Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ludmiły Niedbalskiej


foto

     O zmierzchu ruszyliśmy. Znów wekslowanie, domysły, jaki kierunek wreszcie: Brwinów, Milanówek, Żyrardów. Na peronach mijanych stacji gromadki ludzi, Niemcy z karabinami wymierzonymi w wagony.
     Skierniewice. Znów te grupki ludzi. Kiedy zaczynamy zwalniać, ludzie rozbiegają się z grupek i biegną tyralierą wzdłuż wagonów. Wyciągają do nas ręce, w których coś mają. Rzucają w nas, jak popadnie, chleb, jabłka. Kto złapie, to złapie. Pociąg staje. Ludzie podają nam jedzenie, nalewają z dzbanków, w wyciągnięte naczynia, gorącą kawę, wymieniają kubki na puste. Biegają po peronie jak najszybciej, żeby jak najszybciej wydać. Z wagonów, na skrawkach papierów ludzie podają wiadomości, adresy, żeby kogoś zawiadomić, że ktoś żyje. Ci z peronu wołają, że wywożą w Kieleckie, żeby się nie martwić, że przeżyjemy, że ze Wschodu idą, z Zachodu idą, to już nie długo.
     Ruszamy. Zostawiamy peron, z wyciągniętymi do nas rękoma i szpalerem też do nas wycelowanych karabinów.
     Pełnia. Księżyc świeci jak oszalały, wyłuskując z ciemności twarze czuwające i śpiące, płaczące i bez wyrazu, oczy nieruchome, błyszczące, martwe. Pochrupuję listki kapusty i oddycham pachnącym, wilgotnym powietrzem. Siedzę na czymś, nawet dość znośnie, chociaż żelazne okucie ściany wagonu wpija mi się w żebra. Poprawić się nie ma jak. Niektórzy ludzie cały czas stoją, opierając się o siebie, inni siedzą na zmianę. Zimno. W Skierniewicach byłyśmy od przeciwnej niż peron strony i kawa do nas nie dotarła. Trzymam teraz kubek w ręku, żeby w razie czego zdobyć jakoś gorący płyn. Ale pociąg mija stacje, na których nie widać nikogo prócz Niemców, a jeśli staje, to w polu. Zwykle wtedy gdzieś z końca lub początku słychać serie - widocznie ktoś próbował uciekać, albo na postrach. Bo na ogół ludzie boją się ryzykować. Chociaż... ktoś chyba wyskoczył i zapadł. Gdyby nie ten księżyc byłoby łatwiej. Trzymam kubek w ręce, może jednak będzie jakaś stacja?
     Jest! Radomsko! Ludzie z peronu biegną jak w Skierniewicach, pociąg zwalnia, wyciągają się ręce - nasze puste, ich pełne. Biegną szybko, ile sił, rzucają kromki, jabłka, na oślep...
- "Boże, jeszcze trochę wolniej!"
- "Jeszcze".
- "Nie da rady".
- "Nie zatrzymali dranie!"
     Pociąg przyspiesza. Tuż przy wagonach migają hełmy obojętnie rozmawiających Niemców, a z nimi bezradnie wciąż wyciągnięte ręce. Zniknęli. I znów noc, księżyc, pola, lasy, turkot pociągu.
     Nad ranem stanęliśmy na wysokim nasypie. Księżyc już zaszedł, ciemno. Słychać lekkie stuknięcia. Ledwie widoczne cienie odrywają się od wagonu, skokami dopadają skraju nasypu i zapadają za nim. Cisza. Znów z któregoś wagonu ktoś się oderwał i zniknął w ciemnościach. I znów. Teraz lepiej widać - kobieta w jasnym płaszczu ciągnie ze sobą dziecko. Jeszcze ktoś. Znikają za nasypem i zarazem majaczą w biegu, byle dalej od pociągu. Miałyśmy już rzeczy w rękach. Mama szepnęła:
- "Matka Boska nam pomoże!"
- "Tatatatata...tatata...tatatatata...tatatata...ta...".
     Wystrzelali wszystkich. Dziecko też. Patrzyliśmy wszyscy na to tępo, bez emocji, jak w kinie.
     Nam Matka Boska pomogła...
     O świcie wjechaliśmy na dworzec w Częstochowie. Znów wekslowaliśmy kilkakrotnie pod ścisłą obstawą, by stanąć ostatecznie w szpalerze innych pociągów - pustych i towarowych. Znów przez modlitwy do Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej przebijały się nieśmiałe pomysły ucieczek. Niemców jakoś mniej, kręcą się zwykli ludzie, kolejarze. Ktoś znajomy się znajdzie.
     Ale my miałyśmy już dość. Niech będzie, co ma być. Wiozą na południe - może dotrzemy do gór, a tam jak w domu.
     Wzdłuż wagonu szedł polski kolejarz. Zatrzymał się, proponował pomoc. Mama się wahała. Wykorzystała sytuację sąsiadka z kilkuletnią dziewczynką o długich warkoczach. Kolejarz odszedł. Po jakimś czasie wrócił. Sąsiadka zeskoczyła po buforach, za nią mała. Podałyśmy tłumoczki - kolejarz wziął jeden, więcej nie pozwolił. Przeszli chyłkiem, pospiesznie, pod wagonem stojącego na sąsiednim torze pociągu. Po tamtej stronie kolejarze ujął kobietę pod ramię, po czym głośno rozmawiając odeszli wszyscy troje przez przejście koło jakiejś budki do miasta.
     Udało się. Trochę żal, że się nie zdecydowałyśmy, ale może tak lepiej?
     Ruszyliśmy. Dokąd? Co to za miejscowości? Poszła wiadomość przez wagony, że nas wiozą w kierunku granicy Rzeszy. Tyle, że nikt nie wie, gdzie ona jest. Ludzie są zdesperowani. Na jakimś przypadkowym postoju, w biały dzień, z sąsiednich wagonów wyskoczyła cała grupa ludzi z rzeczami i dziećmi. Biegli, zupełnie się nie kryjąc, do pobliskiego zagajnika. Sypnęły strzały, ale jakoś z opóźnieniem. Ludzie zdołali zniknąć wśród drzew. Nikt ich nie ściga, nie strzelają więcej - może jak jesteśmy na terenie Rzeszy i Niemcy widzą, że i tak powyłapują uciekinierów?
     Siąpić zaczęło jeszcze w Częstochowie, ale do Szczakowej dojechaliśmy już w porządnej ulewie. Postawili nas na torze, wzdłuż którego ciągnęła się znad budynku stacyjnego. Rynna przeciekała, a poza tym widocznie nie była w stanie przyjąć takiej masy deszczu, bo ściana zimnej wody lała się wprost na nas, ze szczególnym uwzględnieniem tych, co byli przy samej burcie wagonu. No i lało się. A my nie mogliśmy zrobić nic - ani się usunąć, ani okryć. Zresztą wszystko i tak było od dawna przemoczone. Tkwiliśmy więc beznadziejnie na miejscach, a to lało. Może nas już tu wyładują?
     Nie. Ruszyliśmy. Trzebinia. Więc jednak krakowskie. Nie. Szarpnięcie. Z czoła przejechała po sąsiednim torze lokomotywa. W jej oknie smutne, zmęczone twarze maszynisty i pomocnika. Nie wiadomo, czemu zrobiło się jakoś nieswojo.
     Ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, ale zaraz wykręciliśmy na południe. Pusto. Ani stacji, ani wsi, ani ludzi. Pociąg nabrał szybkości, pędził przez mokry las. O drzewa obijał się upiorny łoskot. Ukłuło straszne podejrzenie - tu gdzieś jest Oświęcim.
     Pociąg zwolnił, stanął. Przez las, ciężkim krokiem szedł kolejarz - Polak? Niemiec? Wszystko jedno, trzeba ryzykować. Mama napisała na jakimś świstku adres Ojca w oflagu i wiadomość: "Żyjemy, jedziemy w nieznane, Tośka". Zawinęła nim coś ciężkiego i rzuciła pod nogi człowiekowi. Nie zwrócił uwagi, poszedł dalej. Trudno.
- "Panie, gdzie jesteśmy?" - nie odpowiedział.
     Milczący, ogarnięty grozą transport ruszył. Nabraliśmy już szybkości, kiedy zobaczyłyśmy, że kolejarz zawrócił.
     Przestało padać. Z wolna wtoczyliśmy się na zupełnie opustoszałą stację. Od budynku stacji dzielił nas bardzo szeroki peron wyłożony płytami chodnikowymi. Cisza zapanowała wśród nas zupełna. Z budynku wyszedł kolejarz, z towarzyszącym mu w pewnej odległości Niemcem. Szedł w stronę pociągu. Zawiśliśmy na nim wzrokiem. Zdawało się, że chce coś powiedzieć, ale nie, nie usłyszeliśmy.
     Przejechała lokomotywa z tymi samymi milczącymi kolejarzami.
- "Panowie, gdzie jesteśmy?".
- "Co to za stacja?".
     Milczenie. Nagle, gdzieś od czoła przyszła nazwa stacji: OŚWIĘCIM.
     Pociąg, wolno, szerokim łukiem ruszył przez mokre łąki. Ale to nie był już cichy transport. Strach i rozpacz; płacz i krzyki; przekleństwa i modlitwy. Łomot w ściany z wnętrza sąsiedniego, wysokiego wagonu - oni jeszcze nie wiedzieli, co się dzieje. Rodziny żegnały się, ściskały kurczowo za ręce, patrzyły na siebie tępo. Przez to wszystko przebił się nagły, wysoki krzyk. I drugi. Niektórzy próbowali rozumować logicznie - jakby logika miała sens w działaniu übermenschów.
- "Niemożliwe, żeby nas wszystkich spalili".
- "Gdzie poprzednie transporty - czy któryś tu już przyjechał?".
- "Przecież tylu tysięcy nie zdążyliby..."
     Wjechaliśmy na rampę. Pół pociągu znalazło się za bramą, pod drewnianą wieżą strażniczą. Drugie pół - w tym my - zostało po zewnętrznej stronie obozu. Stanęliśmy. Zaległa cisza pełna grozy. Niemcy rozstawiali się wzdłuż wagonów. Czekaliśmy na nagły wrzask rozkazów, ujadanie psów i cały ten kolejny krąg piekła, który nas doprowadzi do ostatniego pieca, o imieniu KREMATORIUM. Ale nic się nie działo. Za bramą, za drutami, pod lewym rzędem baraków kręciło się kilku więźniów w pasiakach.
     Wbrew oczywistości miałam idiotyczną pewność, że tu nie zostaniemy. Ale gardło miałam zawiązane na supeł.
- "Jakiś transport już tu był, poszedł prosto do pieca".
- "Ruscy dwa dni temu zbombardowali im piec, największy".
- "Nie mają nas gdzie spalić, czekamy w kolejce".
- "Chcą nas wykończyć najpierw psychicznie, dranie".
     Padały domysły, wiadomości, ale wciąż nic się nie działo. Ogarnęła nas tępa rezygnacja. Rozmyślnie patrzyliśmy na przejaśniające się na zachodzie niebo. Czekaliśmy, przygotowani na koniec.
     I... ruszyliśmy. W przeciwnym kierunku. Baraki, brama, Niemcy, psy - coraz dalej. Dokoła pusto, mokre pola, mokre krzaki.
- "Wykończą nas tak. Odwiozą kawałek i z powrotem. Aż powariujemy".
- "Potem i tak nas spalą".
- "Zanim dojechaliśmy do tej rampy już 7 osób rzuciło się pod koła".
- "Kilka osób już zwariowało".
     Te zdania padają spokojnie, bez emocji, rzeczowo.
     Pojawiły się jakieś domki, dalekie wzgórza przed nami, jakaś miejscowość, normalni ludzie na drogach, przyglądający nam się uważnie. Mała, biała stacyjka. Stanęliśmy. Niemców nie widać. Z okien budynku ludzie dawali nam jakieś znaki. Nie reagowaliśmy.
     Znów - lokomotywa, milczący kolejarze i jazda z powrotem.
     Znów - tłumiona rozpacz, szloch, modlitwy.
     Znów - mokre pola i krzaki.
     Znów - wzgórza daleko, obóz blisko.
     Znów - postój.
     Tym razem lokomotywa przejechała bardzo szybko. I w przeciwną stronę. Domki, wzgórza, miejscowość, ludzie, biała stacyjka. Stanęliśmy. Lokomotywa po raz nie wiadomo już, który przejechała koło nas, ale tym razem kolejarze jakby ożywieni. Ludzie z budynku coś do nas gwałtownie wołali - ale my patrzyliśmy na nich tak, jak byśmy byli już po drugiej stronie, jak by nas to już nie dotyczyło. I nie pojęliśmy, co nam chcieli powiedzieć. Zresztą znów ruszyliśmy z powrotem, w kierunku obozu.
     Przyglądałam się uważnie drodze - domów chyba więcej... i drzew, ujechaliśmy już spory kawałek, a mokrego pola nie ma.
- "Jedziemy inną drogą" - oświadczyłam głośno.
     Popatrzyli na mnie współczująco, ktoś szepnął:
- "Biedne dziecko".
- "Ale my naprawdę jedziemy inną drogą" - upierałam się, bo byłam pewna - tych wzgórz nie było, tylko pole".
     Nikt mnie nie słuchał, więc mówiłam sobie półgłosem:
- "Nie było tych domów, nie było tej stacji..."
     Wreszcie ktoś się zorientował.
- "Ona ma rację! Tu są jakieś wsie, góry. Nie było gór!".
     Ożywienie zaczęło rosnąć, ludzie przebijali się na powierzchnię rozpaczy, patrzyli uważniej.
     I nagle ogarnęła wszystkich radość - żyjemy, są góry, chodzą ludzie, stoją domy, zachodzi słońce, pasą się zwierzęta - to wszystko jest naprawdę i może nas dotyczyć!
     Ludzie witali się jak po długim rozstaniu, wyciągali resztę jedzenia, częstowali nią sąsiadów, płakali i modlili się tym razem z radości. Ktoś gratulował mamie, że córki będą żyły, że są uratowane.
     Na razie uratowane nie miały już kompletnie, co jeść - kapusta skończyła się już dawno. Oczywiście w tej sytuacji głód to żadna sprawa, najważniejsze, że pachnie górami, ale mimo wszystko...
     Zatrzymaliśmy się w Wadowicach - może nas tu rozładują? Nie. Nie ma żadnych rozkazów. Ale teraz możemy czekać, co tam.
     Na stacji tłum - zajechał właśnie przeładowany pociąg osobowy. Ludzie wychylają się z okien, machają do nas rękami:
- "Trzymajcie się!".
- "To już niedługo!".
- "Gdzie nas wiozą?".
- "Rozpuszczają was może w Suchej albo gdzieś dalej".
     Naprzeciw nas przedział "Nur für Deutsche". W oknie dwaj cywile, blondynki zabierają się do rozwijania z papieru śniadań. Są zaciekawieni.
- "Was ist das?". ["Co to jest?"].
- "Warszawa" - warczy ktoś z nienawiścią.
- "Oj Warszawa!" - wrzeszczą nagle tamci dwaj. Błyskawicznie zawijają swoje śniadania z powrotem w papier, wołają, rzucają:
- "My z Czeskoslowenska, my Czechi, no! Łapcie! Dla tej małej!" - sprawdzają, czy złapałam. Rzucają drugą bułkę. Sięgają za siebie, wyciągają jeszcze jakieś jedzenie, owoce, ciskają to wszystko w nas, z ruszającego już pociągu.
- "Warszawa! Warszawa! - wołają machając rękoma na pożegnanie.
     Bułka była z masłem i szynka. Tkwiła w ręku jak klejnot - gapiłyśmy się w nią dłuższy czas, zanim zaczęłyśmy ją jeść.
     Zapadał zmierzch, kiedy ruszyliśmy w głąb gór. W wąwozach hałasował zwielokrotniony stukot kół, na zakrętach mokre gałęzie trzepały nas po twarzach. Wyciągałam ręce, żeby je złapać, urwać liść, żeby wiedzieć na pewno, że to naprawdę. Wiedziałam, że jedziemy w góry, a góry to Bukowina i teraz już wszystko będzie dobrze.
     W nocy, w ulewnym deszczu dotarliśmy do Chabówki. Pootwierali wagony - można iść - ale gdzie? Może jeszcze zawiozą dalej, bliżej Zakopanego. Na wszelki wypadek, dużo ludzi wieje, złapawszy pospiesznie manatki. Inni wyskoczyli, żeby rozprostować nogi i nareszcie po tylu dniach znaleźć jakieś "OO".
     Dwóch zer nie ma. Niemcy nie pozwalają jeszcze się rozchodzić. Więc trudno - wzdłuż peronu rząd zatamowanych, uciekających wzrokiem, upodlonych ludzi, w strugach ulewnego deszczu...
     Rano, w mglisty, mokry, ciemny, październikowy dzień, dowieźli nas do Mszany Dolnej. Otworzyli wagony. Kazali wychodzić.
     Część wagonów pojechała dalej. Wysiedliśmy. Ludzie z RGO przeprowadzili nas do pobliskiego domu parafialnego, gdzie rozmieszczono nas w salach. Na rozesłanej słomie - może nawet na pryczach - leżały koce. Mimo dnia paliło się światło. Usadowiliśmy się w jakimś kącie. Mama poszła się rozejrzeć, dowiedzieć czegoś. Dostaliśmy gorącą zupę, kawę, chleb i nareszcie było sucho i można było normalnie usiąść, a nawet się położyć.
     Mama wróciła z wiadomościami, że rozwożą nas po wsiach, do górali, po jednej, dwie osoby. Dają też pracę, jeśli są możliwości. Do Bukowiny dostać się trudno - pociągi jeżdżą nie wiadomo jak, tu linia na Nowy Sącz, trzeba by wracać do Chabówki, tam łapać jakiś pociąg do Zakopanego no i liczyć już wyłącznie na własne siły. Może zdobyć jeszcze na ten jeden wysiłek i dotrzeć do swoich? - ale jeśli tam gorzej? Górale podpisywali "Góralenvolkslistę" - może tam niebezpieczniej niż tu? Tu są jakoś na to przygotowani - a tam? Może tam jest więcej takich jak my i będzie im ciężko z nami jeszcze na karku?
     Ostatecznie wyczerpanie i obawa przed kolejnymi niepewnościami i trudnościami przeważyły: co będzie, to będzie - zostajemy.
     Tego samego dnia, ciężarówki i podwody rozwoziły udręczonych Warszawiaków, po zagubionych w górskich wąwozach wioskach.
     Z Mszany wyjechałyśmy gdzieś w prawo od linii kolejowej, szerokim gościńcem, pod wiaduktem. Po prawej ciągnął się parkan, ogromnego, dworskiego ogrodu, potem jakieś domki, po lewej rzeka. Samochód przed nami skręcił w lewo, w górę. My jechaliśmy dalej, wzdłuż zwężającej się doliny i szumiącej głośno rzeki. Ciemniało z minuty na minutę. Jeszcze zabielała jakaś biała ściana, pewnie szkoły, tuż przy drodze, rozległy dom na skarpie w stylu góralskim - ale nie takim jak na Bukowinie - i już zaległa zupełna ciemność. Jechaliśmy w tym szumiącym, mokrym, pachnącym tunelu nocy do ludzi. Jakichś ludzi, którzy nie mają nic - bo cóż mają górale w zapomnianych przez świat wioskach - ale czekają na nas, żeby się z nami tym niczym podzielić. Bo my mamy jeszcze mniej.
     Wieś nazywała się Niedźwiedź. Tu była gmina, szpitalik, sklep, szkoła i kościół. I w tym to kościele, ksiądz Dziekan Baradziej, z wysokości ambony i swego majestatu, powiedział twardym, spracowanym ludziom, że teraz właśnie trzeba pomóc i przyjąć tych Warszawiaków, którzy zerwali się, żeby wywalczyć dla Polski wolność, a stracili wszystko.
     I powiedział jeszcze, żeby się niczemu nie dziwili i byli wyrozumiali, bo tych ludzi przez dwa miesiące zabijali, bo zabili im dzieci, rodziców, braci, bo oni byli przez całe dwa miesiące jak w celi śmierci i mogą być chorzy... no tacy...  jak obłąkani.
     Niedźwiedź był wsią położoną w miejscu schodzenia się trzech dolin. [...] Moją przystanią okazało się gazdostwo pana Białonia - brata Tadeusza.
     Sypiałam na skrzyni, między łóżkami gospodarzy. Wstawałam o 5-tej rano, kiedy to gospodyni już paliła w piecu i śpiewała niekończące się godzinki. Obierałam kartofle, przygotowywałam żarcie dla bydła, sprzątałam i wyganiałam krowy i owce w góry.
     Pasłam do zmierzchu. Od zimna miałam jakąś starą katanę gospodyni, od deszczu worek po grochu, który się preparowało na rodzaj kaptura z peleryną, wciskając jeden róg do środka. Żeby nie marznąć chodziłam bez przerwy i śpiewałam piosenki - harcerskie, powstańcze i jakie tylko mi się przypominały. Popatrywałam przy tym w stronę Turbacza, bo tam, za nim, była Bukowina. Zdawało mi się, że jakby się tak wziąć, to na piechotę, by się doszło - zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z odległości.
     Nauczyłam się "zawoływać" po góralsku na sąsiednie wierchy i bardzo się cieszyłam, jeśli ktoś odpowiedział. Skrzykiwaliśmy się czasem w kilkoro, paliliśmy ognisko, żeby rozgrzać zgrabiałe i ustawicznie mokre ręce, oraz wymienić najnowsze wiadomości ze wsi.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten