Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Kołodziejskiej-Jedynak


foto

     Oczywiście od razu myśleliśmy, żeby wracać do Warszawy - nie wiedzieliśmy, w jakim stanie jest Warszawa - ale trzeba było jakoś się odpaść, bo to wszystko wyglądało bardzo nieciekawie, ojciec był strasznie schorowany. I nastąpiło takie tuczenie nas, mama wyciągała różne weki i pasła nas.
     Ale musieliśmy stamtąd zwiać; może dwa tygodnie wytrzymaliśmy, a nawet nie jestem pewna czy tyle. Musieliśmy uciekać, dlatego że nękali nas z kolei Rosjanie. Była moja siostra, byłam ja, była moja mama i mój ojciec. Do jego głównych zadań należało stanie przy furtce i odwracanie uwagi Rosjan. On trochę mówił po rosyjsku, niewiele, ale troszkę dodawał i odpędzał ich od tych trzech kobiet.
     Zmówiliśmy się z taką grupą - była jeszcze para młodych Polaków, która miała tam swój dom, odziedziczony po kimś i była też młoda Polka, której rodzice mieszkali w Miejskiej Górce, koło Rawicza, młoda Galorówna. I ona powiedziała, że najlepiej będzie, jeżeli przedrzemy się - bo ona znała drogę - na Zieloną Wieś (Zielona Wieś to był wówczas punkt graniczny między Wielkopolską a Śląskiem Niemieckim) i dotrzemy do Miejskiej Górki do jej matki. Tam trochę wypoczniemy, zorientujemy się, co i jak, i jak dotrzeć do Warszawy.
      Ale trzeba było czymś dotrzeć. A jednocześnie w wiosce zaczęło się odbywać rabowanie, dlatego że to była bardzo zamożna wioska - bo to było niedaleko Wrocławia i bardziej zamożni ludzie przywozili różne rzeczy do swojej rodziny, bo we Wrocławiu było niebezpiecznie, było bombardowanie. Moim rodzicom to nie było w głowie, bo oni chcieli wywiać, natomiast konieczne było zdobycie jakiejś pierzyny czy poduszek - które żeśmy uprzejmie zwinęli, bo nie było innej rady - no i trzeba było ubrać nas jakoś, więc wzięliśmy ubrania, które były u tej Niemki. Ona zresztą, jak wyjeżdżała, to mówiła mojej mamie, że gdyby zaszła taka potrzeba, to żeby machnęła ręką i brała, co można. No, ale myśmy wzięli niewiele.
     Trzeba było czymś dojechać, więc zaprzęgliśmy dwie krowy do wozu - te krowy nie bardzo chciały w parze jechać - i na ten wóz załadowano dobytek tych osób, które mieszkały w tej wiosce. I trzeba było się przedrzeć, a nie wiedzieliśmy, jak jest z Niemcami. Na tej trasie Niemców żeśmy nie spotkali, ale spotkaliśmy Rosjan, z tym,  że oni jakoś specjalnie nie byli kobietami zainteresowani, może mieli już jakieś swoje zdobycze. I nas przepuścili, bo myśmy powiedzieli, że do Warszawy chcemy dojechać. Obejrzeli tylko, czym my jedziemy, bo przecież - jak to: wozem zaprzężonym w krowy.
     Te krowy żeśmy dostarczyli do Miejskiej Górki i od razu oddaliśmy pod opiekę sąsiadom pani Galorowej, świętej kobiety - powtórzę to jeszcze raz, bo takich ludzi, jak się spotyka na trasie tułaczki, to trzeba zapamiętać. Ja zresztą do niej jeździłam, jeszcze dwukrotnie, utrzymywałyśmy kontakty. Krowy zostały dostarczone do sąsiadki, okazało się, że mają mleko, więc ona je doiła, ale później zapytała - bo była bardzo praktyczna, jak to poznanianka - ile ojciec chce za te krowy. Ojciec powiedział, że nic, była strasznie zdumiona.
     I co ja w tej Miejskiej Górce robiłam? Mogła być połowa lutego, coś trzeba było robić. Byłam strasznie złakniona jakiejś wiedzy, nauki, a tam była tylko czteroklasowa szkoła. A ja już skończyłam sześć oddziałów. No i troszkę inny poziom był, bo ja miałam bardzo dobrą nauczycielkę - tę, która uczyła w czasie okupacji, i jeszcze prowadziła dla nas tajne komplety z geografii, z historii. Więc na ich tle byłam bardziej wykształcona. Poszłam do czwartej klasy i byłam oczywiście prymusem, a później zostałam pomocnicą nauczycielki.
     A przez ten czas, jak już ojciec odsapnął, to wziął moją siostrę i pojechał na gruzy Warszawy, bo chciał się zorientować, jak to wygląda. Po pierwsze szukał śladów mojego brata. My tu nie mamy dat zanotowanych, jest tylko wpisane PCK...  
     Do pociągu nie można było się dostać, a do Warszawy z tej nieszczęsnej Miejskiej Górki jechało się taką trasą - bo ja później tą trasę powtarzałam, jak jechałam do pani Galorowej - trzeba było dojechać do Kobylina, z Kobylina do Krotoszyna (przesiadki były takie) później do Ostrowa Wielkopolskiego, z Ostrowa do Koluszek, no i z Koluszek to już była trasa przepiękna, bo już tylko 100 kilometrów, wspaniale się jechało. Więc trasa była dosyć uciążliwa.
     Ojciec pojechał z siostrą. Sądzę, że to był już koniec lutego, przełom lutego i marca, bo przecież ja od kwietnia zaczęłam szkołę w Warszawie. Więc myśmy wrócili w marcu. I on jeździł z moją siostrą chyba trzykrotnie. Po pierwsze odnalazł swojego przyjaciela we Włochach pod Ursusem i zaklepał sobie czy moglibyśmy - na krótko, zastrzegł - u niego się zatrzymać. Nie chciałabym źle wspominać, ale ten przyjaciel był bardzo niecierpliwy, jak na tak zaprzyjaźnionego. Wprawdzie myśmy w cztery osoby tam przyjechali, to prawda, ale jego żona robiła jakieś historie z tego powodu i musieliśmy się stamtąd wynosić.
     Ojciec najpierw pojechał, później jeszcze dwukrotnie z moją siostrą wyjeżdżał, bo ona była bardzo żądna podróży, no i opowiadali nam, jak to wygląda. Mama się strasznie martwiła, ale nie było żadnej wątpliwości, że do Warszawy trzeba wrócić. Jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie i jak...

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten