Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ludmiły Niedbalskiej


foto

     Znów ruszyliśmy z żalem żegnając pole kapusty. Symbol życia, spokoju i czegoś stałego znikał za nami. Robiło się ciemno. Wjechaliśmy na jakiś peron. Przez drogę widać było chodzących spiesznie wzdłuż czerwonego muru ludzi i rozstawionych co parę metrów Niemców. I nagle znów wrzask, popychanie, wyrzucanie z wagonów na peron, na drogę i naprzód. Wzdłuż muru, przez bramę już za zakrętem. W ciemności majaczą jakieś budynki, kształty, ludzie. Po dłuższym czasie docieramy - już bez wrzasku i popychania - do hali fabrycznej, w której się świeci.
     Wchodzimy. Wszędzie, na podłodze, na jakichś podestach, próbują umieścić się ludzie. Szukają "lepszego" miejsca lub jak automaty opuszczają rzeczy tam, gdzie stoją, słaniają się, siadają wprost na betonie.
     Ale za chwilę trzeźwiejemy. Oczy zaczynają patrzeć przytomniej, uważniej. Ktoś wstaje, rozgląda się. Jest słoma, tam jest lepszy kąt, ktoś coś niesie w garnuszku.
- "Panie! Skąd to?"
- "Tam na lewo za filarem. Jest chleb i kawa".
     Między nami chodzą jacyś normalni ludzie, z opaskami na ramionach i bez.
- "Kto jest ranny? Kto ma małe dzieci?"
- "Kawa i chleb na lewo".
- "Mydło? Jest mydło?"
- "Proszę zostać, niech pani się nie rusza. Przyniesiemy. Ma pani jakiś garnuszek?"
- "Punkt informacyjny przy wejściu".
- "Tak, tam można się umyć".
- "Kto ranny?"
- "Woda przy drugim wejściu".
     Z garnuszkiem w ręku szukam tej kawy. Jest. I jabłka. Chleb. Prawdziwy, czarny chleb. Ludzie niedowierzające patrzą na własne ręce z chlebem i parzącą kawą. Wracając do swoich, błądząc i ożywiając się po drodze. A po drodze miesza się rozpacz i przygnębienie z życzliwością i sprytem; radość i opanowanie z szaleństwem i bezradnością. Ludzie kłębią się w poszukiwaniu wody, jedzenia, śladów swoich bliskich milczących od tygodni i miejsc, w których przed chwilą zostawili rodziny. Wszyscy tacy sami - nawet wieku nie można rozróżnić. A jednak, mimo, że sprowadzeni do poniżającej wegetacji na klepisku, jakoś starają się pozbierać. Już ktoś się próbuje myć, ktoś przepakowywuje walizkę, inny wyciąga poduszkę, ktoś komuś pomaga wstać. Zaczęły się rozmowy, opowieści o przeżyciach, wymiana informacji i domysłów.
     Usłałyśmy sobie jaki taki barłóg na słomie. Danka wróciła ze zwiadu. To jest "URSUS". Podobóz - główny w Pruszkowie. Znalazła punkt opatrunkowy i posłała mnie tam, z tym gnojącym się wciąż palcem. Zrobili mi opatrunek, oczyścili - bolało, ale nawet nie miauknęłam, tak byłam zafascynowana czystymi, życzliwymi, sprawnie działającymi ludźmi.
     Siusiu szło się na dwór. Przed wejściem, w pewnej odległości majaczyło w ciemności ogromne działo. Skojarzyłam je sobie natychmiast z "krową", która mnie zasypała na ulicy Pańskiej. Wzdłuż działa łaził wartownik. Między działem a ścianą hali siusiali ludzie, starając się na siebie nie patrzyć.
     Rano wygarnęli nas z hali. Z ciemności wyszliśmy nagle na zalane słońcem podwórze. I wpadliśmy w kolejny krąg piekła. Rozwrzeszczani mundurowi i tacy w tyrolskich kapelusikach, nacierali na nas tyralierą z naprzeciwka.
     Trzymałam się kurczowo mamy, przerażona, ogłuszona krzykiem. Wiedziałam, że w ciągu jednej chwili stanie się coś decydującego, nie wiem co, trzeba tylko być z Mamą, nawet niech zabiją. Zobaczyłam nad sobą otwarty pysk pod czapką "z naleśnikiem" i usłyszałam jednoczesny krzyk Danki i Mamy:
- "Gruźlica!"
     Wielkie szwabisko szarpnęło Dankę i pchnęło na prawo. Podskoczył cywil w tyrolskim kapelusiku, złapał Dankę za rękę.
- "Saświadczenie jest!?"
- "Jest!" - Mama machała jakimś świstkiem w ręku. Tyrolczyk pchnął Dankę razem z nami na lewo, wrzeszcząc jednocześnie:
- "Schnell, schnell psza krew!"
     Za nami zostawał wrzask Niemców, rozpaczliwe krzyki i płacz rozdzielanych ludzi. Nas już wpychali do wagonów.
     Wylawirowałyśmy jakoś w ogólnym rozgardiaszu i wpakowałyśmy się do takiej samej jak wczoraj półlory i na to samo miejsce. Stąd patrzyłyśmy na to, co się działo przed halą.
     Coraz nowe grupy ładowali do naszych wagonów, coraz nowe odprowadzali w głąb. Każdego łapali za rękę, ramię - gdzie popadło i z wrzaskiem przepychali za siebie, na lewo lub prawo. Między Niemcami kręcili się cywile z opaskami RGO, PCK, lub czujnie stali z boku. Włączali się niespodziewanie w ten tumult, stwarzali dodatkowe zamieszanie, dopadali jakichś ludzi i - w tym kłębiącym się kotle - krzycząc na równi z Niemcami, przerzucali wielu - również tych, którzy byli już na kierunku "prawo", na lewo, do nas.
     W wagonie ludzie po szoku powoli odzyskiwali mowę. Ktoś płakał, ktoś się modlił. Mama schowała zbawczy świstek, który istotnie był wynikiem prześwietlenia, ale napisane w nim było jak byk - BZ. Nie wiedzieliśmy, gdzie nas zawiozą. Może to nawet gorzej, że pchnęli nas "na lewo"" Jednak skądś było wiadomo, że ci "na prawo" to obozy i roboty - więc Rzesza. A my mamy jakąś szansę na zostanie w Polsce.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten