Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner


foto

     1 sierpnia wyszłyśmy przed piątą po południu przed dom - i natychmiast musiałyśmy wracać, bo się rozległa strzelanina, na ulicy były czołgi. I zamieszkałyśmy w piwnicy. Mamusia miała przygotowaną spiżarnię pełną jedzenia, tak, że mogłyśmy trwać przez długie miesiące tak zaopatrzone. Niestety, 3 sierpnia zostałyśmy z tego domu, z piwnicy, przepędzone przez Ukraińców chyba - żołnierzy w takich czarnych mundurach, z miotaczami ognia, z których do okien mieszkań strzelali czy też miotali ogniem. Nie mogłyśmy się już dostać do swojego mieszkania, tak, że zostało nam tylko to, co było przy nas w tej piwnicy. Przepadła ta spiżarnia z cudownym zaopatrzeniem, a myśmy poszły w głód i poniewierkę. Mamusia miała na sobie futro, chociaż było upalne lato, i tobół jakiś, może kołdra tam była, może poduszka. Jedzenia nie było, zostało w tej spiżarni.
I wszyscy zostali wyprowadzeni na ulicę?
    
Tak. Wszyscy zostaliśmy, przy okrzykach "Raus, raus!", wypędzeni przed dom. Był tam już tłum mieszkańców nie tylko naszego domu, ale również sąsiednich, którzy przedostawali się z ulicy Oleandrów, po desce umieszczonej nad dachami nad fabryką "Motor", do naszego domu. A to był ostatni dom, bo dalej Aleja Piłsudskiego i skwer. I wygarnęli nas wszystkich. Ci panowie z miotaczami ognia, z podwiniętymi czarnymi jakimiś koszulami, kubrakami, mundurami, zaczęli ustawiać nas pod murem domu. I nas też ustawili: mamusię - nie wiem, gdzie był tatuś - i nas trzy. Podszedł elegancki oficer niemiecki - w białych rękawiczkach, a jakże - odliczył: "Ein, zwei, drei!", bo myśmy wyglądały jak trojaczki, wszystkie ubrane jednakowo, i zabrał nas od tej ściany. I to był sygnał dla reszty tłumu - ktoś krzyknął "Uciekajmy!" i cały ten tłum się rzucił w stronę Placu Zbawiciela. To był niewielki odcinek, 200 metrów. Oczywiście trwała strzelanina, mamusia nawet upadła w pewnym momencie, ale się podniosła, nawet niedraśnięta; może się potknęła. Dobiegłyśmy do kościoła  Zbawiciela i tam odnalazłyśmy tatusia. I siedziałyśmy razem z powstańcami w podziemiach tego kościoła, gdzie były trumny, jakieś katakumby. Dla dziecka to było przerażające - takie trumny poustawiane. A w tych trumnach spali powstańcy - chyba były puste, nie wiem.
Ale zapamiętała pani, że z cywilami byli również powstańcy?
    
Tak, byli tam też powstańcy. Tatuś zaczął mamusię nakłaniać, żebyśmy się przedostali nocą przez ulicę Mokotowską - bo ulica Mokotowska to była granica z tak zwaną "dzielnicą powstańczą".
To była linia frontu.
    
Tak. Żebyśmy się nocą przedostali i w ten sposób wyszli z tego osaczenia. A mamusia - i to są takie nieodwracalne decyzje - nie chciała. Ja niestety to słyszałam. Uważała, że jesteśmy my trzy i że jest to zbyt ryzykowne. Być może wtedy by się uratowało życie ojca, nie wiem. Ale nie zdecydowała się na to przejście i zostaliśmy w kościele.
     Następnego dnia poszłyśmy na górę na mszę. Ksiądz odprawiał mszę - i padł przed ołtarzem. Być może został zastrzelony - nie wiem. Pamiętam, że ksiądz upada - ja wtedy klękam i modlę się do Anioła Stróża. Wygarniają nas z tego kościoła. Tam było więcej ludzi. Gdzie byli w tym czasie powstańcy - nie wiem. To już była ludność cywilna - mężczyźni, kobiety, dzieci. Wyganiają nas przed kościół Zbawiciela, rozdzielają nas - mężczyzn i chłopców, takich większych młodzieńców - każą się kłaść na chodniku przed kościołem. Moja siostra, Kasia, która uwielbiała ojca, uwiesza się u jego ręki i ja widzę, że ojciec ma kilka zegarków na przegubie - bo się rękaw podciąga - i pokazuje ojciec te zegarki temu Ukraińcowi czy komuś. Nie wiem, kto zarządzał tą selekcją, bo tego nie pamiętam, byłam bardziej skupiona na widoku ojca i siostry -  to ostatnia scena, w której widzę ojca, i siostrę, wiszącą na jego przedramieniu, te zegarki, i krzyk jej straszny, i Ukraińca, czy innego wojskowego, który siostrę odrywa. Ojciec mój dobrze znał niemiecki i coś mówił do niego (a może po rosyjsku, bo rosyjski też mógł znać, jako że pochodził ze Wschodu, z okolic Stanisławowa) -  że ma jeszcze inne dzieci. Ale to też nic nie pomogło - tyle, że siostra się znalazła koło nas cała.
     Ci mężczyźni zostali tam, na tym chodniku, a nas pognano w stronę alei Szucha, na dziedziniec Gestapo. Tam pamiętam okna dobrze osłonięte workami z piachem i wycelowane w nas, w tę bezwładną, biedną gromadę kobiet i dzieci, bo tylko takie były osoby na tym dziedzińcu, pistolety - chyba maszynowe, jako dziecko nie byłam w stanie ocenić, co to było. I tam koczowałyśmy, całą noc - taką straszną noc rozjaśnianą łunami i opadającymi wielkimi płatami spalonych, nie wiem: papierów? Oczywiście nikt nie myślał o żadnym jedzeniu, o żadnej higienie, o niczym. Siedziało się tam w jednej wielkiej gromadzie.
     Następnie przeniesiono nas na Plac na Rozdrożu i tam siedziałyśmy. Robiono takie inscenizacje przed tymi biednymi kobietami i dziećmi: wózek - jak ryksza, tylko bez roweru - pełen trupów powyciąganych, prawdopodobnie powstańców, i powstaniec, miał opaskę nawet na ręce, ciągnący to - i ci żołnierze naśmiewający się i bijący go. I wtedy te kobiety i dzieci zaczęły śpiewać bodajże Kto się w opiekę odda Panu swemu. Niemców to chyba bardzo zdenerwowało.
     Formowała się jakaś kolumna, stały czołgi i samochody z czerwonym krzyżem - i nie wiem czy ten śpiew tak ich zmobilizował, w każdym razie, kto był z brzegu, to zgarniali i ustawiali wokół tej kolumny. I kolumna ruszyła. Podeszliśmy - długo nie szliśmy - do jakiejś barykady. Powstańcy nie strzelali. Ale kobiety krzyczały: "Strzelajcie!" I jacyś mali chłopcy zaczęli rzucać butelki z benzyną. Jeden czołg się zapalił, Niemcy w odwrocie, strzelanina, myśmy wszyscy zaczęli bezładnie uciekać - i do piwnicy. Ta barykada mogła być w pobliżu ulicy Skorupki czy Piusa XI, bo później w jakiś sposób znaleźliśmy się w piwnicy domu przy ulicy księdza Skorupki. I tam koczowałyśmy.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten