Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ludmiły Niedbalskiej


foto

     Z 7/8 listopada wyruszyłyśmy z Mamą na rekonesans do Bukowiny Tatrzańskiej.
     Tłukłyśmy się bez końca klasą chyba piątą. Wagony typu w każdym przedziale drzwi, bez szyb, czasem i bez tych drzwi. Wzdłuż wagonu na zewnątrz stopnie, a na nich ludzie, głównie młodzi mężczyźni. W środku tłok niemożliwy - paczki, kosze, baby w chustkach, kożuchach, stoją, siedzą sobie na kolanach, jakiś dzieciak wrzeszczy, ktoś oczywiście się modli, a ci na stopniach, trzymając się sinymi z zimna i wysiłku rękoma za framugi okien i drzwi, deliberują głośno "co by było, gdyby teraz...". Są czujni, przy każdym zwolnieniu pociągu gotowi do skoku i zniknięcia w docierającym aż do torów lesie. [...]
     Do Poronina dotarłyśmy gdzieś koło południa. Potem piechotą na Bukowinę - 12 km. Szło się dobrze. Chłodno, ale pogodnie, jesienne słońce, znajome góry, Niemców jakoś nie widać. Na wszelki wypadek szłyśmy raczej stokiem, nad rzeką, lasem, niż drogą. Za rozgałęzieniem na Małe Ciche szłyśmy ścieżką pod lasem i wtedy Mama nie wiem, czemu zostawiła mnie na chwilę i poszła do najbliższej chałupy. Stałam najpierw spokojnie, potem niespokojnie, potem bardzo niespokojnie i w końcu zaczęłam ryczeć. Poczułam się nagle osamotniona, a w ślad za tym przyszła przerażająca myśl, że Mamę złapali Niemcy. Z lasu wyszedł góral, którego się najpierw przelękłam.
- "Eee... cóż to płaczesz? Straciłaś se matusie? A dy nie trzeba płakać, matusia sie zaraz wróci, wies?".
     Przestałam ryczeć. Góral mówił po ludzku, spokojnie i w ogóle był, więc od razu zrobiło się raźniej. Mama zresztą rzeczywiście zaraz wróciła, pogadała z góralem i pomaszerowałyśmy dalej.
     Do Krzyżówki wspinałyśmy się po stromym zboczu, w czerwonym świetle zachodzącego słońca. Byłyśmy widocznie bardzo wycieńczone, bo szłyśmy z trudem, z przystankami i na górę dotarłyśmy już po ciemku.
     Chowańcowie zdębieli. Najpierw nie mogliśmy się porozumieć - zaczynało się mówić i nie kończyło, zaczynało co innego i znów stop. Wzruszenie, zaskoczenie, zmęczenie, radość, świadomość tego, że coś jest tak jak było mimo huraganu, który się przetoczył, wszystko to splątało się w jakiś obezwładniający kłąb. W końcu coś żeśmy zjedli, zaczerpnęli tchu i zaczęły się opowieści, a może raczej wymiana informacji i omawianie sytuacji, planów. Siedzieliśmy w kuchni przy lampie naftowej. W piecu mamrotał ogień, pan Chowaniec rzeźbił i albo słuchał uważnie, albo sam mówił powoli i spokojnie. Było ciepło i bezpiecznie.
     Na Bukowinie nie zostałyśmy.
     Byłam zrozpaczona, nie rozumiałam, o co chodzi, czułam się oszukana. Mama mi wytłumaczyła: Bukowina jest mała, obcych zobaczy się od razu. Niemcy wyłapują Warszawiaków, w Zakopanem były aresztowania, nie wiadomo, co mogą zrobić ci, co podpisali "góralen-volkslistę". Nie możemy narażać naszych przyjaciół - górali. Jakoś sobie tam poradzimy. Huragan wkrótce się skończy. [...]
     W połowie listopada przyszedł list od Taty. Była to odpowiedź na kartkę, którą Danka wysłała po niemiecku, bez blankietu, na los szczęścia z podaniem adresu. List był gorzki, bezradny, radość, że żyjemy, przysłaniała rozpacz i niepokój, co dalej.
     Ocena hierarchii wydarzeń i strat, ich tam, była inna niż nas tu. Nam nie było "najbardziej żal pamiątek, dokumentów i fotografii". W ogóle na jakikolwiek żal w naszych doznaniach nie było miejsca. Był natomiast trzeźwy upór, żeby żyć możliwie normalnie mimo istniejącej sytuacji, a kiedy się to skończy wrócić do Warszawy. [...]
     Na przełomie listopada i grudnia przeniosłyśmy się "na swoje". Był to samodzielny pokój w domu niejakich państwa Cichorzów. [...]
     Nasz pokój wypadał nad oborą, był więc dość ciepły. Ale przede wszystkim był samodzielny, z drzwiami do sieni i strasznie dużym ceglanym piecem, z kominem przebijającym strych. Szpary w drewnianej polepie koło komina przepuszczały chłód i myszy, które w nocy spadały wprost na blachę, po czym z piskiem rwały z powrotem na górę. Byłyśmy teraz razem i wprawdzie nie było co jeść, w co się ubrać, ani czym palić - poborów też Mama jeszcze nie dostawała - ale nie byłyśmy na łaskawym chlebie. [...]
     Szła zima. Ze strachem o tym myślałyśmy. To co wyniosłyśmy z Powstania było niczym - głównie rzeczy letnie. Nikt nie myślał, że to będzie trwało tyle czasu. Front był słyszalny tam w Warszawie - tu nie był. Niemcy panoszyli się po staremu. Ale mimo wszystko życie w naszej rodzinie stało się normalniejsze. Mama uczyła w szkole i ja też zaczęłam tam chodzić. [...]
     Wstawałyśmy obie jeszcze po ciemku, myłyśmy się w zimnej wodzie i goniłyśmy bruzdą wydeptaną w śniegu, przy czym miałam przykazane "iść po śladach". Znaczyło to, że mam wchodzić w dziury, które Mama zrobiła już swoimi butami. Wtedy moje letnie pantofelki nie przemiękały. To znaczy przemiękały, tyle że śnieg nie przylegał mi do nóg do wysokości kostek i powyżej". [...]
     Sytuacja była marna, ale nie tragiczna. Tragiczna zrobiła się 21 grudnia: wysiedlenie do wsi Korzenne koło Nowego Sącza. Nie było odwołania, rozkaz był tyleż zaskakujący, co kategoryczny, podpisany przez przewodniczącego RGO - księdza Baradzieja.
      Z pakowaniem nie byłoby większego problemu, bo nie bardzo było co pakować, gdyby nie to, że jednak brałyśmy wszystko, co się dało, nawet sienniki.
     W normalnie potwornym tłoku dotarłyśmy do Nowego Sącza. Mama zostawiła Dankę na dworcu z rzeczami, a my obie poleciałyśmy do RGO, czy też kuratorium. W obskurnym pokoju odbyła się nerwowa, krótka rozmowa, natychmiast cofnięto rozkaz i pognałyśmy z powrotem. Na dworcu już coś odjeżdżało do Mszany, władowałyśmy się wszystkie w pośpiechu i tłoku do wagonu, pociąg ruszył i wtedy okazało się, że nie ma Danki. Poszła więc przez wagony ustna sztafeta - bo przejść się nie dało - Danuta Niedbalska, Danuta Niedbalska z Warszawy. Danki nie było. Dojechałyśmy do Mszany o zmroku. Wydobyłyśmy się z tłoku, Mama zobaczyła jakiś wóz z Niedźwiedzia, oddała mnie pod opiekę woźnicy, miałam jechać do Cichorzów i czekać, a sama miała wracać szukać Danki. Mieniło mi się przed oczyma, całe ciało piekło i bolało.
     Poza tym lało, więc trzęsłam się z zimna i mokra, oraz strachu, że ukradną rzeczy.
     Zaskoczeni Cichorzowie dali mi coś do jedzenia i gorącego do picia, ale ja niczego nie chciałam. Miałam wrażenie, że nie są oni z naszego powrotu zadowoleni. Zwinęłam się na sienniku w naszym zimnym pokoju i całą noc czuwałam.
     Rano pani Cichorzowa zmusiła mnie, żebym coś przełknęła i posiedziała w ciepłej kuchni. Jacek (?) wyciągnął kredki, papier i zaczęło się rysowanie. Nie dałam się jednak oderwać od okna, z którego było widać drogę z Niedźwiedzia. Gapiłam się wciąż w ponurą perspektywę, wypatrujących "moich".
     "Moje" dotarły dopiero w nocy. Od razu zrobiło się jasno i bezpiecznie, wobec czego świadomość mi się skończyła.
     Boże Narodzenie.
     No, takiego tośmy ani jeszcze ani już nie przeżyły - bez domu, bez choinki, bez jedzenia. [...]
     Jakoś tam ogarnęłyśmy pokój, nazbierałyśmy chrustu, umęłam osobiście trochę żyta. Spadł świeży śnieg, chwycił mróz. [...]
     Wigilię więc mamy taką:
     1. chlebek,
     2. kluski z żytniej mąki posypane suchym makiem - takim prosto z makówek - i cukrem,
     3. galas, (który wszedł na zawsze do naszego słownika i menu wigilijnego).
     A wszystko to na wysokiej ławie przykrytej prześcieradłem i przy świecy. Talerz dla Taty - następne święta już razem - prawda? Ogień trzaskał, śpiewałyśmy kolędy, [...].
     Coraz rzadziej wychodziłam z domu. Działo się ze mną coś dziwnego. Rzekomy świerzb przekonywał, że nie jest żadnym świerzbem, tylko jakimś innym draństwem. Wysypka rozlazła się na język, podniebienie, dziąsła. Nie bardzo mogłam jeść - lepiej było z piciem, zwłaszcza czegoś kwaśnego. Wrócił lekarz, stwierdził zapalenie błon śluzowych w ustach i zaaplikował płukanie silnym roztworem wody utlenionej i pędzlowanie chlorkiem srebra. Dławiłam się tym, nie bardzo pomagało, ale czyniłyśmy wysiłki.
     Mrozy trzymały. Wyciągnięta ze studni doktora woda, pokrywała się lodem zanim ją doniosłam do domu. Co prawda niosłam ją z przystankami, jako że nie mogłam unieść wiadra, napełnionego tylko w 3/4, ale mimo wszystko.
     Chodziłyśmy z Danką po chrust nad rzekę, na tzw. odowsie (?). Przez nagie drzewa widać było, co się dzieje na drodze. Dzięki temu zobaczyłyśmy kiedyś zatrzymujących się przed naszym domem Niemców. Schowałyśmy się w krzakach i czekałyśmy, co z tego wyniknie. Mamy w domu nie było - może po nią? Po nas? Po jakimś czasie Niemcy odjechali. Ale my jeszcze długo siedziałyśmy nad rzeką. Wreszcie skostniało, odważyłyśmy się wrócić. [...]
     Mama wróciła i wyjaśniła się sprawa Niemców: przyszli tylko po jedzenie. Pani Cichorzowa wyniosła im worek kartofli i coś tam jeszcze. Mama nie mogła się z tym pogodzić - Niemcom dało się worek kartofli, a nam odmówiło nawet kilograma. Takich przykrości było więcej. Mama dostała przydział dwu metrów drzewa. Tyle, że rosło ono sobie w lesie. Trzeba je było ściąć, obrobić, a tego już naprawdę nie byłyśmy w stanie zrobić same. I nikt, nawet za odstąpienie połowy, nie chciał nam pomóc i nie pomógł.
     Więc zostało łażenie nad rzekę lub kupowanie drzewa po wysokich cenach lub "za coś". A za co?
     Coraz częściej leżałam w łóżku z zimna i braku sił. Wysypka nie dość, że nie ustępowała, potęgowała się. Coraz trudniej było mi jeść, a nawet mówić. Szczęściem bryja mogła być prawie płynna. Bardzo chciałam pić zsiadłe mleko lub sok z kwaszonych ogórków. A ni było. W desperacji Mama poszła do księdza Baradzieja - dał pół szklanki cukru.
     Przyszedł list do Taty, ze smutnymi życzeniami świątecznymi. Nic nam nie mógł pomóc, więc chociaż próbował natchnąć nadzieją. Siebie też. [...]
     W połowie stycznia wegetowałam już w łóżku bez przerwy. Mama już od dawna nie maltretowała mnie ługiem, pędzlowała mi jedynie gardło i usta i usiłowała wmuszać bryję, niczego więcej zrobić nie było można. Wkrótce zabrakło też wody utlenionej i tego srebra. [...]
     Do szturmu ruszyły upiorne bóle głowy, które nie pozwalały mi już na nic, poza leżeniem z czymś tam nakrytą głową.
     Wtedy zaczęło być inaczej. Nocami było słychać dalekie detonacje, nabierające z każdym dniem mocy i częstotliwości. Front. Czy tu do nas dojdą, do tego zagubionego w górach rękawa? Czy ominą? Co zrobią Niemcy?
     Niemcy oczywiście zrobili ostatnie draństwo. Zostali we dworze, a kiedy kanonada była już tuż, tuż, wyszli do okopów, które ciągnęły się wzdłuż lasku na stoku Kotelnicy. (Tam, gdzie szukałyśmy choinek na święta). Byli więc naprzeciw i powyżej naszych domów. Żeby sobie oczyścić przedpole, wyszli z kolei z tych okopów i zaczęli palić wszystko, co poniżej.
     Powstała panika. Ludzie uciekali z domów łapiąc w pośpiechu, co się dało i wyganiając chudobę. Trzeba było zwijać się błyskawicznie i pędzić do wsi. Od paru dni byłyśmy w pogotowiu, ubrane i spakowane. Cichorzowie złapali nasze graty i wraz ze swoimi schowali w którejś z piwniczek za drewutnią, po czym zawalili drzewem drzwi.
     Uciekaliśmy na odewsie (?), do rzeki. Dranie strzelały, więc kryjąc się między krzakami biegliśmy wprost przez zamarzniętą rzekę, byle dalej, do domów na przeciwnym stoku doliny. W sinym zimowym dniu, zapadając się w śnieg, z tłumokami i przerażonymi dziećmi, ludzie gnali za jakieś zasłony z czegokolwiek. Na stoku zamykającym dolinę od wschodu pojawiły się w regularnych odstępach jakieś postacie - żołnierze? Partyzanci? Ruscy? Już zniknęli. A może to Niemcy? Otaczają nas? Strzelanina ucichła - co to znaczy?
     Wdarłyśmy się na stok i do jakiejś chałupy. Ale już słychać wrzaski Niemców, płacz, pojedyncze strzały. Za oknem biegną ludzie.
- "Uciekajcie! Idą po tej stronie!"
- "Palą cholery! Palą po tej stronie!"
- "Karpiel się pali!"
     Wyskakujemy z domu i biegniemy w górę, za stodoły, płoty. W dole dym i ogień. Przypiera nas do ziemi seria, druga, poleciały gałązki nad głową. Przywieramy za oblodziałym wykrotem w płytkiej dolince, biegnącej korytem zamarzniętego potoczku - niestety prostopadle do rzeki. Wokół nas skulone postacie powbijane jak się da w śnieg i załomki, widoczne dla Niemców na białym śniegu, między nagimi drzwiami. Nawet świerczków tu nie ma. Więc prują spokojnie długimi seriami przy najmniejszym ruchu i bez.
     Cisza. Krzyki z kierunku, z którego przyszliśmy. Cisza. Ktoś się podsunął do kogoś, ktoś podniósł ostrożnie głowę, ktoś nawet wstał. Naradzają się, chyłkiem odchodzą. Wstajemy i my. Ostrożnie, kryjąc się biegniemy do odległych chałup. Jakoś nie strzelają. Zbiera się gromadka ludzi. Czekamy. Zimno. W piecu nie można palić, żeby nie zwrócić uwagi. Podobno wysłali do Niemców dziewczyny z ogolonymi głowami. Widocznie jakoś powstrzymały tych cholernych piromanów, bo wciąż cisza. Ludzie ponoć już gaszą chałupy, a nowych pożarów nie widać.
     Dalej nie wiadomo, co robić. Niemcy wrócili do okopów, Ruscy milczą, chociaż te postacie na Witowej Górze, to chyba byli oni. Na co czekają? A nasi? Czemu z lasu nie idą? Przecież wytłukliby ich teraz bez większego wysiłku. Podobno pan Cichorz i kilku górali poszło do ?Księżego lasu", żeby ich ściągnąć. Ciemny, rozbielany śniegiem dzień nie chce się skończyć.
     Wokół ludzie obojętni lub wręcz nieżyczliwi. Nie wytrzymujemy. Wygląda na to, że jest spokój, więc spróbujemy dostać się do domu. Czekamy do zmroku - który zresztą też jest długi i rozbielany śniegiem. Nie ma co. Trzeba iść. Schodzimy ślizgając się i przewracając płytkim rowem rozjeżdżonej, chociaż zamarzniętej drogi, prowadzącej do rzeki. Zobaczyli nas. Strzelają. Błyskawiczny, wysoki wizg tuż koło głowy. Danka ściąga mnie na ziemię. Rów tu na szczęście lekko skręca w lewo, więc leżymy w śniegu za zrębem ziemi. Jeszcze kilka strzałów. Cisza. Czołgamy się w dół dopóki się da za skarpą. Niżej jakiś sąg drzewa. Zresztą już zaczynają się chałupy. Przeskakujemy ostrożnie za płot. Cisza. Teraz biegiem przez kawałek pola między rzeką, a płotem nowej szkoły w Porębie. Teraz już bezpiecznie. Od góry, od okopów zasłaniają zabudowania, ciemność nieco zgęstniała. Ostatni przeskok przez gospodarczą drogę koło naszej obory i już jesteśmy za podmurówką z wielkich kamieni.
     Obora to najbezpieczniejsze i najcieplejsze miejsce. No i są zwierzaki, kury - zawsze raźniej. [...]
     Nie wiadomo było która godzina. Danka wprawdzie miała zegarek, ale było za ciemno, żeby coś na nim zobaczyć. Czas puchł i skracał się poza naszą świadomością. Może to trwało 10 godzin, a może dwie? Może jest 4-a rano, może 11-a wieczorem? Strzelanina się wzmogła, krowy porykują, mimo, że dostały siana, pewnie chcą pić. Góral ostrożnie uchylił drzwi, nabrał śniegu do wiadra. Strzelanina wdarła się ostro do środka wraz z mroźnym powietrzem, odskoczyła za mury równo z zamknięciem drzwi. [...]
     Znów minął jakiś czas. Było zupełnie cicho. Noc i niepewność nie miały końca. Górale zamilkli w swoim kącie.
     Nagle nastawiamy uszu - jakiś szmer, coraz bliżej, lekkie szuranie. Na górze lekkie stuknięcie, za chwilę coś skrobie do drzwi.
- "To ja" - słyszymy głos Danki. Zamykamy za nią drzwi.
- "Chyba idą" - mówi cicho. Włazi do mnie do kurnika.
     W poświacie za oknem widać jakieś cienie, ktoś ciągnie coś turkoczącego, tyłem, cichy skrzyp ciężkich kroków, szamotanie. Czekamy na... i jest. Stukanie do okienka, przyciszone męskie głosy. W każdym razie to chyba nie są Niemcy. Wolne, ostrożne kroki i stukanie tym razem do drzwi.
- "Eeeej! ...Ej!" - śpiewny szept do kogoś dalej - "nu dawaj, dawaj!" - "nie otwierajmy!" - jęknęła góralka. Mama oczywiście otworzyła.
- "Kto zdies?" ["Kto tu jest?"].
     Facet zastawił chyba niskie drzwi sobą całkowicie, bo tak samo ciemno jak było. Dogadali się z Mamą po rosyjsku i za chwilę jak w niemym filmie - zagotowało się, chociaż prawie nic nie słychać. Coś wnoszą, ktoś wychodzi, bieganina za oknem, znów coś przytaskali. Ciężkie, stłumione, ale liczne kroki nad nami - weszli do domu na górę. Coś postawili na środku obory, coś ciągną, coś montują, ciche stuknięcia i za chwilę:
- "Liena Liena Liena... Liena Liena... Liena...Liena...".
     Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ten facet ma być Ruski, skoro mówi po polsku i dlaczego nagle teraz telefonuje do tej pani Leny. Siedziało ich teraz w oborze ze czterech: dwu przy tym urządzeniu, jeden oparty o kurnik, (zasłaniał mi całe drzwi), a jeszcze jeden bez ustanku kursował na zewnątrz. W pewnym momencie ten od "Liena, Liena" ożywił się nagle, zaczął bardzo szybko gadać - to jednak nie było po polsku. Tamten wpadał i wypadał częściej niż dotąd. I w zupełnej do tej pory ciszy rozszalał się huragan. Strzelało wszystko i zewsząd, ciężkie, lekkie, seriami i pojedynczo. Chyba na rogu naszej obory stał CKM - tak bliskich i innych serii jeszcze nigdy nie słyszałam. A przez to wszystko przebijało się nieustannie: "Liena, Liena...". [...]
     Trochę się rozjaśniło. Oswoiliśmy się nawzajem. CKM przenieśli gdzieś dalej, zaczęły się pogaduszki. Mama dała im jakiejś zupy - oni nam chleba, którego od dawna nie jadłyśmy. Po "blaszanych" plackach było to niebo w gębie. Kury się pobudziły i zaczęły łazić. Wszędzie. Przesiadłam się na daszek kurnika. Wykryli Dankę i z miejsca jeden z nich - chyba oficer - zaczął konferować z Mamą w sprawie ożenku. Mama tłumaczyła, że ona ma dopiero 17 lat, ale nic go nie mogło przekonać: zabiera Dankę i nas obie do siebie na Syberię, tam są piękne lasy, góry, będzie nam dobrze, bardzo dobrze. Mama spytała nas o zdanie. Nie chciałyśmy. Pogłaskał mnie wielką, jak bochen chleba, ręką po głowie.
     W pełniejszym już dniu zaczęłyśmy rozróżniać twarze i coś na zewnątrz. Za otwartymi drzwiami spali wprost na śniegu umęczeni żołnierze.
     Najstarszy z "naszych" Rosjan, ze słuchawkami na uszach monotonnie wywoływał centralę. Kura wlazła mu na ramię.
- "Nu...ty szto?" - mruknął i spróbował ją zrzucić. Ona nic więc powiedziawszy, że gdyby Mama nie mówiła po rosyjsku, to by jej ukręcił łeb - znaczy kurze - dalej wołał to swoje "Lena". Widocznie czuł jakieś powinowactwo plemienne z kimś kto zna język, którym on sam mówi. [...]
     Stałyśmy na ganku naszego domu. Z przeciwległego stoku, pod śniegiem zasłanej łące, złaziły od okopów, szeregiem, ciemne postacie. Eskortowali je radzieccy żołnierze, w białych kombinezonach ochronnych na mundurach. Na dole czekali już "nasi" krasnoarmiejcy i zbiegający zewsząd ludzie. Wszyscy darli się, machali rękami, witali z obcymi, z Ruskimi, z nami, nagle życzliwi, przyjacielscy. Działo się coś niezwykle ważnego w owej chwili, coś z nas opadało, chociaż nie uświadamialiśmy sobie, o co właściwie chodzi.
     Chcieliśmy zobaczyć tych "psiekrwiów" - jak mówili górale - z bliska. Złazili z podniesionymi łapami, ustawiali się karnie w szeregu, nagle zarośnięci, oberwani, wynędzniali, z cholernymi oczkami pochowanymi na dnie zapadniętych oczodołów. Pogardliwa nienawiść osaczała ich stojących z tymi wciąż podniesionymi łapami, bez broni, bez pasów, od razu z drani - władców, jak królewny w żabki, zamienionych w drani - żebraków.
- "O ten! Ten  palił!".
     Ludzie mieli przed sobą tych, którym zawdzięczali swoje krzywdy. Nacierali ławą na pilnowanych z trudem przez żołnierzy, Niemców. Rozpoznawali swych prześladowców. Krzyżowały się wyzwiska, okrzyki nienawiści, żądania natychmiastowego wymierzenia kary. Jeszcze chwila, a zlinczują te przerażone gadziny.
- "No katoryj?! Ten?!" - radziecki oficer trącał lufą wyciągniętego nieoczekiwanie pistoletu oniemiałych ze strachu jeńców.
- "Tak! Ten! Ten!".
- "No na! Strielaj!" - oficer nagłym ruchem podał krzyczącemu góralowi pistolet.
     Tłum stanął, umilkł. Góral już chwytał pistolet i... zawahał się. Powoli schował ręce do kieszeni. Oficer spojrzał pytająco po ludziach.
- "No... praszu?!
     Nikt się nie ruszył. Nienawiść, pogarda, zemsta tak - ale tak po prostu zabić?
     Oficer schował pistolet, wydał odpowiednie rozkazy, żołnierze otoczyli zeszmaconych "übermenschów" i ruszyli do wsi. Ludzie towarzyszyli im ciskając pod adresem "psiekrwiów" przekleństwa i słowa nienawiści, chcąc chociaż w ten sposób zrekompensować sobie nieszczęścia. [...]
     Z tych upojnych trzech miesięcy pamiętam niewiele, ale za to bardzo dokładnie. A więc.
     O różnych porach w dzień lub w nocy, ale tylko przez godzinę mniej więcej i raz na dobę, miałam bardzo wysoką gorączkę, z towarzyszeniem bardzo silnego bólu głowy. Potem telepałam się z zimna i nie miałam siły mówić. I nie mogłam. Nie pozwalało mi owrzodzenie języka - ale to już bez względu na te ataki gorączki. Wciąż chciałam pić kwaśne rzeczy i miałam wrażenie, że oczy mam umieszczone w takich jakichś tunelach w głowie, bardzo głęboko. Jak bym patrzyła przez lornetkę w odwrotną stronę. [...]
     "Tych chudych nie sposób dobić" - według tej zasady, bez pomocy lekarskiej, wbrew zasadom biologii i medycyny - wyżyłam. Śniegi ruszyły, zaczęłam się jako tako trzymać na nogach, więc w pewien słoneczny, wiosenny, chociaż jeszcze zimny dzień, wyruszyłyśmy z Mamą, piechotą, do Mszany do doktora. Ciapa była po kostki, wiał dość ostry wiatr, ale oddychało się wspaniale. Przystając, przysiadając, przewędrowałyśmy te 8 km w pogodnym, wręcz beztroskim nastroju.
      Stary lekarz obejrzał mnie dokładnie, "zajrzał do gardła, zajrzał do ucha" i powiedział:
- "Boże! Po co Pani to dziecko dręczyła. To nie żaden świerzb - kompletna awitaminoza. Wyżyła..." - pokręcił głową - "dzielna dziewucha. Teraz tylko mleko, jajka, ser, słońce i powietrze. I niech robi co chce". [...]
     Szkoła jeszcze nie funkcjonowała, ale władze płaciły Mamie jakieś pobory. Małe bo małe, ale zawsze. Sytuację ratowała Danka stawiając karty - "na 24" i "na 36"... Przychodziły do niej kobiety ze wsi, a że karta Jej "szła", dużo rzeczy się sprawdzało, więc fama szła, a uszczęśliwione góralki znosiły jajka, mleko, czasem masło, mąkę.
     Zdarzyło się Dance wywróżyć jakiejś gospodyni z za rzeki - n. b. z tego wierchu, na którym kryłyśmy się przed podpalającymi chałupy Niemcami - że "młody szatyn niespodziewanie z dalekiej drogi". Kobieciny się rozpłakała.
- "Pani, dy to mój syn! Ale to ani niemożliwe, już dwa roki jak Niemcy pisali, że na tyfus w obozie... Napisali, mam papiery...Danka zgłupiała, zaczęła dukać, że to może kto inny, że to "niespodziewanie", więc można nie zna, może co.
     W jakiś czas potem kręciłam sobie żółtka z cukrem na ganku, słoneczny dzień kipiał radością, bez kłaniał się do ziemi i jakiś facet zerwał gałązkę. Miałam właśnie rozedrzeć się, że tego się nie robi itd., kiedy facet wszedł na ganek i poprosił o wodę. Był w bardzo zniszczonym swetrze i wojskowych spodniach. Przyglądałam mu się, kiedy pił z granatowego garnuszka. Ze strasznie zmęczonej twarzy patrzyły duże, smutne, bardzo życzliwe oczy. Siwe - takie ni to niebieskie, ni to szare. Poszedł.
     A pod wieczór przyleciała z za rzeki tamta góralka z kobiałką masła, sera, jajek i znów zabeczana tylko inaczej.
- "Pani! Wrócił! Pani powiedziała i on wrócił! Wtedy uciekł z tego obozu, a teraz przez Węgry, na piechotę Pani i wrócił! Tyli świat na nogach! I Pani powiedziała!".
     W końcu wszystkim nam się mokro w oczach zrobiło. Z radości.
     Ale wyżyć się z tego wszystkiego nie dało, nawet przy Mamy prywatnych lekcjach. Zbliżał się przednówek, żądano coraz wyższych cen za nabiał, a tu trzeba było dźwigać się z kilkuletniego zagłodzenia. Trzeba też było próbować wracać do Warszawy. [...]

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten