Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Żakowicz-Prejzner


foto

Czyli mama uznała, że miasto jest w gruzach i trzeba wyjeżdżać?
    
Zwłaszcza, że stryj nasz, ojca mojego brat, znalazł się jako urzędnik starostwa w Bystrzycy Kłodzkiej i napisał list do mamusi, że on jej wszystko załatwi. Tylko, że jak myśmy przyjechały, to nic nam nie załatwił. Załatwił najgorsze, jakiś najgorszy sklep, bez żadnego zaplecza (który do dziś nie jest zagospodarowany jako sklep, to najlepszy dowód, że nie był to obiekt interesujący - ani handlowo, ani w ogóle) i taki pokój - pakamerę, która służyła Niemcom za magazyn - jako miejsce do spania. Mieszkała tam właścicielka tego sklepu, Anna Brauner, i jej rodzina, która uciekła z Wrocławia przed działaniami wojennymi. Tam wśród Niemców też tylko kobiety i dzieci, i też zagęszczenie niesamowite. Nie było w tym domu żadnych wygód - ubikacja na podwórku, zlew w korytarzu - ale było tak czyściutko, taka dbałość o estetykę, [że] ja, po tych gruzach, po tym wszystkim, jak zobaczyłam to malownicze miasteczko, takie czyściutkie, w kwiatach, to później to mieszkanie było dla mnie jak coś bajkowego. Niewyobrażalnie pięknego.
Przejście do innego świata po tych poprzednich doświadczeniach?
     
Tak. Dzisiaj dla kogoś to jest rudera pozbawiona wygód, a dla mnie to był pałac. Po tym znoju, po tych ucieczkach, po tych wędrówkach. I tam zamieszkałyśmy - mamusia cały czas spakowana, z myślą o powrocie do Warszawy. Ale miała odcięty, jak się okazało. Bo już nie mogła się zameldować w Warszawie, nie mogła zdobyć tam mieszkania, już wiedziałyśmy, że ojciec nie wrócił, że został chyba z grupą tych mężczyzn rozstrzelany, że nikt tam nie ocalał...
Czyli ktoś o tym powiedział, dotarła taka informacja?
    
Tak. Gospodarz domu z ulicy Marszałkowskiej 25, którego Niemcy użyli chyba do wywożenia trupów. Ale to jest relacja mojej mamusi, nie moja. 
    Zaczęłam chodzić w Bystrzycy do szkoły - czułam się tak dobrze, że po dwie klasy przeskakiwałam, bo byłam ponad poziom tych dzieci, nie wiem, dlaczego. Szybko skończyłam szkołę podstawową, znalazłam się w gimnazjum. Byłam wśród samych dzieci wygnanych z Wołynia, z Polesia, ze Lwowa. Mieszanka była straszna. Co ciekawe - my młodzi ludzie znaleźliśmy ze sobą szybko nić porozumienia. Nikt się nie zwierzał, nikt nie opowiadał o swoich przejściach. Dopiero niedawno moja koleżanka opowiedziała mi, co przeżyła na Wołyniu.
No właśnie, a w tym początkowym okresie, jak pani znalazła się w Bystrzycy, to pani wspomina, że jeszcze byli Niemcy.
    
Mało tego - ci Niemcy nie tak dawno szukali mnie w Bystrzycy. Przyjechali i pytali: "Wohin Elizabet? Wo ist Elizabet?". Czyli nawet imię moje zapamiętali. Nam się bardzo dobrze z nimi współżyło. Rozmawiało się taką łamaną polszczyzną, niemczyzną...
Czyli te relacje się dobrze układały?
    
Tak, bardzo dobrze. Wspaniale wspominam panią Annę Brauner. Moja mamusia nas uczyła tego, że nie można zabierać jednym, żeby było dla drugich. Chociaż sama miała uzasadnienie, bo ojciec zginął, mieszkanie spalone, straciła wszystko, to od dziecka mnie uczyła liczenia się z drugim człowiekiem w podobnym położeniu. Żadne usprawiedliwiające argumenty nie grały w naszym życiu roli. Dzieliłyśmy się jedzeniem. Bo Niemcy tam mieli biedę okropną. Gotowali te wielkie kule knedlowe, kartoflane, na które patrzyłam chciwym okiem - i byłam częstowana - to było takie oszukiwane żołądka. Ale naprawdę się zachowywali godnie. Nie mogę nic złego powiedzieć. I pamiętam, jak płakali, kiedy musieli zostawiać psy - zwierzęta, do których byli przywiązani. A przecież myśmy nie mogli tych wszystkich psów zabrać. Wzięliśmy tylko jednego foksteriera.
Po tej rodzinie niemieckiej?
    
Tak. Zresztą to był później nasz ukochany pies i był u nas długie lata, aż do swojej śmierci. Myślę, że inni robili podobnie.
     Jeżeli chodzi o ludzi dorosłych, to ci przybyli ze wschodu nienawidzili warszawiaków. Muszę to wprost powiedzieć. Tam było niewielu warszawiaków. A jeżeli byli, to albo zrobili interesy - jacyś bardziej zapobiegliwi i cwańsi - i wyjechali, wrócili może do Warszawy czy w okolice, albo po prostu było ich tak mało. Mamusia nie miała tam oparcia w nikim, stąd ta tęsknota za Warszawą i za rodziną. Myślała, że będzie miała oparcie. Ja już na tyle dojrzewałam, że wiedziałam, że jeżeli wujo był sekretarzem dzielnicowym PPR [Polskiej Partii Robotniczej] i nie pomógł tej biednej kobiecie z trójką dzieci, z rozstrzelanym mężem, to znaczy, że rodzina chciała mieć tę kobietę jak najdalej. Dzisiaj to wiem na sto procent. Jest to strasznie tragiczna konkluzja. Ale niestety jest. I nie da się jej zmazać.
     Anna Brauner, jak ona wyjeżdżała z dziećmi, to myśmy płakali.
Czyli to nawet jakaś przyjaźń była.
    
Tak. Ona bardzo pomagała mojej mamusi. A kiedy nocą na ten dom najeżdżali ubowcy, ciągle w poszukiwaniu bandytów, tak jak w tym zatłoczonym pociągu poszukiwali bandytów i zabierali, co się dało (nie wiem, kto to był, jacyś ludzie w mundurach), to samo było w Bystrzycy: dobijali się nocą i krzyczeli, że bandyci w środku. To myśmy, razem z tymi Niemkami - znowu tak samo, jak pod tym obrusem, pod tym stołem, i te dziewczyny w kominie schowane - siedziały w jednym miejscu, wszyscy skuleni.
     Później to minęło. Ale jedną rzecz zapamiętałam - pędzono ulicą tych "bandytów". Mieli straszne twarze, a ludzie pluli i wrzeszczeli. I tak dzisiaj sobie myślę - a stałam w tym tłumie - może to byli akowcy? I tych twarzy, zszarzałych, biednych, też nie mogę zapomnieć. Tych postponowanych. Bo chyba dla tych ludzi to było najgorsze, że ich rodacy jeszcze ich dobijali. Tymi okrzykami. Ja pewnie nie krzyczałam, ale tam stałam. Nie pamiętam, co ja robiłam. To się wypiera z pamięci. Ale chyba nie krzyczałam, nie wiem...
     No i tak to w Bystrzycy było. Mamusia zaczęła pracować w sklepie. Ten dziarski wujek z PPR namówił mamusię, że ocali nas i zatrze pamięć o niechlubnym ojcu w AK. Wujek wiedział, że tatuś był w AK, bo z bronią się obnosił, przewoził broń, radiostacje. Wiedział o tym, ale nie zdradził go. Mimo, że był w KPP [Komunistycznej Partii Polski] a później w PPR. W czasie okupacji nie zdradził go, to plus. W każdym razie poradził mamusi, żeby wstąpiła do PPS [Polskiej Partii Socjalistycznej], że to nas ochroni. Wstąpiła, później się znalazła, po zjednoczeniu, w PZPR. I pracowała cały czas jako sklepowa w spółdzielni PSS. A myśmy chodziły do szkoły.
I jak długo pani była w Bystrzycy?
    
Do matury. A mamusia cały czas spakowana, myślała, że wróci do Warszawy. Później myślała, że wróci poprzez swoje córki, które zawrą odpowiednie znajomości. Tymczasem ja się nie dostałam na Politechnikę, bo ten list, donos napłynął - którego treść dopiero 10 lat temu się ujawniła - że pochodzę z nieodpowiedniej rodziny. Moja najmłodsza siostra, [która] skończyła liceum pedagogiczne, zaczęła pracować jako przedszkolanka, a średnia jako tak zwana pomoc stomatologiczna, przepracowała 36 lat z jednym dniem zwolnienia, natomiast moja siostra przedszkolanka w trakcie pracy skończyła studia.
     Mamusia wpoiła w nas trzy rzeczy: patriotyzm, uczciwość i zrozumienie dla innych.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten