporo na sumieniu, zwiała. I pani Rose też wyjechała z tą swoją synową, natomiast mama została sama na gospodarstwie; ale to było mniejsze gospodarstwo. (...)

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten