Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner


foto

Pamiętam tylko moment selekcji, jak już te lory towarowe, odkryte, stały i rozdzielano, znowu selekcjonowano. W tej grupie jeszcze byli mężczyźni, oddzielano ich, też oczywiście krzyk, rozpacz - rozdzielano rodziny. Mamusi i nas nie rozdzielono - razem zostałyśmy do tej lory wsadzone. W strasznym ścisku się jechało, tak upchani.
     I ruszyły te lory, w drogę, gdzieś w okolice Częstochowy, w tamtą stronę. Czy jechaliśmy do jakiegoś obozu, nie wiem. W tym czasie podobno wywożono warszawiaków - jak wiem teraz z lektury - do Oświęcimia. Ale my szczęśliwie nie dojechałyśmy do Oświęcimia, bo raz był nalot i Niemcy nas wyładowali z tych lor, i koczowałyśmy w jakimś zagajniku. Niektórzy uciekali, ale mamusia ciągle uważała, że z nami nie może uciec, chociaż tam ją namawiali, żeby uciekła - bo łatwo było. Po nalocie znowu nas załadowano i ruszyliśmy. Wiem, że ten transport był konwojowany - był taki ostatni wagon, na zielono pomalowany, i w nim jechali wartownicy. Pamiętam, że dwóch mężczyzn z naszego wagonu się zdecydowało uciec - wyskoczyli i biegli zygzakiem. I padli. Strzelano do nich. Więc widocznie jednak pilnowano nas w tych lorach. Jako dziecko nie zdawałam sobie z tego w pełni sprawy, natomiast zapamiętałam pierwsze jabłka, pierwsze pomidory, pierwszy chleb. Ta serdeczność ludzi, którzy rzucali nam jedzenie. Dobrze, że to były otwarte wagony.
Stali przy torach i rzucali jedzenie?
    
Rzucali. Tak, że już byłyśmy najedzone. Niestety moja siostra zachorowała, ja też byłam chora na szkarlatynę, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Kiedy pociąg się zatrzymał, ludzie podbiegali i podawali chleb - i pamiętam, że biłam się z jakąś kobietą o kawałek chleba. Ona była silniejsza i mi wyrwała. I komentarz mojej mamusi: "Co z mojego dziecka wyrośnie!?". Musiałam się nieźle namocować z ta kobietą, skoro taka uwaga była, a mamusia jakoś nie mogła mi przyjść z pomocą - taka widocznie była sytuacja. Musiałam nieźle wrzeszczeć i łapać ten chleb.
     Znowu się zatrzymaliśmy w jakimś lesie. Ten wagon z wartownikami chyba został odczepiony. Czy to zdecydowali się nas rozpuścić, czy to było odbicie przez partyzantów, to nie wiem, moja mamusia też nie wiedziała, bośmy wszyscy zaczęli gnać przez ten las i znaleźliśmy się w jakiejś stodole. W jednej nas przepędzili, bo powiedzieli, że rozstrzelają ich za przetrzymywanie warszawiaków, ale w drugim domu nas w stodole przechowywali.
     I mamusia natychmiast zdjęła pierścionek z brylantem, który miała na palcu, i za to kupiła mąkę i jagody, piekła jagodzianki, dostała tam piec u tych ludzi. I biegła do pociągu - jakieś transporty jechały, może z takimi samymi warszawiakami - i sprzedawała te jagodzianki. Miałyśmy już co jeść, miałyśmy też jagodzianki. Była bardzo dzielna, zaradna.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten