Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ludmiły Niedbalskiej


foto

     Rano usłyszeliśmy z bramy dawno nie słyszane, niemieckie szczekanie. Na podwórku wlazł szkop. Oświadczył, że mamy iść rozbierać barykady. Odpowiedziało mu milczenie i spokojne, wrogie spojrzenie stojących nieruchomo kobiet. Mężczyźni na wszelki wypadek nie wyszli. Niemiec patrzył na nas uważnie, zauważył rudego kota, podniósł karabin, strzelił. Kot uciekł. Niemiec opuścił karabin, odwrócił się i wyszedł na ulicę do kumpli.
     Oczywiście nikt nie poszedł rozbierać barykad - szczegół! Niech sobie sami rozbierają. Ale przyszła kolejna wiadomość: jednak musimy wyjść z Warszawy. Zaczęłyśmy zwijać manatki. Zastanawiałyśmy się, co zrobić z rzeczami cioci. Wziąć? Zostawić? Zostawić - zamkniemy mieszkanie, klucz weźmiemy ze sobą, wrócimy przecież najpóźniej za dwa tygodnie, Rosjanie na Pradze... Wziąć - zrabują nawet przez to 2 tygodnie. Mama chciała zabrać na tę niewiadomą tułaczkę, przynajmniej puchową kołderkę. Po tym wszystkim odda się cioci, wtedy na pewno nie ukradną, nam posłuży, ale znów mogą zabrać Niemcy przy wychodzeniu z miasta i ciocia może mieć pretensję. I w ogóle brać czyjąś rzecz? Ostatecznie kołderka została zwinięta ciasno w mały rulonik i zapchana głęboko, za pionowy, łazienkowy piec. Widać jej nie było - może ocaleje. [...] I tak, 8-go października, wyruszyłyśmy w pierwszy etap niewiadomej drogi.
     Środkiem ulic, między gruzami, były jako tako uprzątnięte przejścia, którymi popędzali nas - teraz już Niemcy - wraz z tłumem takich jak my, gdzieś w kierunku zachodnim. Jeszcze leżały niepogrzebane trupy, kawałki trupów, jeździły budy wyładowane gratami i puste, maszerowały jakieś bardziej zorganizowane grupy młodych ludzi bez tobołków, eskortowane przez Niemców; jacyś ludzie pod dozorem wynosili coś z domów; rozbierano resztę barykad. A miasto dalej płonęło.
     Nie mogliśmy się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi. Ale już od Dworca Zachodniego było słychać wrzaski Niemców i krzyki ludzi. Nas też zaczęto poganiać. Wypchnięto nas, z trudem trzymających się na nogach po tym marszu, na peron, wzdłuż którego wolniutko jechał pociąg towarowy. Kiedy się zatrzymał, uderzył w nas zmasowany wrzask naszych konwojentów. Tylne szeregi pchnęły nas na wagony. Potykając się nawołując, gubiąc pakunki ładowaliśmy się do wagonów, które akurat przed nami stanęły.
     Jedne z pierwszych zostałyśmy wepchnięte do takiego wagonu, który szczęśliwie miał ściany tylko do połowy wysokości. Dzięki temu miałyśmy powietrze i mogłyśmy widzieć, co się dzieje. Obok ludzie wtłaczali się do zamkniętego dachem wysokiego wagonu towarowego, w którym panowała ciemność. Dotarłyśmy do przeciwległego, prawego kąta. Ludzie oszołomieni, z płaczącymi dziećmi przestraszeni na równi z nimi, stawali jak popadło, we wszystkich kierunkach. Zasunęły się ciężkie zasuwy drzwi.
     Staliśmy w pełnym grozy milczeniu i bezradności, patrząc pytająco na siebie i płonące miasto. Wrzaski ładowania dochodziły z dalszych wagonów i z dalszych peronów, po stronie południowej dworca. Po "naszej" stronie, północnej, na sąsiedni, pusty dotąd peron, wyszli Niemcy i rozstawili się wzdłuż. Za nimi wmaszerowali pod konwojem młodzi ludzie. To byli nasi chłopcy i dziewczęta. Tak się domyślaliśmy.
     Ktoś krzyknął do nich - odpowiedzieli. Zgadzało się. Perfidni dranie. Zmuszają ich do rozbierania barykad i wywożenia dobytku miasta, o które walczyli.
     Na dzielący nas tor podjechał z wolna skład towarowy. Naprzeciwko nas zatrzymała się taka jak nasza pół lora. Tamci ładowali się spokojnie i sprawnie. Uśmiechali się do nas, zagadywali, podtrzymywali na duchu. Krzyżowały się pytania, odpowiedzi.
- "Gdzieś w krakowskie".
- "Porucznik "Ryś" jest z wami?"
- "Uważajcie na selekcję w Pruszkowie".
- "Pomagają, RGO pomaga i ludzie".
- "Janka! Janka! O Jezu jesteś?! Staraj się dostać do Baśki!"
- "Nie dajcie się wywieźć do Niemiec!"
- "Macie łapcie!"
- "Majewska, Majewska z Hożej 40?"
     Rzucali chleb, jabłka, nie bacząc na wrzaski Niemców.
- "Hej! Uwaga! Dziewczynki!" - to było do nas. Rumiana dziewczyna, z dwoma jasnymi, grubymi warkoczami zamachnęła się szeroko. W ręce wpadła mi główka kapusty.
- "Mają!" - ucieszył się chłopak obok niej - "Macie jeszcze!". Rzucał pomidory. Jeden spadł między wagony, ale złapałyśmy aż 3 i jeszcze ktoś za nami. Któryś pociąg już ruszył - ich czy nasz. Nie wiem. Beczeliśmy już wszyscy i my i oni, chociaż machali nam rękami i uśmiechali się. Myśmy też próbowali.
     Wieźli nas. Jechaliśmy, stawaliśmy. Słońce zabrało się do zachodzenia. Swąd, dym, pył, spalenizna powoli ustępowały. Patrzyliśmy ogłupiali na czystą zieleń, całe domy, ludzi w polu w całych i czystych ubraniach, o włosach mających kolory - brązowe, czarne, złote, a nie popielate. Za wysokim nasypem, pod którym właśnie przejechaliśmy, pociąg stanął. Patrzyliśmy jak zaczarowani na pole jasnozielonej kapusty, zaścielającej trójkąt między nami, ciemnozielonym nasypem z prawej i drzewami za parkanem ciągnącym się po lewej, zachodniej stronie. Mama pozwoliła nam zjeść tylko jednego pomidora i listek kapusty. Tłumaczył, że po takiej głodówce nie wolno dużo jeść. Danka wyciągnęła buteleczkę po jakimś lekarstwie, w którym przez cały czas miała sól. Powoli, uroczyście zjadłyśmy po kawałku pomidora i listku kapusty z solą.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten