Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner


foto

     Ale musiała być nie tak daleko od Częstochowy, bo następnie, jak mamusia uzbierała trochę pieniędzy, to wsiadłyśmy do pociągu. I ruszyłyśmy w stronę Częstochowy.
A jak długo pani była z mamą i z siostrami u tych gospodarzy na wsi?
    
Może tydzień. Bo chyba nie dłużej.
W każdym razie krótko.    
     Tak. Następnie mamusia wsiadła z nami do pociągu i to do wagonu dla Niemców. I kolejarz, który był chyba Ślązakiem, nas ochraniał. Zresztą musiałyśmy strasznie wyglądać, nie wiem, jak mamusia miała nadzieję, że będziemy udawać podróżujące Niemki. I nas ten Niemiec ochraniał i wysadził w Częstochowie. Ale w Częstochowie kontrolowali wszystkich na dworcu. I tutaj już pracownicy RGO [Rady Głównej Opiekuńczej] się uwidocznili, bo nas przez okno podano, na ten dworzec w Częstochowie, a mamusi założono fartuch i opaskę. I w ten sposób mamusia przeszła, a myśmy były już w środku. I znalazłyśmy się w Częstochowie; siostra w szpitalu, co jest przez PCK potwierdzone, bo została zarejestrowana, ale jako osoba, która umarła wskutek tej choroby - a ona żyje. Poszłyśmy się modlić, na Jasną Górę i mam jako pamiątkę ten obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, z datą 18 września 1944 roku. Mamusia zabrała siostrę ze szpitala po kilku dniach i ruszyłyśmy szukać rodziny. Pieszo.
A rodzina mieszkała gdzieś w okolicach Częstochowy?
    
Nie wiem czy to takie okolice, bo dostałyśmy się do Komorowa koło Kampinosu.
Aha, czyli był powrót w drugą stronę.
    
Do Warszawy. Ciągle do Warszawy. 30 lipca do Warszawy, właściwie na zgubę ojca, i potem znowu do Warszawy. Chociaż jeszcze wojna trwała. Zbliżyłyśmy się do tego Komorowa i tam mamusia odszukała swoje siostry - była jedna i druga: ciocia Stefa i ciocia Ola, z dziećmi; też po trzy córki miały. I tam, u dalekiej rodziny, wszyscy mieliśmy lokum. Prycze były rozstawione, słoma. I tak bytowałyśmy, aż do ofensywy styczniowej, w czterdziestym piątym roku.
     Mamusia w najgorszych momentach podejmowała najgorsze decyzje - lub najlepsze. Ale ze względu na zagrożenie, to najgorsze. Bo ruszyła z nami z tego Komorowa w stronę dworu Kwiatkówek, bo uważała, że tam będziemy bezpieczniejsze. Nie wiem czy uciekała przed Niemcami, czy przed Rosjanami - pamiętała, zaznaczam, 1920 rok - i dlaczego do tego dworu w Kwiatkówku. I biegłyśmy. Oczywiście koszącym lotem jakiś "bohater" z  kukuruźnika strzelał do nas - ale nie trafił.
     Później poznałam - tak na ironię losu - tych, co latali tymi samolotami. I wymawiałam pułkownikowi Wincentakowi, bo on był właśnie w Pułku Lotniczym "Warszawa", i jeszcze drugi pułkownik Chromy, później generał - bohaterowie: "Ślepi byliście?! Celowaliście do kobiety z trójką dzieci! Dobrze, że niecelnie!". Pozwalałam sobie na takie żarty, które kwitowali milczeniem.
     Znalazłyśmy się w tym dworze Kwiatkówek, no ale tam za chwilę już działania wojenne się posunęły na tyle, że podeszli Rosjanie. I ten strach przed wojskiem rosyjskim! To jako dziecko zapamiętałam. Wszystkie kobiety, młode dziewczyny, schowane były w kominie, gdzie się wędziło wędliny. My, dzieci - pod stołem przykrytym obrusem do ziemi. Pierwsi weszli żołnierze polscy. Przywitali się, zapytali o wodę, dostali i poszli dalej. Następnie wpadli Rosjanie. W jakim odstępie czasu, to mi trudno powiedzieć. A jeszcze w międzyczasie zaplątany żołnierz niemiecki -  który się pytał, w którą stronę ma iść, gdzie są Niemcy.
Wszystko się błyskawicznie działo.
    
Tak. I pamiętam samotną sylwetkę tego oddalającego się żołnierza niemieckiego. Wpadli Rosjanie - "Diewoczki, machorka, wodka!". Wtedy nie znałam rosyjskiego, ale coś takiego było. Jako hasło. Dostali wódkę, bo tam już byli przygotowani z wódką, z papierosami - i wyszli. Czy oni ten dom przeszukiwali, nie wiem. My tam cichuteńko pod tym obrusem chyba tak długo nie siedziałyśmy. Wszystko minęło.
     I wróciłyśmy do Komorowa. Mamusia miała jednak dość tego samotnego dworu. Wróciłyśmy do wsi i pierwsze, co zobaczyłyśmy zbliżając się od dworu Kwiatkówek, to stertę trupów pod ulęgałką. W mundurach niemieckich żołnierzy. I jednego błagającego - bo trwało rozstrzeliwanie - po polsku: "Ja jestem Ślązak!". Ostatnie jego słowa.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten