Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ludmiły Niedbalskiej


foto

     I tak się zaczął pierwszy etap normalizacji naszego powojennego życia. Ciężko było, ale dobrze.
     Wstąpiłam do harcerstwa, z czego byłam bardzo dumna i do czego dążyłam od chwili powrotu do Warszawy. Byłam w 8 Warszawskiej Żeńskiej Drużynie Harcerskiej miałam mundur szary oczywiście, własnoręcznie wykonaną brązową chustę z żółtą tasiemką dokoła i furażerkę z lilijką, po którą tłukłam się gdzieś do Śródmieścia z wielkimi komplikacjami i błądzeniami. Chodziłam na zbiórki, kominki, ogniska, uczyłam się samodzielności, zaradności i umiejętności współżycia z ludźmi. W grudniu złożyłam przyrzeczenie i jestem mu wierna do dziś. Takie przyrzeczenie składa się raz w życiu.
     Chodziłam też na kurs baletowy, prowadzony nie wiadomo, dlaczego przez PCK. Naszą profesor była pani Grafczyńska, osoba o ogromnej wiedzy, znajomości przedmiotu i umiejętnościach wychowawczych. Przepowiadano mi wielką przyszłość, miałam "świetną pracę rąk" i poczucie rytmu i takie tam różne. Chciałam tańczyć liście, łabędzie i inne sylfidy, ale na razie, ponieważ była najwyższa, tańcowałam w pierwszej parze za chłopaka. To było trudniej - pocieszano mnie tak - ale ja byłam z tego powodu bardzo nieszczęśliwa. [...]
     Wieczorami, po odrobieniu lekcji, jeśli nie miałam zbiórki, robiłam z Leszkiem papierosy. Ręczna maszynka nie była bardzo skomplikowana, wymagała jednak precyzji. Oczywiście darłam bibułki, pękało mi to, sypało się, ale w końcu nauczyłam się. W dalszym ciągu nie bardzo miałyśmy w czym chodzić. W tej sytuacji realną pomocą stały się paczki UNRRA. Tuż przed zimą dostałyśmy na szczęście taką paczkę, w której były czarne, płócienne pantofle, z noskami i piętami z czegoś przypominającego skórę. A może to i była skóra. Nazywało się to popularnie "trumniaki". Więc chodziłyśmy w tych "trumniakach" i wydawały się nam one wręcz eleganckie.
     W dniach zbiórek chodziłam w mundurze, ale moim podstawowym odzieniem był granatowy fartuch, pod którym można było ukryć wszystko niedoskonałe, co było pod spodem. W klasie IB najładniejszą sukienkę - przedmiot mojej, a jak się potem okazało całej klasy zazdrości - miała Krysia Hörnig. Była to brązowa, jasnobrązowa sukienka, z kloszową spódnicą, która przy szyi, rękawach i dookoła dołu była obszyta futerkiem. Może to było jedyne dobre ubranie właścicielki - ale dla nas Krysia była wręcz arystokratką, jeżeli nie królewną z bajki. [...]
     W zimie ciocia Pola zachorowała - rak.
     Znów coś wydawało mi się niemożliwe: umrzeć "z choroby"" Wojna, strzały tak, ale choroba? Ciocia leżała w kuchni. Siedziały przy niej na zmianę Lidka i Mama. Któregoś wieczoru Mama zawołała mnie do kuchni. Chciałam z Ciocią porozmawiać, ale ona nie mogła mówić. Pogłaskała mnie tylko po głowie, uśmiechnęła się, złapał ją atak bólu, Lidka chwyciła strzykawkę.
     Bardzo nie chciałam, żeby Cioci nie było. Była dobra, przyjęła nas wtedy, kiedy wszyscy odmówili pomocy. Ale nie chodziło o wdzięczność, to było coś innego, czego nie umiałam określić. I bunt. Protest przeciw czemuś na co się nie ma wpływu.
     Za parę dni, wieczorem, Ciocia chciała gdzieś iść. Mama i Lidka wzięły ją pod ręce, próbowały pomóc iść, tłumaczyły łagodnie, żeby może lepiej, żebym nigdzie nie szła. Przy drzwiach Ciocia osunęła się! Położyły ją do łóżka. Zamknęły drzwi. W nocy Mama weszła do pokoju. Ciocia... bardzo się męczyła. Lepiej, że już nie cierpi. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, buntowałam się, chociaż wiedziałam, że Mama musi mieć rację. [...]
     Mniej więcej w czerwcu 1946 r. zaczął się II etap naszej normalizacji - dostałyśmy samodzielny pokój (przy rodzinie) w domu ZNP przy ul. Krechowieckiej 6. Był to luksus w porównaniu z tym co dotychczas. Państwo Łopińscy byli bardzo zacnymi i życzliwymi ludźmi. Mieszkaliśmy zgodnie parę lat, przeżyliśmy wiele złych i dobrych chwil. Po raz pierwszy zetknęłam się z takim zjawiskiem życiowym, jakim przyjście na świat dziecka, co odbywało się w pokoju obok i co ogromnie przeżyłam. Mała dostała imię Jadwiga. Jagoda przychodziła do nas często, kiedy była już większą dziewczynką, chociaż właściwie to nie tyle do nas, co do naszego kota, łaciatego, małego, wyciągniętego przez Dankę z kadzi z wapnem na jakiejś budowie. W holu dużego mieszkania wisiały jakieś rogi nie wiadomo czyje trofea myśliwskie. Widocznie mała przestraszyła się ich kiedyś i ktoś jej wytłumaczył, żeby się nie bała, bo wychodząc z naszego pokoju brała kogoś za rękę i idąc do drzwi powtarzała spokojnie: "Nie bój się rogi, nie bój się rogi". Nie muszę dodawać, że weszło to do naszego rodzinnego słownika.
     Paczki z UNRRY ratowały nas w dalszym ciągu. Najbardziej lubiłam z ich zawartości twardą, gorzką czekoladę. Ale były tam różności - niektóre przetrwały do dziś. Tłucze się na przykład gdzieś po szufladach jakaś ozdobna spinka do kokardy, szczoteczka do zębów zdatna jeszcze do użytku, grzebyczek dla lalki, który mi świetnie służy do rozczesywania rzęs! Oczywiście głównymi rzeczami o podstawowej wartości było jedzenie - na przykład mąka, która ciągnęła się jak guma i ubranie, oraz cały szereg potrzebnych rzeczy. [...]
     Czekała na nas niespodzianka - Tato! W aandersowskim berecie, z "POLANDEM" na ramieniu. Tato, do którego przez parę tygodni mówiłam "Proszę Pana"...
     No i po miesiącu jakichś kolejnych kolonii, tym razem w Świdrze, wróciła szkoła, zbiórki, balet, pływalnia, lekcje fortepianu, dodatkowy kurs angielskiego w YMCE. Jakim cudem się to wszystko mieściło w czasie - nie wiem. Ale się mieściło.
     Rodzice pracowali, Danka skończyła handlówkę i poszła na SGH, słowem normalnie życie.
     I w ten normalny tok wdarła się wielka przygoda. W marcu 1947 r. pojechałam w ramach akcji krajów skandynawskich pod hasłem "RED BARNET" (Ratujcie dzieci) na 3 miesiące do Danii.
     Organizacja "RED BARNET" organizowała dla dzieci krajów europejskich, szczególnie przez wojnę dotkniętych - w tym głównie polskich - wyjazdy na turnusy, mające na celu odżywienie i regenerację psychiczną. Dzieci jechały do Szwecji, Norwegii i Danii, do poszczególnych rodzin i zdarzało się, że te z nich, które własnych rodzin nie miały zostawały, adoptowane lub na jakichś innych zasadach na stałe. Było też kilka turnusów na zasadzie obozów harcerskich, ale ja byłam u rodziny.
     Pobyt tam miał też pewne cienie, ale znaczenie jego trudno przecenić. Był zetknięciem się okaleczonego dziecka, bez dzieciństwa, dojrzałego o 8 lat za wcześnie, z doświadczeniami, których nie miał niejeden dorosły, z normalnym życiem, ze społeczeństwem, w którym dziecko miało grać w szczypiorniaka, a nie strzelać ze spłonek, liczyć gole, a nie niewypały, w którym życzenia świąteczne brzmiały "żebyś był zdrów", a nie "żebyśmy żyli na następne święta". Tam burza była burzą - nie kojarzyła się ze śmiercią, bombardowaniem. Tam przelatujący samolot nie budził natychmiastowego odruchu ucieczki do piwnicy. W czasie burzy się spało, najwyżej zamykało okna, a kiedy leciał samolot podnosiło się głowę, by na błękicie nieba odszukać błyszczącą sylwetkę i zadumać się, gdzie też to on leci.
     I dlatego Skandynawia w ogóle, a Dania w szczególności, będzie dla mnie zawsze synonimem najwyższego, bezinteresownego i nigdy nie przecenionego dobra. [...]

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten