Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Ludmiły Niedbalskiej


foto

  Relacja Ludmiły Niedbalskiej

MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Ludmiła Niedbalska
Lat 11. W okresie Powstania Warszawskiego mieszkała przy ulicy Zielnej 42 w Śródmieściu Warszawy.

     [...] W nocy słychać było jakieś hałasy, głosy, w dzień detonacje, wybuchy. Mama nie pozwoliła mi wychodzić, więc dalej grzebałam w ciocinych skarbach, albo siedziałam na parapecie okna i wyglądałam na ulicę. Wśród gruzów kręcili się jacyś ludzie - upiory, ciągnęli jakieś rzeczy swoje, cudze, wszystko, co się mogło przydać. W perspektywie ulicy Wilczej - w lewo - widać było ulicę Marszałkowską, a tam nieco większy ruch, czasem samochody. Aż którejś nocy, przy jakimś większym hałasie, wylazłam z łóżka boso i wyjrzałam przez okno: na ulicy Marszałkowskiej palił się dom. Zupełnie na nowo. Dom, który wczoraj jeszcze stał cały. I chociaż wydawało mi się to absurdalne, w kierunku jego okien, z prawej strony, z dołu, z niewidocznego źródła, płynęły strumienie ognia.
     Rano usłyszeliśmy z bramy dawno nie słyszane, niemieckie szczekanie. Na podwórku wlazł szkop. Oświadczył, że mamy iść rozbierać barykady. Odpowiedziało mu milczenie i spokojne, wrogie spojrzenie stojących nieruchomo kobiet. Mężczyźni na wszelki wypadek nie wyszli. Niemiec patrzył na nas uważnie, zauważył rudego kota, podniósł karabin, strzelił. Kot uciekł. Niemiec opuścił karabin, odwrócił się i wyszedł na ulicę do kumpli.
     Oczywiście nikt nie poszedł rozbierać barykad - szczegół! Niech sobie sami rozbierają. Ale przyszła kolejna wiadomość: jednak musimy wyjść z Warszawy. Zaczęłyśmy zwijać manatki. Zastanawiałyśmy się, co zrobić z rzeczami cioci. Wziąć? Zostawić? Zostawić - zamkniemy mieszkanie, klucz weźmiemy ze sobą, wrócimy przecież najpóźniej za dwa tygodnie, Rosjanie na Pradze... Wziąć - zrabują nawet przez to 2 tygodnie. Mama chciała zabrać na tę niewiadomą tułaczkę, przynajmniej puchową kołderkę. Po tym wszystkim odda się cioci, wtedy na pewno nie ukradną, nam posłuży, ale znów mogą zabrać Niemcy przy wychodzeniu z miasta i ciocia może mieć pretensję. I w ogóle brać czyjąś rzecz? Ostatecznie kołderka została zwinięta ciasno w mały rulonik i zapchana głęboko, za pionowy, łazienkowy piec. Widać jej nie było - może ocaleje. [...] I tak, 8-go października, wyruszyłyśmy w pierwszy etap niewiadomej drogi.
     Środkiem ulic, między gruzami, były jako tako uprzątnięte przejścia, którymi popędzali nas - teraz już Niemcy - wraz z tłumem takich jak my, gdzieś w kierunku zachodnim. Jeszcze leżały niepogrzebane trupy, kawałki trupów, jeździły budy wyładowane gratami i puste, maszerowały jakieś bardziej zorganizowane grupy młodych ludzi bez tobołków, eskortowane przez Niemców; jacyś ludzie pod dozorem wynosili coś z domów; rozbierano resztę barykad. A miasto dalej płonęło.
     Nie mogliśmy się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi. Ale już od Dworca Zachodniego było słychać wrzaski Niemców i krzyki ludzi. Nas też zaczęto poganiać. Wypchnięto nas, z trudem trzymających się na nogach po tym marszu, na peron, wzdłuż którego wolniutko jechał pociąg towarowy. Kiedy się zatrzymał, uderzył w nas zmasowany wrzask naszych konwojentów. Tylne szeregi pchnęły nas na wagony. Potykając się nawołując, gubiąc pakunki ładowaliśmy się do wagonów, które akurat przed nami stanęły.
     Jedne z pierwszych zostałyśmy wepchnięte do takiego wagonu, który szczęśliwie miał ściany tylko do połowy wysokości. Dzięki temu miałyśmy powietrze i mogłyśmy widzieć, co się dzieje. Obok ludzie wtłaczali się do zamkniętego dachem wysokiego wagonu towarowego, w którym panowała ciemność. Dotarłyśmy do przeciwległego, prawego kąta. Ludzie oszołomieni, z płaczącymi dziećmi przestraszeni na równi z nimi, stawali jak popadło, we wszystkich kierunkach. Zasunęły się ciężkie zasuwy drzwi.
     Staliśmy w pełnym grozy milczeniu i bezradności, patrząc pytająco na siebie i płonące miasto. Wrzaski ładowania dochodziły z dalszych wagonów i z dalszych peronów, po stronie południowej dworca. Po "naszej" stronie, północnej, na sąsiedni, pusty dotąd peron, wyszli Niemcy i rozstawili się wzdłuż. Za nimi wmaszerowali pod konwojem młodzi ludzie. To byli nasi chłopcy i dziewczęta. Tak się domyślaliśmy.
     Ktoś krzyknął do nich - odpowiedzieli. Zgadzało się. Perfidni dranie. Zmuszają ich do rozbierania barykad i wywożenia dobytku miasta, o które walczyli.
     Na dzielący nas tor podjechał z wolna skład towarowy. Naprzeciwko nas zatrzymała się taka jak nasza pół lora. Tamci ładowali się spokojnie i sprawnie. Uśmiechali się do nas, zagadywali, podtrzymywali na duchu. Krzyżowały się pytania, odpowiedzi.
- "Gdzieś w krakowskie".
- "Porucznik "Ryś" jest z wami?"
- "Uważajcie na selekcję w Pruszkowie".
- "Pomagają, RGO pomaga i ludzie".
- "Janka! Janka! O Jezu jesteś?! Staraj się dostać do Baśki!"
- "Nie dajcie się wywieźć do Niemiec!"
- "Macie łapcie!"
- "Majewska, Majewska z Hożej 40?"
     Rzucali chleb, jabłka, nie bacząc na wrzaski Niemców.
- "Hej! Uwaga! Dziewczynki!" - to było do nas. Rumiana dziewczyna, z dwoma jasnymi, grubymi warkoczami zamachnęła się szeroko. W ręce wpadła mi główka kapusty.
- "Mają!" - ucieszył się chłopak obok niej - "Macie jeszcze!". Rzucał pomidory. Jeden spadł między wagony, ale złapałyśmy aż 3 i jeszcze ktoś za nami. Któryś pociąg już ruszył - ich czy nasz. Nie wiem. Beczeliśmy już wszyscy i my i oni, chociaż machali nam rękami i uśmiechali się. Myśmy też próbowali.
     Wieźli nas. Jechaliśmy, stawaliśmy. Słońce zabrało się do zachodzenia. Swąd, dym, pył, spalenizna powoli ustępowały. Patrzyliśmy ogłupiali na czystą zieleń, całe domy, ludzi w polu w całych i czystych ubraniach, o włosach mających kolory - brązowe, czarne, złote, a nie popielate. Za wysokim nasypem, pod którym właśnie przejechaliśmy, pociąg stanął. Patrzyliśmy jak zaczarowani na pole jasnozielonej kapusty, zaścielającej trójkąt między nami, ciemnozielonym nasypem z prawej i drzewami za parkanem ciągnącym się po lewej, zachodniej stronie. Mama pozwoliła nam zjeść tylko jednego pomidora i listek kapusty. Tłumaczył, że po takiej głodówce nie wolno dużo jeść. Danka wyciągnęła buteleczkę po jakimś lekarstwie, w którym przez cały czas miała sól. Powoli, uroczyście zjadłyśmy po kawałku pomidora i listku kapusty z solą.
     Znów ruszyliśmy z żalem żegnając pole kapusty. Symbol życia, spokoju i czegoś stałego znikał za nami. Robiło się ciemno. Wjechaliśmy na jakiś peron. Przez drogę widać było chodzących spiesznie wzdłuż czerwonego muru ludzi i rozstawionych co parę metrów Niemców. I nagle znów wrzask, popychanie, wyrzucanie z wagonów na peron, na drogę i naprzód. Wzdłuż muru, przez bramę już za zakrętem. W ciemności majaczą jakieś budynki, kształty, ludzie. Po dłuższym czasie docieramy - już bez wrzasku i popychania - do hali fabrycznej, w której się świeci.
     Wchodzimy. Wszędzie, na podłodze, na jakichś podestach, próbują umieścić się ludzie. Szukają "lepszego" miejsca lub jak automaty opuszczają rzeczy tam, gdzie stoją, słaniają się, siadają wprost na betonie.
     Ale za chwilę trzeźwiejemy. Oczy zaczynają patrzeć przytomniej, uważniej. Ktoś wstaje, rozgląda się. Jest słoma, tam jest lepszy kąt, ktoś coś niesie w garnuszku.
- "Panie! Skąd to?"
- "Tam na lewo za filarem. Jest chleb i kawa".
     Między nami chodzą jacyś normalni ludzie, z opaskami na ramionach i bez.
- "Kto jest ranny? Kto ma małe dzieci?"
- "Kawa i chleb na lewo".
- "Mydło? Jest mydło?"
- "Proszę zostać, niech pani się nie rusza. Przyniesiemy. Ma pani jakiś garnuszek?"
- "Punkt informacyjny przy wejściu".
- "Tak, tam można się umyć".
- "Kto ranny?"
- "Woda przy drugim wejściu".
     Z garnuszkiem w ręku szukam tej kawy. Jest. I jabłka. Chleb. Prawdziwy, czarny chleb. Ludzie niedowierzające patrzą na własne ręce z chlebem i parzącą kawą. Wracając do swoich, błądząc i ożywiając się po drodze. A po drodze miesza się rozpacz i przygnębienie z życzliwością i sprytem; radość i opanowanie z szaleństwem i bezradnością. Ludzie kłębią się w poszukiwaniu wody, jedzenia, śladów swoich bliskich milczących od tygodni i miejsc, w których przed chwilą zostawili rodziny. Wszyscy tacy sami - nawet wieku nie można rozróżnić. A jednak, mimo, że sprowadzeni do poniżającej wegetacji na klepisku, jakoś starają się pozbierać. Już ktoś się próbuje myć, ktoś przepakowywuje walizkę, inny wyciąga poduszkę, ktoś komuś pomaga wstać. Zaczęły się rozmowy, opowieści o przeżyciach, wymiana informacji i domysłów.
     Usłałyśmy sobie jaki taki barłóg na słomie. Danka wróciła ze zwiadu. To jest "URSUS". Podobóz - główny w Pruszkowie. Znalazła punkt opatrunkowy i posłała mnie tam, z tym gnojącym się wciąż palcem. Zrobili mi opatrunek, oczyścili - bolało, ale nawet nie miauknęłam, tak byłam zafascynowana czystymi, życzliwymi, sprawnie działającymi ludźmi.
     Siusiu szło się na dwór. Przed wejściem, w pewnej odległości majaczyło w ciemności ogromne działo. Skojarzyłam je sobie natychmiast z "krową", która mnie zasypała na ulicy Pańskiej. Wzdłuż działa łaził wartownik. Między działem a ścianą hali siusiali ludzie, starając się na siebie nie patrzyć.
     Rano wygarnęli nas z hali. Z ciemności wyszliśmy nagle na zalane słońcem podwórze. I wpadliśmy w kolejny krąg piekła. Rozwrzeszczani mundurowi i tacy w tyrolskich kapelusikach, nacierali na nas tyralierą z naprzeciwka.
     Trzymałam się kurczowo mamy, przerażona, ogłuszona krzykiem. Wiedziałam, że w ciągu jednej chwili stanie się coś decydującego, nie wiem co, trzeba tylko być z Mamą, nawet niech zabiją. Zobaczyłam nad sobą otwarty pysk pod czapką "z naleśnikiem" i usłyszałam jednoczesny krzyk Danki i Mamy:
- "Gruźlica!"
     Wielkie szwabisko szarpnęło Dankę i pchnęło na prawo. Podskoczył cywil w tyrolskim kapelusiku, złapał Dankę za rękę.
- "Saświadczenie jest!?"
- "Jest!" - Mama machała jakimś świstkiem w ręku. Tyrolczyk pchnął Dankę razem z nami na lewo, wrzeszcząc jednocześnie:
- "Schnell, schnell psza krew!"
     Za nami zostawał wrzask Niemców, rozpaczliwe krzyki i płacz rozdzielanych ludzi. Nas już wpychali do wagonów.
     Wylawirowałyśmy jakoś w ogólnym rozgardiaszu i wpakowałyśmy się do takiej samej jak wczoraj półlory i na to samo miejsce. Stąd patrzyłyśmy na to, co się działo przed halą.
     Coraz nowe grupy ładowali do naszych wagonów, coraz nowe odprowadzali w głąb. Każdego łapali za rękę, ramię - gdzie popadło i z wrzaskiem przepychali za siebie, na lewo lub prawo. Między Niemcami kręcili się cywile z opaskami RGO, PCK, lub czujnie stali z boku. Włączali się niespodziewanie w ten tumult, stwarzali dodatkowe zamieszanie, dopadali jakichś ludzi i - w tym kłębiącym się kotle - krzycząc na równi z Niemcami, przerzucali wielu - również tych, którzy byli już na kierunku "prawo", na lewo, do nas.
     W wagonie ludzie po szoku powoli odzyskiwali mowę. Ktoś płakał, ktoś się modlił. Mama schowała zbawczy świstek, który istotnie był wynikiem prześwietlenia, ale napisane w nim było jak byk - BZ. Nie wiedzieliśmy, gdzie nas zawiozą. Może to nawet gorzej, że pchnęli nas "na lewo"" Jednak skądś było wiadomo, że ci "na prawo" to obozy i roboty - więc Rzesza. A my mamy jakąś szansę na zostanie w Polsce.
     O zmierzchu ruszyliśmy. Znów wekslowanie, domysły, jaki kierunek wreszcie: Brwinów, Milanówek, Żyrardów. Na peronach mijanych stacji gromadki ludzi, Niemcy z karabinami wymierzonymi w wagony.
     Skierniewice. Znów te grupki ludzi. Kiedy zaczynamy zwalniać, ludzie rozbiegają się z grupek i biegną tyralierą wzdłuż wagonów. Wyciągają do nas ręce, w których coś mają. Rzucają w nas, jak popadnie, chleb, jabłka. Kto złapie, to złapie. Pociąg staje. Ludzie podają nam jedzenie, nalewają z dzbanków, w wyciągnięte naczynia, gorącą kawę, wymieniają kubki na puste. Biegają po peronie jak najszybciej, żeby jak najszybciej wydać. Z wagonów, na skrawkach papierów ludzie podają wiadomości, adresy, żeby kogoś zawiadomić, że ktoś żyje. Ci z peronu wołają, że wywożą w Kieleckie, żeby się nie martwić, że przeżyjemy, że ze Wschodu idą, z Zachodu idą, to już nie długo.
     Ruszamy. Zostawiamy peron, z wyciągniętymi do nas rękoma i szpalerem też do nas wycelowanych karabinów.
     Pełnia. Księżyc świeci jak oszalały, wyłuskując z ciemności twarze czuwające i śpiące, płaczące i bez wyrazu, oczy nieruchome, błyszczące, martwe. Pochrupuję listki kapusty i oddycham pachnącym, wilgotnym powietrzem. Siedzę na czymś, nawet dość znośnie, chociaż żelazne okucie ściany wagonu wpija mi się w żebra. Poprawić się nie ma jak. Niektórzy ludzie cały czas stoją, opierając się o siebie, inni siedzą na zmianę. Zimno. W Skierniewicach byłyśmy od przeciwnej niż peron strony i kawa do nas nie dotarła. Trzymam teraz kubek w ręku, żeby w razie czego zdobyć jakoś gorący płyn. Ale pociąg mija stacje, na których nie widać nikogo prócz Niemców, a jeśli staje, to w polu. Zwykle wtedy gdzieś z końca lub początku słychać serie - widocznie ktoś próbował uciekać, albo na postrach. Bo na ogół ludzie boją się ryzykować. Chociaż... ktoś chyba wyskoczył i zapadł. Gdyby nie ten księżyc byłoby łatwiej. Trzymam kubek w ręce, może jednak będzie jakaś stacja?
     Jest! Radomsko! Ludzie z peronu biegną jak w Skierniewicach, pociąg zwalnia, wyciągają się ręce - nasze puste, ich pełne. Biegną szybko, ile sił, rzucają kromki, jabłka, na oślep...
- "Boże, jeszcze trochę wolniej!"
- "Jeszcze".
- "Nie da rady".
- "Nie zatrzymali dranie!"
     Pociąg przyspiesza. Tuż przy wagonach migają hełmy obojętnie rozmawiających Niemców, a z nimi bezradnie wciąż wyciągnięte ręce. Zniknęli. I znów noc, księżyc, pola, lasy, turkot pociągu.
     Nad ranem stanęliśmy na wysokim nasypie. Księżyc już zaszedł, ciemno. Słychać lekkie stuknięcia. Ledwie widoczne cienie odrywają się od wagonu, skokami dopadają skraju nasypu i zapadają za nim. Cisza. Znów z któregoś wagonu ktoś się oderwał i zniknął w ciemnościach. I znów. Teraz lepiej widać - kobieta w jasnym płaszczu ciągnie ze sobą dziecko. Jeszcze ktoś. Znikają za nasypem i zarazem majaczą w biegu, byle dalej od pociągu. Miałyśmy już rzeczy w rękach. Mama szepnęła:
- "Matka Boska nam pomoże!"
- "Tatatatata...tatata...tatatatata...tatatata...ta...".
     Wystrzelali wszystkich. Dziecko też. Patrzyliśmy wszyscy na to tępo, bez emocji, jak w kinie.
     Nam Matka Boska pomogła...
     O świcie wjechaliśmy na dworzec w Częstochowie. Znów wekslowaliśmy kilkakrotnie pod ścisłą obstawą, by stanąć ostatecznie w szpalerze innych pociągów - pustych i towarowych. Znów przez modlitwy do Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej przebijały się nieśmiałe pomysły ucieczek. Niemców jakoś mniej, kręcą się zwykli ludzie, kolejarze. Ktoś znajomy się znajdzie.
     Ale my miałyśmy już dość. Niech będzie, co ma być. Wiozą na południe - może dotrzemy do gór, a tam jak w domu.
     Wzdłuż wagonu szedł polski kolejarz. Zatrzymał się, proponował pomoc. Mama się wahała. Wykorzystała sytuację sąsiadka z kilkuletnią dziewczynką o długich warkoczach. Kolejarz odszedł. Po jakimś czasie wrócił. Sąsiadka zeskoczyła po buforach, za nią mała. Podałyśmy tłumoczki - kolejarz wziął jeden, więcej nie pozwolił. Przeszli chyłkiem, pospiesznie, pod wagonem stojącego na sąsiednim torze pociągu. Po tamtej stronie kolejarze ujął kobietę pod ramię, po czym głośno rozmawiając odeszli wszyscy troje przez przejście koło jakiejś budki do miasta.
     Udało się. Trochę żal, że się nie zdecydowałyśmy, ale może tak lepiej?
     Ruszyliśmy. Dokąd? Co to za miejscowości? Poszła wiadomość przez wagony, że nas wiozą w kierunku granicy Rzeszy. Tyle, że nikt nie wie, gdzie ona jest. Ludzie są zdesperowani. Na jakimś przypadkowym postoju, w biały dzień, z sąsiednich wagonów wyskoczyła cała grupa ludzi z rzeczami i dziećmi. Biegli, zupełnie się nie kryjąc, do pobliskiego zagajnika. Sypnęły strzały, ale jakoś z opóźnieniem. Ludzie zdołali zniknąć wśród drzew. Nikt ich nie ściga, nie strzelają więcej - może jak jesteśmy na terenie Rzeszy i Niemcy widzą, że i tak powyłapują uciekinierów?
     Siąpić zaczęło jeszcze w Częstochowie, ale do Szczakowej dojechaliśmy już w porządnej ulewie. Postawili nas na torze, wzdłuż którego ciągnęła się znad budynku stacyjnego. Rynna przeciekała, a poza tym widocznie nie była w stanie przyjąć takiej masy deszczu, bo ściana zimnej wody lała się wprost na nas, ze szczególnym uwzględnieniem tych, co byli przy samej burcie wagonu. No i lało się. A my nie mogliśmy zrobić nic - ani się usunąć, ani okryć. Zresztą wszystko i tak było od dawna przemoczone. Tkwiliśmy więc beznadziejnie na miejscach, a to lało. Może nas już tu wyładują?
     Nie. Ruszyliśmy. Trzebinia. Więc jednak krakowskie. Nie. Szarpnięcie. Z czoła przejechała po sąsiednim torze lokomotywa. W jej oknie smutne, zmęczone twarze maszynisty i pomocnika. Nie wiadomo, czemu zrobiło się jakoś nieswojo.
     Ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, ale zaraz wykręciliśmy na południe. Pusto. Ani stacji, ani wsi, ani ludzi. Pociąg nabrał szybkości, pędził przez mokry las. O drzewa obijał się upiorny łoskot. Ukłuło straszne podejrzenie - tu gdzieś jest Oświęcim.
     Pociąg zwolnił, stanął. Przez las, ciężkim krokiem szedł kolejarz - Polak? Niemiec? Wszystko jedno, trzeba ryzykować. Mama napisała na jakimś świstku adres Ojca w oflagu i wiadomość: "Żyjemy, jedziemy w nieznane, Tośka". Zawinęła nim coś ciężkiego i rzuciła pod nogi człowiekowi. Nie zwrócił uwagi, poszedł dalej. Trudno.
- "Panie, gdzie jesteśmy?" - nie odpowiedział.
     Milczący, ogarnięty grozą transport ruszył. Nabraliśmy już szybkości, kiedy zobaczyłyśmy, że kolejarz zawrócił.
     Przestało padać. Z wolna wtoczyliśmy się na zupełnie opustoszałą stację. Od budynku stacji dzielił nas bardzo szeroki peron wyłożony płytami chodnikowymi. Cisza zapanowała wśród nas zupełna. Z budynku wyszedł kolejarz, z towarzyszącym mu w pewnej odległości Niemcem. Szedł w stronę pociągu. Zawiśliśmy na nim wzrokiem. Zdawało się, że chce coś powiedzieć, ale nie, nie usłyszeliśmy.
     Przejechała lokomotywa z tymi samymi milczącymi kolejarzami.
- "Panowie, gdzie jesteśmy?".
- "Co to za stacja?".
     Milczenie. Nagle, gdzieś od czoła przyszła nazwa stacji: OŚWIĘCIM.
     Pociąg, wolno, szerokim łukiem ruszył przez mokre łąki. Ale to nie był już cichy transport. Strach i rozpacz; płacz i krzyki; przekleństwa i modlitwy. Łomot w ściany z wnętrza sąsiedniego, wysokiego wagonu - oni jeszcze nie wiedzieli, co się dzieje. Rodziny żegnały się, ściskały kurczowo za ręce, patrzyły na siebie tępo. Przez to wszystko przebił się nagły, wysoki krzyk. I drugi. Niektórzy próbowali rozumować logicznie - jakby logika miała sens w działaniu übermenschów.
- "Niemożliwe, żeby nas wszystkich spalili".
- "Gdzie poprzednie transporty - czy któryś tu już przyjechał?".
- "Przecież tylu tysięcy nie zdążyliby..."
     Wjechaliśmy na rampę. Pół pociągu znalazło się za bramą, pod drewnianą wieżą strażniczą. Drugie pół - w tym my - zostało po zewnętrznej stronie obozu. Stanęliśmy. Zaległa cisza pełna grozy. Niemcy rozstawiali się wzdłuż wagonów. Czekaliśmy na nagły wrzask rozkazów, ujadanie psów i cały ten kolejny krąg piekła, który nas doprowadzi do ostatniego pieca, o imieniu KREMATORIUM. Ale nic się nie działo. Za bramą, za drutami, pod lewym rzędem baraków kręciło się kilku więźniów w pasiakach.
     Wbrew oczywistości miałam idiotyczną pewność, że tu nie zostaniemy. Ale gardło miałam zawiązane na supeł.
- "Jakiś transport już tu był, poszedł prosto do pieca".
- "Ruscy dwa dni temu zbombardowali im piec, największy".
- "Nie mają nas gdzie spalić, czekamy w kolejce".
- "Chcą nas wykończyć najpierw psychicznie, dranie".
     Padały domysły, wiadomości, ale wciąż nic się nie działo. Ogarnęła nas tępa rezygnacja. Rozmyślnie patrzyliśmy na przejaśniające się na zachodzie niebo. Czekaliśmy, przygotowani na koniec.
     I... ruszyliśmy. W przeciwnym kierunku. Baraki, brama, Niemcy, psy - coraz dalej. Dokoła pusto, mokre pola, mokre krzaki.
- "Wykończą nas tak. Odwiozą kawałek i z powrotem. Aż powariujemy".
- "Potem i tak nas spalą".
- "Zanim dojechaliśmy do tej rampy już 7 osób rzuciło się pod koła".
- "Kilka osób już zwariowało".
     Te zdania padają spokojnie, bez emocji, rzeczowo.
     Pojawiły się jakieś domki, dalekie wzgórza przed nami, jakaś miejscowość, normalni ludzie na drogach, przyglądający nam się uważnie. Mała, biała stacyjka. Stanęliśmy. Niemców nie widać. Z okien budynku ludzie dawali nam jakieś znaki. Nie reagowaliśmy.
     Znów - lokomotywa, milczący kolejarze i jazda z powrotem.
     Znów - tłumiona rozpacz, szloch, modlitwy.
     Znów - mokre pola i krzaki.
     Znów - wzgórza daleko, obóz blisko.
     Znów - postój.
     Tym razem lokomotywa przejechała bardzo szybko. I w przeciwną stronę. Domki, wzgórza, miejscowość, ludzie, biała stacyjka. Stanęliśmy. Lokomotywa po raz nie wiadomo już, który przejechała koło nas, ale tym razem kolejarze jakby ożywieni. Ludzie z budynku coś do nas gwałtownie wołali - ale my patrzyliśmy na nich tak, jak byśmy byli już po drugiej stronie, jak by nas to już nie dotyczyło. I nie pojęliśmy, co nam chcieli powiedzieć. Zresztą znów ruszyliśmy z powrotem, w kierunku obozu.
     Przyglądałam się uważnie drodze - domów chyba więcej... i drzew, ujechaliśmy już spory kawałek, a mokrego pola nie ma.
- "Jedziemy inną drogą" - oświadczyłam głośno.
     Popatrzyli na mnie współczująco, ktoś szepnął:
- "Biedne dziecko".
- "Ale my naprawdę jedziemy inną drogą" - upierałam się, bo byłam pewna - tych wzgórz nie było, tylko pole".
     Nikt mnie nie słuchał, więc mówiłam sobie półgłosem: 
- "Nie było tych domów, nie było tej stacji..."
     Wreszcie ktoś się zorientował.
- "Ona ma rację! Tu są jakieś wsie, góry. Nie było gór!".
     Ożywienie zaczęło rosnąć, ludzie przebijali się na powierzchnię rozpaczy, patrzyli uważniej.
I nagle ogarnęła wszystkich radość - żyjemy, są góry, chodzą ludzie, stoją domy, zachodzi słońce, pasą się zwierzęta - to wszystko jest naprawdę i może nas dotyczyć!
     Ludzie witali się jak po długim rozstaniu, wyciągali resztę jedzenia, częstowali nią sąsiadów, płakali i modlili się tym razem z radości. Ktoś gratulował mamie, że córki będą żyły, że są uratowane.
     Na razie uratowane nie miały już kompletnie, co jeść - kapusta skończyła się już dawno. Oczywiście w tej sytuacji głód to żadna sprawa, najważniejsze, że pachnie górami, ale mimo wszystko...
     Zatrzymaliśmy się w Wadowicach - może nas tu rozładują? Nie. Nie ma żadnych rozkazów. Ale teraz możemy czekać, co tam.
     Na stacji tłum - zajechał właśnie przeładowany pociąg osobowy. Ludzie wychylają się z okien, machają do nas rękami:
- "Trzymajcie się!".
- "To już niedługo!".
- "Gdzie nas wiozą?".
- "Rozpuszczają was może w Suchej albo gdzieś dalej".
     Naprzeciw nas przedział "Nur für Deutsche". W oknie dwaj cywile, blondynki zabierają się do rozwijania z papieru śniadań. Są zaciekawieni.
- "Was ist das?". ["Co to jest?"].
- "Warszawa" - warczy ktoś z nienawiścią.
- "Oj Warszawa!" - wrzeszczą nagle tamci dwaj. Błyskawicznie zawijają swoje śniadania z powrotem w papier, wołają, rzucają:
- "My z Czeskoslowenska, my Czechi, no! Łapcie! Dla tej małej!" - sprawdzają, czy złapałam. Rzucają drugą bułkę. Sięgają za siebie, wyciągają jeszcze jakieś jedzenie, owoce, ciskają to wszystko w nas, z ruszającego już pociągu.
- "Warszawa! Warszawa! - wołają machając rękoma na pożegnanie.
     Bułka była z masłem i szynka. Tkwiła w ręku jak klejnot - gapiłyśmy się w nią dłuższy czas, zanim zaczęłyśmy ją jeść.
     Zapadał zmierzch, kiedy ruszyliśmy w głąb gór. W wąwozach hałasował zwielokrotniony stukot kół, na zakrętach mokre gałęzie trzepały nas po twarzach. Wyciągałam ręce, żeby je złapać, urwać liść, żeby wiedzieć na pewno, że to naprawdę. Wiedziałam, że jedziemy w góry, a góry to Bukowina i teraz już wszystko będzie dobrze.
     W nocy, w ulewnym deszczu dotarliśmy do Chabówki. Pootwierali wagony - można iść - ale gdzie? Może jeszcze zawiozą dalej, bliżej Zakopanego. Na wszelki wypadek, dużo ludzi wieje, złapawszy pospiesznie manatki. Inni wyskoczyli, żeby rozprostować nogi i nareszcie po tylu dniach znaleźć jakieś "OO".
     Dwóch zer nie ma. Niemcy nie pozwalają jeszcze się rozchodzić. Więc trudno - wzdłuż peronu rząd zatamowanych, uciekających wzrokiem, upodlonych ludzi, w strugach ulewnego deszczu...
     Rano, w mglisty, mokry, ciemny, październikowy dzień, dowieźli nas do Mszany Dolnej. Otworzyli wagony. Kazali wychodzić.
     Część wagonów pojechała dalej. Wysiedliśmy. Ludzie z RGO przeprowadzili nas do pobliskiego domu parafialnego, gdzie rozmieszczono nas w salach. Na rozesłanej słomie - może nawet na pryczach - leżały koce. Mimo dnia paliło się światło. Usadowiliśmy się w jakimś kącie. Mama poszła się rozejrzeć, dowiedzieć czegoś. Dostaliśmy gorącą zupę, kawę, chleb i nareszcie było sucho i można było normalnie usiąść, a nawet się położyć.
     Mama wróciła z wiadomościami, że rozwożą nas po wsiach, do górali, po jednej, dwie osoby. Dają też pracę, jeśli są możliwości. Do Bukowiny dostać się trudno - pociągi jeżdżą nie wiadomo jak, tu linia na Nowy Sącz, trzeba by wracać do Chabówki, tam łapać jakiś pociąg do Zakopanego no i liczyć już wyłącznie na własne siły. Może zdobyć jeszcze na ten jeden wysiłek i dotrzeć do swoich? - ale jeśli tam gorzej? Górale podpisywali "Góralenvolkslistę" - może tam niebezpieczniej niż tu? Tu są jakoś na to przygotowani - a tam? Może tam jest więcej takich jak my i będzie im ciężko z nami jeszcze na karku?
     Ostatecznie wyczerpanie i obawa przed kolejnymi niepewnościami i trudnościami przeważyły: co będzie, to będzie - zostajemy.
     Tego samego dnia, ciężarówki i podwody rozwoziły udręczonych Warszawiaków, po zagubionych w górskich wąwozach wioskach.
     Z Mszany wyjechałyśmy gdzieś w prawo od linii kolejowej, szerokim gościńcem, pod wiaduktem. Po prawej ciągnął się parkan, ogromnego, dworskiego ogrodu, potem jakieś domki, po lewej rzeka. Samochód przed nami skręcił w lewo, w górę. My jechaliśmy dalej, wzdłuż zwężającej się doliny i szumiącej głośno rzeki. Ciemniało z minuty na minutę. Jeszcze zabielała jakaś biała ściana, pewnie szkoły, tuż przy drodze, rozległy dom na skarpie w stylu góralskim - ale nie takim jak na Bukowinie - i już zaległa zupełna ciemność. Jechaliśmy w tym szumiącym, mokrym, pachnącym tunelu nocy do ludzi. Jakichś ludzi, którzy nie mają nic - bo cóż mają górale w zapomnianych przez świat wioskach - ale czekają na nas, żeby się z nami tym niczym podzielić. Bo my mamy jeszcze mniej.
     Wieś nazywała się Niedźwiedź. Tu była gmina, szpitalik, sklep, szkoła i kościół. I w tym to kościele, ksiądz Dziekan Baradziej, z wysokości ambony i swego majestatu, powiedział twardym, spracowanym ludziom, że teraz właśnie trzeba pomóc i przyjąć tych Warszawiaków, którzy zerwali się, żeby wywalczyć dla Polski wolność, a stracili wszystko.
     I powiedział jeszcze, żeby się niczemu nie dziwili i byli wyrozumiali, bo tych ludzi przez dwa miesiące zabijali, bo zabili im dzieci, rodziców, braci, bo oni byli przez całe dwa miesiące jak w celi śmierci i mogą być chorzy... no tacy...  jak obłąkani.
     Niedźwiedź był wsią położoną w miejscu schodzenia się trzech dolin. [...] Moją przystanią okazało się gazdostwo pana Białonia - brata Tadeusza.
     Sypiałam na skrzyni, między łóżkami gospodarzy. Wstawałam o 5-tej rano, kiedy to gospodyni już paliła w piecu i śpiewała niekończące się godzinki. Obierałam kartofle, przygotowywałam żarcie dla bydła, sprzątałam i wyganiałam krowy i owce w góry.
     Pasłam do zmierzchu. Od zimna miałam jakąś starą katanę gospodyni, od deszczu worek po grochu, który się preparowało na rodzaj kaptura z peleryną, wciskając jeden róg do środka. Żeby nie marznąć chodziłam bez przerwy i śpiewałam piosenki - harcerskie, powstańcze i jakie tylko mi się przypominały. Popatrywałam przy tym w stronę Turbacza, bo tam, za nim, była Bukowina. Zdawało mi się, że jakby się tak wziąć, to na piechotę, by się doszło - zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z odległości.
     Nauczyłam się "zawoływać" po góralsku na sąsiednie wierchy i bardzo się cieszyłam, jeśli ktoś odpowiedział. Skrzykiwaliśmy się czasem w kilkoro, paliliśmy ognisko, żeby rozgrzać zgrabiałe i ustawicznie mokre ręce, oraz wymienić najnowsze wiadomości ze wsi.
     A to, że Niemcy byli u Zapałów, ale Kazek wyskoczył przez okno do ogródka i tyle go widzieli; a to, że w Koninie nasi zeszli na noc do wsi, ktoś ich sypnął, była strzelanina, zatłukli szwaba i chyba tego, co sypnął. Z nich tylko jeden ranny. Przyjechali po doktora Hozera, zabrali go do lasu. Kto wie, co teraz Niemcy zrobią.
     Od nas, z góry, widać było, co się działo na drodze ze dworu do Niedźwiedzia. Czasem Niemcy jechali gdzieś samochodem, czasem motocyklem z przyczepą i umocowanym na niej (?) czasem leźli gdzieś na piechotę małym patrolem. Ale na ogół siedzieli we dworze cicho.
     Wieczorami męłam żyto na żarnach i urywałam się do Mamy i Danki. [...]
     Obieranie kartofli - czyli gruli - nie było moją mocną stroną. Byłam przyzwyczajona do nożyka - maszynki ze szparką wzdłuż ostrza. Obierało sie tym cieniutko i bezpiecznie. Tu miałam do dyspozycji dość ostry chociaż zużyty kozik, albo wielkie, wyszczerbione nożysko. Kaleczyłam się tym draństwem, grule cięłam grubo, bydełku na zdrowie, sobie na utrapienie. Próbowałam naśladować babcię Białoniową, która jednym ściegiem objeżdżała całego takiego grula i do kosza spadała jedna, spiralna, długa obierka. Mnie nic takiego nie wychodziło. Kiedyś, wpatrzona w wijącą się szybko z pod noża babci obierkę, nieopatrznie odezwałam się zachwycona:
- "Ale klawo! Zupełnie jak takie kiełbaski!".
     Skrzypnęły za mną drzwi.
- "Kiełbaski, kiełbaski" - zazgrzytał głos pani Białoniowej - "Wyście tam jedli kiełbaski, a myśmy nie wiedzieli, co to jest. Dobrze wam tak. Teraz też nic nie macie".
     Łzy kapały mi na nóż i na te źle obierane grule.
     Jakoś niedługo po tym incydencie zrobiło się lepiej - Mama zabrała mnie do siebie. Do siebie, to znaczy do pana Tadeusza Białonia. Dziewczęta, z których najstarsze piastowały najmłodsze, roześmiana gospodyni i rozważnie panujący nad tym wspaniałym babińcu gospodarz - to był dom pełen życia i radości. No i była Mama. Mama, która zajmowała się małymi, uczyła starsze i robiła jak członek rodziny wszystko, co trzeba było robić.
     Włączyłam się oczywiście we wszelkie prace, z tym, że nie pasłam już owiec i nie chodziłam na roboty. Zboże na żarnach męłam, ale zwykle z którąś z dziewczynek. Było lżej, chociaż trzeba było zemleć tego na 14, a nie na 4 gęby. Wszyscy jedliśmy w kółko to samo. Tak jak u tamtych Białoniów i gospodarzy z nad dworu - po prostu było to podstawowe pożywienie w tych stronach - bryja. Bryja, była to ugotowana z wodą gęsto mąka żytnia, wlana do jednej, dużej, glinianej donicy i polana zimnym mlekiem. Na śniadanie, na obiad, na kolację. Tyle, że w niedzielę bryja bywała pszenna. Czasem na kolację pojawiały się grule całe, nie tłuczone, też z mlekiem, tyle, że w garnuszkach. Jadło się oczywiście ze wspólnej misy, drewnianymi łyżkami, struganymi własnoręcznie z lipowego drzewa, w długie wieczory po kolacji. Czasem jadaliśmy gotowaną brukiew i karpiele - dotąd bliżej mi nieznane płody ziemi. Wszystko mi smakowało i nic nie dziwiło - po parzonym brudną wodą jęczmieniu...
     Wręcz przysmak stanowiły placki z "gołych" kartofli lub z mąki rozklepanej z wodą, pieczone wprost na blasze. [...]
     Najciekawsze były wieczory. Po kolacji ludzkiej i zwierzęcej, wszyscy siedzieli w kuchni przy lampie naftowej. Małe coś tam rysowały, średnie ćwiczyły pisanie i słupki oraz kolebały maleństwo, starsze robiły na drutach, szyły, prały (w ługu), prasowały żelazkiem na węgle. Białoń reperował chomąta, czy jakieś inne sprzęty gospodarskie, Białoniowa też zawsze miała jakąś robotę. A wszyscy myli się po kolei i słuchali uważnie, z zainteresowaniem opowieści naszej Mamy.
     Mama, nauczycielka z zawodu i zamiłowania - ze specjalizacją: język polski i historia Polski - o ogromnym doświadczeniu, zasobie wiadomości i obserwacji, potrafiła chyba kamienie zainteresować swoimi opowieściami. Słuchano Jej z zapartym tchem, a w dodatku jakoś to wszystko zostawało w środku człowieka. [...]
     Spałam z najstarszymi dziewczętami w pokoju z werandą na piętrze. Było tam upiornie zimno, zamiast szyb w oknach tkwiły deski, ale za to miałyśmy pierzyny, derki, jakieś stare kożuchy, no i własne łóżka. Wprawdzie w czasie dużego zimna można było rozłożyć w kuchni, co się dało, ale było wtedy ciasno i duszno. A tu, na górze było jeszcze tajemniczo. 
     Późnym wieczorem, z gasnącą na wietrze świeczką - albo i bez - leciałyśmy dookoła domu przez ogród (inaczej się tam dostać nie było można), chichrając się i strasząc się nawzajem.
     Wpadałyśmy na górę i ładowałyśmy się pod wszystko, co było. Dopóki się nie rozgrzałyśmy, fruwały nie kończące się, wymyślane na poczekaniu historie o duchach i "co by było, gdyby teraz, nagle...". Czasem, jeśli nam się udało donieść palącą się świeczkę, czytałam głośno znalezioną na strychu książkę bez początku. [...]
     Mama załatwiała sobie pracę w miejscowej szkole. Trzeba było przecież próbować żyć normalnie. Danka już od jakiegoś czasu pracowała w szpitaliku w Niedźwiedziu.
     Szpitalik mieścił się w białej, murowanej willi, bardzo ładnej, zwanej popularnie "Belweder". Wybudowano ją na południowym stoku Kotylicy (?), w części leżącej nad "śródmieściem" Niedźwiedzia. Była prywatną własnością księdza Baradzieja, który był przewodniczącym RGO na tym terenie. Oddał na cele szpitalne swoją willę i sam ten szpitalik zorganizował. Lekarzem - jedynym - był doktor Hozer. [...]
     Z 7/8 listopada wyruszyłyśmy z Mamą na rekonesans do Bukowiny Tatrzańskiej.
     Tłukłyśmy się bez końca klasą chyba piątą. Wagony typu w każdym przedziale drzwi, bez szyb, czasem i bez tych drzwi. Wzdłuż wagonu na zewnątrz stopnie, a na nich ludzie, głównie młodzi mężczyźni. W środku tłok niemożliwy - paczki, kosze, baby w chustkach, kożuchach, stoją, siedzą sobie na kolanach, jakiś dzieciak wrzeszczy, ktoś oczywiście się modli, a ci na stopniach, trzymając się sinymi z zimna i wysiłku rękoma za framugi okien i drzwi, deliberują głośno "co by było, gdyby teraz...". Są czujni, przy każdym zwolnieniu pociągu gotowi do skoku i zniknięcia w docierającym aż do torów lesie. [...]
     Do Poronina dotarłyśmy gdzieś koło południa. Potem piechotą na Bukowinę - 12 km. Szło się dobrze. Chłodno, ale pogodnie, jesienne słońce, znajome góry, Niemców jakoś nie widać. Na wszelki wypadek szłyśmy raczej stokiem, nad rzeką, lasem, niż drogą. Za rozgałęzieniem na Małe Ciche szłyśmy ścieżką pod lasem i wtedy Mama nie wiem, czemu zostawiła mnie na chwilę i poszła do najbliższej chałupy. Stałam najpierw spokojnie, potem niespokojnie, potem bardzo niespokojnie i w końcu zaczęłam ryczeć. Poczułam się nagle osamotniona, a w ślad za tym przyszła przerażająca myśl, że Mamę złapali Niemcy. Z lasu wyszedł góral, którego się najpierw przelękłam.
- "Eee... cóż to płaczesz? Straciłaś se matusie? A dy nie trzeba płakać, matusia sie zaraz wróci, wies?".
     Przestałam ryczeć. Góral mówił po ludzku, spokojnie i w ogóle był, więc od razu zrobiło się raźniej. Mama zresztą rzeczywiście zaraz wróciła, pogadała z góralem i pomaszerowałyśmy dalej.
     Do Krzyżówki wspinałyśmy się po stromym zboczu, w czerwonym świetle zachodzącego słońca. Byłyśmy widocznie bardzo wycieńczone, bo szłyśmy z trudem, z przystankami i na górę dotarłyśmy już po ciemku.
     Chowańcowie zdębieli. Najpierw nie mogliśmy się porozumieć - zaczynało się mówić i nie kończyło, zaczynało co innego i znów stop. Wzruszenie, zaskoczenie, zmęczenie, radość, świadomość tego, że coś jest tak jak było mimo huraganu, który się przetoczył, wszystko to splątało się w jakiś obezwładniający kłąb. W końcu coś żeśmy zjedli, zaczerpnęli tchu i zaczęły się opowieści, a może raczej wymiana informacji i omawianie sytuacji, planów. Siedzieliśmy w kuchni przy lampie naftowej. W piecu mamrotał ogień, pan Chowaniec rzeźbił i albo słuchał uważnie, albo sam mówił powoli i spokojnie. Było ciepło i bezpiecznie.
     Na Bukowinie nie zostałyśmy.
     Byłam zrozpaczona, nie rozumiałam, o co chodzi, czułam się oszukana. Mama mi wytłumaczyła: Bukowina jest mała, obcych zobaczy się od razu. Niemcy wyłapują Warszawiaków, w Zakopanem były aresztowania, nie wiadomo, co mogą zrobić ci, co podpisali "góralen-volkslistę". Nie możemy narażać naszych przyjaciół - górali. Jakoś sobie tam poradzimy. Huragan wkrótce się skończy. [...]
     W połowie listopada przyszedł list od Taty. Była to odpowiedź na kartkę, którą Danka wysłała po niemiecku, bez blankietu, na los szczęścia z podaniem adresu. List był gorzki, bezradny, radość, że żyjemy, przysłaniała rozpacz i niepokój, co dalej.
     Ocena hierarchii wydarzeń i strat, ich tam, była inna niż nas tu. Nam nie było "najbardziej żal pamiątek, dokumentów i fotografii". W ogóle na jakikolwiek żal w naszych doznaniach nie było miejsca. Był natomiast trzeźwy upór, żeby żyć możliwie normalnie mimo istniejącej sytuacji, a kiedy się to skończy wrócić do Warszawy. [...]
     Na przełomie listopada i grudnia przeniosłyśmy się "na swoje". Był to samodzielny pokój w domu niejakich państwa Cichorzów. [...]
     Nasz pokój wypadał nad oborą, był więc dość ciepły. Ale przede wszystkim był samodzielny, z drzwiami do sieni i strasznie dużym ceglanym piecem, z kominem przebijającym strych. Szpary w drewnianej polepie koło komina przepuszczały chłód i myszy, które w nocy spadały wprost na blachę, po czym z piskiem rwały z powrotem na górę. Byłyśmy teraz razem i wprawdzie nie było co jeść, w co się ubrać, ani czym palić - poborów też Mama jeszcze nie dostawała - ale nie byłyśmy na łaskawym chlebie. [...]
     Szła zima. Ze strachem o tym myślałyśmy. To co wyniosłyśmy z Powstania było niczym - głównie rzeczy letnie. Nikt nie myślał, że to będzie trwało tyle czasu. Front był słyszalny tam w Warszawie - tu nie był. Niemcy panoszyli się po staremu. Ale mimo wszystko życie w naszej rodzinie stało się normalniejsze. Mama uczyła w szkole i ja też zaczęłam tam chodzić. [...]
     Wstawałyśmy obie jeszcze po ciemku, myłyśmy się w zimnej wodzie i goniłyśmy bruzdą wydeptaną w śniegu, przy czym miałam przykazane "iść po śladach". Znaczyło to, że mam wchodzić w dziury, które Mama zrobiła już swoimi butami. Wtedy moje letnie pantofelki nie przemiękały. To znaczy przemiękały, tyle że śnieg nie przylegał mi do nóg do wysokości kostek i powyżej". [...]
     Sytuacja była marna, ale nie tragiczna. Tragiczna zrobiła się 21 grudnia: wysiedlenie do wsi Korzenne koło Nowego Sącza. Nie było odwołania, rozkaz był tyleż zaskakujący, co kategoryczny, podpisany przez przewodniczącego RGO - księdza Baradzieja.
     Z pakowaniem nie byłoby większego problemu, bo nie bardzo było co pakować, gdyby nie to, że jednak brałyśmy wszystko, co się dało, nawet sienniki.
     W normalnie potwornym tłoku dotarłyśmy do Nowego Sącza. Mama zostawiła Dankę na dworcu z rzeczami, a my obie poleciałyśmy do RGO, czy też kuratorium. W obskurnym pokoju odbyła się nerwowa, krótka rozmowa, natychmiast cofnięto rozkaz i pognałyśmy z powrotem. Na dworcu już coś odjeżdżało do Mszany, władowałyśmy się wszystkie w pośpiechu i tłoku do wagonu, pociąg ruszył i wtedy okazało się, że nie ma Danki. Poszła więc przez wagony ustna sztafeta - bo przejść się nie dało - Danuta Niedbalska, Danuta Niedbalska z Warszawy. Danki nie było. Dojechałyśmy do Mszany o zmroku. Wydobyłyśmy się z tłoku, Mama zobaczyła jakiś wóz z Niedźwiedzia, oddała mnie pod opiekę woźnicy, miałam jechać do Cichorzów i czekać, a sama miała wracać szukać Danki. Mieniło mi się przed oczyma, całe ciało piekło i bolało.
     Poza tym lało, więc trzęsłam się z zimna i mokra, oraz strachu, że ukradną rzeczy.
     Zaskoczeni Cichorzowie dali mi coś do jedzenia i gorącego do picia, ale ja niczego nie chciałam. Miałam wrażenie, że nie są oni z naszego powrotu zadowoleni. Zwinęłam się na sienniku w naszym zimnym pokoju i całą noc czuwałam.
     Rano pani Cichorzowa zmusiła mnie, żebym coś przełknęła i posiedziała w ciepłej kuchni. Jacek (?) wyciągnął kredki, papier i zaczęło się rysowanie. Nie dałam się jednak oderwać od okna, z którego było widać drogę z Niedźwiedzia. Gapiłam się wciąż w ponurą perspektywę, wypatrujących "moich".
     "Moje" dotarły dopiero w nocy. Od razu zrobiło się jasno i bezpiecznie, wobec czego świadomość mi się skończyła. O tym jak się odnalazły, dowiedziałam się następnego dnia.
     Mama zostawiwszy mnie na furze, wtłoczyła się w pierwszy pociąg jadący w stronę Nowego Sącza. Tłukł się po nocy beznadziejnie, wśród raz po raz wybuchających strzelanin. W końcu dotarł do Limanowej i tu Mama zobaczyła stojący na sąsiednim torze pociąg w stronę Mszany. Wyskoczyła więc ze swego i biegnąc wzdłuż wagonów tamtego wołała - nie wiedząc, czy nagle któryś nie ruszy i nie zostawi jej w środku nocy na stacji w Limanowej:
- "Danuta Niedbalska, Danuta Niedbalska z Warszawy..."
- "Jest! Jest! Niedbalska? Jest!" - odpowiedziało jej z któregoś wagonu - "wsiadajcie Pani!".
     Obce ręce pomogły jej wskoczyć do ruszającego już pociągu i po jakimś czasie dobić do Danki.
     Rano dojechały do Mszany. Stąd przypadkową fura chłopa, który wiózł coś dla księdza Baradzieja... dojechały do domu.
     Bilans tego posunięcia miejscowego RGO był tragiczny. Mama dostała ciężkiego ataku jaskry. Na skutek tej choroby traciła wzrok mimo, żeby była już po operacjach na obu oczach. Teraz jedyną rzeczą, zdolną powstrzymać, raczej opóźnić zbliżającą się nieuchronnie katastrofę był spokój... Lekarstw i tak nie było.
     Straciłyśmy też w tej cholernej szarpaninie część rzeczy. Ale byłyśmy znów razem i pod dachem.
     I to było najważniejsze.
     Boże Narodzenie.
     No, takiego tośmy ani jeszcze ani już nie przeżyły - bez domu, bez choinki, bez jedzenia. [...]
     Jakoś tam ogarnęłyśmy pokój, nazbierałyśmy chrustu, umęłam osobiście trochę żyta. Spadł świeży śnieg, chwycił mróz. [...]
     Wigilię więc mamy taką:
     1. chlebek,
     2. kluski z żytniej mąki posypane suchym makiem - takim prosto z makówek - i cukrem,
     3. galas, (który wszedł na zawsze do naszego słownika i menu wigilijnego).
     A wszystko to na wysokiej ławie przykrytej prześcieradłem i przy świecy. Talerz dla Taty - następne święta już razem - prawda? Ogień trzaskał, śpiewałyśmy kolędy, [...].
     Coraz rzadziej wychodziłam z domu. Działo się ze mną coś dziwnego. Rzekomy świerzb przekonywał, że nie jest żadnym świerzbem, tylko jakimś innym draństwem. Wysypka rozlazła się na język, podniebienie, dziąsła. Nie bardzo mogłam jeść - lepiej było z piciem, zwłaszcza czegoś kwaśnego. Wrócił lekarz, stwierdził zapalenie błon śluzowych w ustach i zaaplikował płukanie silnym roztworem wody utlenionej i pędzlowanie chlorkiem srebra. Dławiłam się tym, nie bardzo pomagało, ale czyniłyśmy wysiłki.
     Mrozy trzymały. Wyciągnięta ze studni doktora woda, pokrywała się lodem zanim ją doniosłam do domu. Co prawda niosłam ją z przystankami, jako że nie mogłam unieść wiadra, napełnionego tylko w 3/4, ale mimo wszystko.
     Chodziłyśmy z Danką po chrust nad rzekę, na tzw. odowsie (?). Przez nagie drzewa widać było, co się dzieje na drodze. Dzięki temu zobaczyłyśmy kiedyś zatrzymujących się przed naszym domem Niemców. Schowałyśmy się w krzakach i czekałyśmy, co z tego wyniknie. Mamy w domu nie było - może po nią? Po nas? Po jakimś czasie Niemcy odjechali. Ale my jeszcze długo siedziałyśmy nad rzeką. Wreszcie skostniało, odważyłyśmy się wrócić. [...]
     Mama wróciła i wyjaśniła się sprawa Niemców: przyszli tylko po jedzenie. Pani Cichorzowa wyniosła im worek kartofli i coś tam jeszcze. Mama nie mogła się z tym pogodzić - Niemcom dało się worek kartofli, a nam odmówiło nawet kilograma. Takich przykrości było więcej. Mama dostała przydział dwu metrów drzewa. Tyle, że rosło ono sobie w lesie. Trzeba je było ściąć, obrobić, a tego już naprawdę nie byłyśmy w stanie zrobić same. I nikt, nawet za odstąpienie połowy, nie chciał nam pomóc i nie pomógł.
     Więc zostało łażenie nad rzekę lub kupowanie drzewa po wysokich cenach lub "za coś". A za co?
     Coraz częściej leżałam w łóżku z zimna i braku sił. Wysypka nie dość, że nie ustępowała, potęgowała się. Coraz trudniej było mi jeść, a nawet mówić. Szczęściem bryja mogła być prawie płynna. Bardzo chciałam pić zsiadłe mleko lub sok z kwaszonych ogórków. A ni było. W desperacji Mama poszła do księdza Baradzieja - dał pół szklanki cukru.
     Przyszedł list do Taty, ze smutnymi życzeniami świątecznymi. Nic nam nie mógł pomóc, więc chociaż próbował natchnąć nadzieją. Siebie też. [...]
     W połowie stycznia wegetowałam już w łóżku bez przerwy. Mama już od dawna nie maltretowała mnie ługiem, pędzlowała mi jedynie gardło i usta i usiłowała wmuszać bryję, niczego więcej zrobić nie było można. Wkrótce zabrakło też wody utlenionej i tego srebra. [...]
     Do szturmu ruszyły upiorne bóle głowy, które nie pozwalały mi już na nic, poza leżeniem z czymś tam nakrytą głową.
     Wtedy zaczęło być inaczej. Nocami było słychać dalekie detonacje, nabierające z każdym dniem mocy i częstotliwości. Front. Czy tu do nas dojdą, do tego zagubionego w górach rękawa? Czy ominą? Co zrobią Niemcy?
     Niemcy oczywiście zrobili ostatnie draństwo. Zostali we dworze, a kiedy kanonada była już tuż, tuż, wyszli do okopów, które ciągnęły się wzdłuż lasku na stoku Kotelnicy. (Tam, gdzie szukałyśmy choinek na święta). Byli więc naprzeciw i powyżej naszych domów. Żeby sobie oczyścić przedpole, wyszli z kolei z tych okopów i zaczęli palić wszystko, co poniżej.
     Powstała panika. Ludzie uciekali z domów łapiąc w pośpiechu, co się dało i wyganiając chudobę. Trzeba było zwijać się błyskawicznie i pędzić do wsi. Od paru dni byłyśmy w pogotowiu, ubrane i spakowane. Cichorzowie złapali nasze graty i wraz ze swoimi schowali w którejś z piwniczek za drewutnią, po czym zawalili drzewem drzwi.
     Uciekaliśmy na odewsie (?), do rzeki. Dranie strzelały, więc kryjąc się między krzakami biegliśmy wprost przez zamarzniętą rzekę, byle dalej, do domów na przeciwnym stoku doliny. W sinym zimowym dniu, zapadając się w śnieg, z tłumokami i przerażonymi dziećmi, ludzie gnali za jakieś zasłony z czegokolwiek. Na stoku zamykającym dolinę od wschodu pojawiły się w regularnych odstępach jakieś postacie - żołnierze? Partyzanci? Ruscy? Już zniknęli. A może to Niemcy? Otaczają nas? Strzelanina ucichła - co to znaczy?
     Wdarłyśmy się na stok i do jakiejś chałupy. Ale już słychać wrzaski Niemców, płacz, pojedyncze strzały. Za oknem biegną ludzie.
- "Uciekajcie! Idą po tej stronie!"
- "Palą cholery! Palą po tej stronie!"
- "Karpiel się pali!"
     Wyskakujemy z domu i biegniemy w górę, za stodoły, płoty. W dole dym i ogień. Przypiera nas do ziemi seria, druga, poleciały gałązki nad głową. Przywieramy za oblodziałym wykrotem w płytkiej dolince, biegnącej korytem zamarzniętego potoczku - niestety prostopadle do rzeki. Wokół nas skulone postacie powbijane jak się da w śnieg i załomki, widoczne dla Niemców na białym śniegu, między nagimi drzwiami. Nawet świerczków tu nie ma. Więc prują spokojnie długimi seriami przy najmniejszym ruchu i bez.
     Cisza. Krzyki z kierunku, z którego przyszliśmy. Cisza. Ktoś się podsunął do kogoś, ktoś podniósł ostrożnie głowę, ktoś nawet wstał. Naradzają się, chyłkiem odchodzą. Wstajemy i my. Ostrożnie, kryjąc się biegniemy do odległych chałup. Jakoś nie strzelają. Zbiera się gromadka ludzi. Czekamy. Zimno. W piecu nie można palić, żeby nie zwrócić uwagi. Podobno wysłali do Niemców dziewczyny z ogolonymi głowami. Widocznie jakoś powstrzymały tych cholernych piromanów, bo wciąż cisza. Ludzie ponoć już gaszą chałupy, a nowych pożarów nie widać.
     Dalej nie wiadomo, co robić. Niemcy wrócili do okopów, Ruscy milczą, chociaż te postacie na Witowej Górze, to chyba byli oni. Na co czekają? A nasi? Czemu z lasu nie idą? Przecież wytłukliby ich teraz bez większego wysiłku. Podobno pan Cichorz i kilku górali poszło do ?Księżego lasu", żeby ich ściągnąć. Ciemny, rozbielany śniegiem dzień nie chce się skończyć.
     Wokół ludzie obojętni lub wręcz nieżyczliwi. Nie wytrzymujemy. Wygląda na to, że jest spokój, więc spróbujemy dostać się do domu. Czekamy do zmroku - który zresztą też jest długi i rozbielany śniegiem. Nie ma co. Trzeba iść. Schodzimy ślizgając się i przewracając płytkim rowem rozjeżdżonej, chociaż zamarzniętej drogi, prowadzącej do rzeki. Zobaczyli nas. Strzelają. Błyskawiczny, wysoki wizg tuż koło głowy. Danka ściąga mnie na ziemię. Rów tu na szczęście lekko skręca w lewo, więc leżymy w śniegu za zrębem ziemi. Jeszcze kilka strzałów. Cisza. Czołgamy się w dół dopóki się da za skarpą. Niżej jakiś sąg drzewa. Zresztą już zaczynają się chałupy. Przeskakujemy ostrożnie za płot. Cisza. Teraz biegiem przez kawałek pola między rzeką, a płotem nowej szkoły w Porębie. Teraz już bezpiecznie. Od góry, od okopów zasłaniają zabudowania, ciemność nieco zgęstniała. Ostatni przeskok przez gospodarczą drogę koło naszej obory i już jesteśmy za podmurówką z wielkich kamieni.
     Obora to najbezpieczniejsze i najcieplejsze miejsce. No i są zwierzaki, kury - zawsze raźniej. [...]
     Nie wiadomo było która godzina. Danka wprawdzie miała zegarek, ale było za ciemno, żeby coś na nim zobaczyć. Czas puchł i skracał się poza naszą świadomością. Może to trwało 10 godzin, a może dwie? Może jest 4-a rano, może 11-a wieczorem? Strzelanina się wzmogła, krowy porykują, mimo, że dostały siana, pewnie chcą pić. Góral ostrożnie uchylił drzwi, nabrał śniegu do wiadra. Strzelanina wdarła się ostro do środka wraz z mroźnym powietrzem, odskoczyła za mury równo z zamknięciem drzwi. [...]
     Znów minął jakiś czas. Było zupełnie cicho. Noc i niepewność nie miały końca. Górale zamilkli w swoim kącie.
     Nagle nastawiamy uszu - jakiś szmer, coraz bliżej, lekkie szuranie. Na górze lekkie stuknięcie, za chwilę coś skrobie do drzwi.
- "To ja" - słyszymy głos Danki. Zamykamy za nią drzwi.
- "Chyba idą" - mówi cicho. Włazi do mnie do kurnika.
     W poświacie za oknem widać jakieś cienie, ktoś ciągnie coś turkoczącego, tyłem, cichy skrzyp ciężkich kroków, szamotanie. Czekamy na... i jest. Stukanie do okienka, przyciszone męskie głosy. W każdym razie to chyba nie są Niemcy. Wolne, ostrożne kroki i stukanie tym razem do drzwi.
- "Eeeej! ...Ej!" - śpiewny szept do kogoś dalej - "nu dawaj, dawaj!" - "nie otwierajmy!" - jęknęła góralka. Mama oczywiście otworzyła.
- "Kto zdies?" ["Kto tu jest?"].
     Facet zastawił chyba niskie drzwi sobą całkowicie, bo tak samo ciemno jak było. Dogadali się z Mamą po rosyjsku i za chwilę jak w niemym filmie - zagotowało się, chociaż prawie nic nie słychać. Coś wnoszą, ktoś wychodzi, bieganina za oknem, znów coś przytaskali. Ciężkie, stłumione, ale liczne kroki nad nami - weszli do domu na górę. Coś postawili na środku obory, coś ciągną, coś montują, ciche stuknięcia i za chwilę:
- "Liena Liena Liena... Liena Liena... Liena...Liena...".
     Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ten facet ma być Ruski, skoro mówi po polsku i dlaczego nagle teraz telefonuje do tej pani Leny. Siedziało ich teraz w oborze ze czterech: dwu przy tym urządzeniu, jeden oparty o kurnik, (zasłaniał mi całe drzwi), a jeszcze jeden bez ustanku kursował na zewnątrz. W pewnym momencie ten od "Liena, Liena" ożywił się nagle, zaczął bardzo szybko gadać - to jednak nie było po polsku. Tamten wpadał i wypadał częściej niż dotąd. I w zupełnej do tej pory ciszy rozszalał się huragan. Strzelało wszystko i zewsząd, ciężkie, lekkie, seriami i pojedynczo. Chyba na rogu naszej obory stał CKM - tak bliskich i innych serii jeszcze nigdy nie słyszałam. A przez to wszystko przebijało się nieustannie: "Liena, Liena...". [...]
     Trochę się rozjaśniło. Oswoiliśmy się nawzajem. CKM przenieśli gdzieś dalej, zaczęły się pogaduszki. Mama dała im jakiejś zupy - oni nam chleba, którego od dawna nie jadłyśmy. Po "blaszanych" plackach było to niebo w gębie. Kury się pobudziły i zaczęły łazić. Wszędzie. Przesiadłam się na daszek kurnika. Wykryli Dankę i z miejsca jeden z nich - chyba oficer - zaczął konferować z Mamą w sprawie ożenku. Mama tłumaczyła, że ona ma dopiero 17 lat, ale nic go nie mogło przekonać: zabiera Dankę i nas obie do siebie na Syberię, tam są piękne lasy, góry, będzie nam dobrze, bardzo dobrze. Mama spytała nas o zdanie. Nie chciałyśmy. Pogłaskał mnie wielką, jak bochen chleba, ręką po głowie.
     W pełniejszym już dniu zaczęłyśmy rozróżniać twarze i coś na zewnątrz. Za otwartymi drzwiami spali wprost na śniegu umęczeni żołnierze.
     Najstarszy z "naszych" Rosjan, ze słuchawkami na uszach monotonnie wywoływał centralę. Kura wlazła mu na ramię.
- "Nu...ty szto?" - mruknął i spróbował ją zrzucić. Ona nic więc powiedziawszy, że gdyby Mama nie mówiła po rosyjsku, to by jej ukręcił łeb - znaczy kurze - dalej wołał to swoje "Lena". Widocznie czuł jakieś powinowactwo plemienne z kimś kto zna język, którym on sam mówi. [...]
     Stałyśmy na ganku naszego domu. Z przeciwległego stoku, pod śniegiem zasłanej łące, złaziły od okopów, szeregiem, ciemne postacie. Eskortowali je radzieccy żołnierze, w białych kombinezonach ochronnych na mundurach. Na dole czekali już "nasi" krasnoarmiejcy i zbiegający zewsząd ludzie. Wszyscy darli się, machali rękami, witali z obcymi, z Ruskimi, z nami, nagle życzliwi, przyjacielscy. Działo się coś niezwykle ważnego w owej chwili, coś z nas opadało, chociaż nie uświadamialiśmy sobie, o co właściwie chodzi.
     Chcieliśmy zobaczyć tych "psiekrwiów" - jak mówili górale - z bliska. Złazili z podniesionymi łapami, ustawiali się karnie w szeregu, nagle zarośnięci, oberwani, wynędzniali, z cholernymi oczkami pochowanymi na dnie zapadniętych oczodołów. Pogardliwa nienawiść osaczała ich stojących z tymi wciąż podniesionymi łapami, bez broni, bez pasów, od razu z drani - władców, jak królewny w żabki, zamienionych w drani - żebraków.
- "O ten! Ten  palił!".
     Ludzie mieli przed sobą tych, którym zawdzięczali swoje krzywdy. Nacierali ławą na pilnowanych z trudem przez żołnierzy, Niemców. Rozpoznawali swych prześladowców. Krzyżowały się wyzwiska, okrzyki nienawiści, żądania natychmiastowego wymierzenia kary. Jeszcze chwila, a zlinczują te przerażone gadziny.
- "No katoryj?! Ten?!" - radziecki oficer trącał lufą wyciągniętego nieoczekiwanie pistoletu oniemiałych ze strachu jeńców.
- "Tak! Ten! Ten!".
- "No na! Strielaj!" - oficer nagłym ruchem podał krzyczącemu góralowi pistolet.
     Tłum stanął, umilkł. Góral już chwytał pistolet i... zawahał się. Powoli schował ręce do kieszeni. Oficer spojrzał pytająco po ludziach.
- "No... praszu?!
     Nikt się nie ruszył. Nienawiść, pogarda, zemsta tak - ale tak po prostu zabić?
     Oficer schował pistolet, wydał odpowiednie rozkazy, żołnierze otoczyli zeszmaconych "übermenschów" i ruszyli do wsi. Ludzie towarzyszyli im ciskając pod adresem "psiekrwiów" przekleństwa i słowa nienawiści, chcąc chociaż w ten sposób zrekompensować sobie nieszczęścia. [...]
     Z tych upojnych trzech miesięcy pamiętam niewiele, ale za to bardzo dokładnie. A więc.
     O różnych porach w dzień lub w nocy, ale tylko przez godzinę mniej więcej i raz na dobę, miałam bardzo wysoką gorączkę, z towarzyszeniem bardzo silnego bólu głowy. Potem telepałam się z zimna i nie miałam siły mówić. I nie mogłam. Nie pozwalało mi owrzodzenie języka - ale to już bez względu na te ataki gorączki. Wciąż chciałam pić kwaśne rzeczy i miałam wrażenie, że oczy mam umieszczone w takich jakichś tunelach w głowie, bardzo głęboko. Jak bym patrzyła przez lornetkę w odwrotną stronę. [...]
     "Tych chudych nie sposób dobić" - według tej zasady, bez pomocy lekarskiej, wbrew zasadom biologii i medycyny - wyżyłam. Śniegi ruszyły, zaczęłam się jako tako trzymać na nogach, więc w pewien słoneczny, wiosenny, chociaż jeszcze zimny dzień, wyruszyłyśmy z Mamą, piechotą, do Mszany do doktora. Ciapa była po kostki, wiał dość ostry wiatr, ale oddychało się wspaniale. Przystając, przysiadając, przewędrowałyśmy te 8 km w pogodnym, wręcz beztroskim nastroju.
     Stary lekarz obejrzał mnie dokładnie, "zajrzał do gardła, zajrzał do ucha" i powiedział:
- "Boże! Po co Pani to dziecko dręczyła. To nie żaden świerzb - kompletna awitaminoza. Wyżyła..." - pokręcił głową - "dzielna dziewucha. Teraz tylko mleko, jajka, ser, słońce i powietrze. I niech robi co chce". [...]
     Szkoła jeszcze nie funkcjonowała, ale władze płaciły Mamie jakieś pobory. Małe bo małe, ale zawsze. Sytuację ratowała Danka stawiając karty - "na 24" i "na 36"... Przychodziły do niej kobiety ze wsi, a że karta Jej "szła", dużo rzeczy się sprawdzało, więc fama szła, a uszczęśliwione góralki znosiły jajka, mleko, czasem masło, mąkę.
     Zdarzyło się Dance wywróżyć jakiejś gospodyni z za rzeki - n. b. z tego wierchu, na którym kryłyśmy się przed podpalającymi chałupy Niemcami - że "młody szatyn niespodziewanie z dalekiej drogi". Kobieciny się rozpłakała.
- "Pani, dy to mój syn! Ale to ani niemożliwe, już dwa roki jak Niemcy pisali, że na tyfus w obozie... Napisali, mam papiery...Danka zgłupiała, zaczęła dukać, że to może kto inny, że to "niespodziewanie", więc można nie zna, może co.
     W jakiś czas potem kręciłam sobie żółtka z cukrem na ganku, słoneczny dzień kipiał radością, bez kłaniał się do ziemi i jakiś facet zerwał gałązkę. Miałam właśnie rozedrzeć się, że tego się nie robi itd., kiedy facet wszedł na ganek i poprosił o wodę. Był w bardzo zniszczonym swetrze i wojskowych spodniach. Przyglądałam mu się, kiedy pił z granatowego garnuszka. Ze strasznie zmęczonej twarzy patrzyły duże, smutne, bardzo życzliwe oczy. Siwe - takie ni to niebieskie, ni to szare. Poszedł.
     A pod wieczór przyleciała z za rzeki tamta góralka z kobiałką masła, sera, jajek i znów zabeczana tylko inaczej.
- "Pani! Wrócił! Pani powiedziała i on wrócił! Wtedy uciekł z tego obozu, a teraz przez Węgry, na piechotę Pani i wrócił! Tyli świat na nogach! I Pani powiedziała!".
     W końcu wszystkim nam się mokro w oczach zrobiło. Z radości.
     Ale wyżyć się z tego wszystkiego nie dało, nawet przy Mamy prywatnych lekcjach. Zbliżał się przednówek, żądano coraz wyższych cen za nabiał, a tu trzeba było dźwigać się z kilkuletniego zagłodzenia. Trzeba też było próbować wracać do Warszawy. [...]
     W maju dowiedzieliśmy się o końcu wojny. Ludzie podawali sobie tę wiadomość z ust do ust, co było szybciej niż docierała jakakolwiek gazeta, a radia nie było.
     W maju też Mama pojechała do Warszawy. Oczywiście nasz dom nie istniał, z piwnicy wszystko wyszabrowane, (już na zawsze rozstałam się z wizją mojej małej walizeczki), ciotka, której ocalało mieszkanie nie przyjmie nas, a w kuratorium powiedziano Mamie:
- "Starzy nauczyciele nam są niepotrzebni, mamy nowych, swoich, takich jak my chcemy".
     Wstrząśnięta tym Mama odnalazła pana Bronisława Chruścickiego, działacza nauczycielskiego, z którym pracowała przez całą wojnę i to w dwojaki sposób był kierownikiem ćwiczeniówki, w której Mama uczyła, a poza tym w naszym mieszkaniu była skrzynka kontaktowa i nocowali u nas ukrywający się nauczyciele, przysyłani przez tegoż pana Chruścickiego.
     Oczywiście pan Chruścicki - późniejszy prezes ZNP - interweniował natychmiast. Przerażająca uwaga gorliwego urzędasa nie znalazła potwierdzenia i w ciągu jednego dnia mama otrzymała nominację do szkoły na Żoliborzu, mieszczącej się przy ul. Czarneckiego 39. Ja zostałam zapisana do gimnazjum im. Stefanii Sempołowskiej przy placu Inwalidów, Danka do handlówki pani Lenkowej w Alei Wojska Polskiego, a do mieszkania zaprosiła nas ciocia Pola Żochowska, kuzynka Mamy, przed i w czasie wojny pracownik magistratu na placu Teatralnym. Ciocia też mieszkała na Żoliborzu, w Alei Wojska Polskiego 29 w pokoju z kuchnią i z dwojgiem dorosłych dzieci, ale Ona nas przyjęła [...]
     Zbliżał się wrzesień. Kończył się tragiczno-promienny nasz tu pobyt. Jechałyśmy - ja i Mama - wcześniej, Danka miała dobić do nas za dwa tygodnie. Na parę dni przed wyjazdem przyszli do nas obaj Zapałowie - przynieśli chyba coś do jedzenia, do zabrania do Warszawy.
     Ciemniało. Gadaliśmy z Antkiem przy płocie i Antek wystąpił z propozycją, że może byśmy tu zostały. Pożeniłybyśmy się tu, głodne byśmy nie chodziły, dobrze by nam było. Przelękłam się. Pomysł zostania w Niedźwiedziu wydał mi się absurdalny, chociaż nie umiałam tego uargumentować. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę mieszkać nigdzie indziej - tylko w Warszawie, mimo, że jedziemy tam do niczego, na niewiadome i chociaż żal mi gór, lasu i słońca, oraz kolegów, z którymi się zżyłam w tych wariackich czasach. Nie wiem zresztą, czy to był żal. Przeżyłyśmy tu kawałek życia, poznałyśmy życzliwych ludzi - nieocenioną panią Kunicką, państwa Białonów, panią Rózię z młodszym, bardzo przystojnym mężem, którzy nieraz nam pomogli i tylu innych. Zaznałyśmy tu wiele złego, ale i wiele dobrego. Czy to był żal?
     W każdym razie wyjeżdżałyśmy. [...]
     Do Warszawy przyjechałyśmy rano. Na Żoliborz szłyśmy piechotą, kanionami ulic, przez które wydeptano ścieżki. Czasem było nawet szeroko - chyba w ogóle był jakiś trakt przekopany w stronę Żoliborza. Miejscami widać było szyny i nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie jeżdżą tramwaje, skoro szyny są. Nie mogłyśmy się połapać, jakie ulice mijamy, jakimi idziemy, a getto nie miało ulic w ogóle. Sterczał jednak między kikutami kamienic Cedergren - PASTA. Nagle stanął mi przed oczyma nasz dom tak dokładnie, że chciałam tam iść. Uważałam, że to niemożliwe, żeby go tam nie było. PASTA jest, to i nasz dom musi być.
     Żoliborz w słońcu, z daleka, z całymi domami i zielenią, wyglądał jak brzeg morza. Zbliżałyśmy się doń powoli, ale nieustannie, chociaż nogi nie chciały już nieść.
     Ciocia Pola przyjęła nas bardzo serdecznie. Było cicho i nareszcie się nie jechało ani nie szło. Najpierw oczywiście spać. A potem...
     Potem mieszkało nas w tym pokoju z kuchnią sześcioro, nie licząc nocujących okresowo różnych potrzebujących. I mieszkaliśmy jakoś. Spałyśmy we trzy na tapczanie w pokoju, coś się jeszcze rozkładało, ciocia w kuchni. Leszek wciąż gdzieś jeździł, więc często nie było go w domu. Wtedy można było spać na jakiejś takiej wąskiej kozetce.
     Poszłam do gimnazjum - miałam na świadectwie z VI kl. same piątki, więc nie zdawałam żadnego egzaminu. Przyjęto mnie w Sempolaneum do klasy francuskiej - Ib.
     Przyjechała Danka. Wróciłam ze szkoły i pobiegłam się z nią przywitać, ale się jedynie przestraszyłam. Leżała na tapczanie z półotwartymi oczyma. Za wiele widziałam, żeby nie pomyśleć, że nie żyje. Żyła oczywiście, tylko była taka strasznie zmęczona, że spała z otwartymi oczyma. [...]
     I tak się zaczął pierwszy etap normalizacji naszego powojennego życia. Ciężko było, ale dobrze.
     Wstąpiłam do harcerstwa, z czego byłam bardzo dumna i do czego dążyłam od chwili powrotu do Warszawy. Byłam w 8 Warszawskiej Żeńskiej Drużynie Harcerskiej miałam mundur szary oczywiście, własnoręcznie wykonaną brązową chustę z żółtą tasiemką dokoła i furażerkę z lilijką, po którą tłukłam się gdzieś do Śródmieścia z wielkimi komplikacjami i błądzeniami. Chodziłam na zbiórki, kominki, ogniska, uczyłam się samodzielności, zaradności i umiejętności współżycia z ludźmi. W grudniu złożyłam przyrzeczenie i jestem mu wierna do dziś. Takie przyrzeczenie składa się raz w życiu.
     Chodziłam też na kurs baletowy, prowadzony nie wiadomo, dlaczego przez PCK. Naszą profesor była pani Grafczyńska, osoba o ogromnej wiedzy, znajomości przedmiotu i umiejętnościach wychowawczych. Przepowiadano mi wielką przyszłość, miałam "świetną pracę rąk" i poczucie rytmu i takie tam różne. Chciałam tańczyć liście, łabędzie i inne sylfidy, ale na razie, ponieważ była najwyższa, tańcowałam w pierwszej parze za chłopaka. To było trudniej - pocieszano mnie tak - ale ja byłam z tego powodu bardzo nieszczęśliwa. [...]
     Wieczorami, po odrobieniu lekcji, jeśli nie miałam zbiórki, robiłam z Leszkiem papierosy. Ręczna maszynka nie była bardzo skomplikowana, wymagała jednak precyzji. Oczywiście darłam bibułki, pękało mi to, sypało się, ale w końcu nauczyłam się. W dalszym ciągu nie bardzo miałyśmy w czym chodzić. W tej sytuacji realną pomocą stały się paczki UNRRA. Tuż przed zimą dostałyśmy na szczęście taką paczkę, w której były czarne, płócienne pantofle, z noskami i piętami z czegoś przypominającego skórę. A może to i była skóra. Nazywało się to popularnie "trumniaki". Więc chodziłyśmy w tych "trumniakach" i wydawały się nam one wręcz eleganckie.
     W dniach zbiórek chodziłam w mundurze, ale moim podstawowym odzieniem był granatowy fartuch, pod którym można było ukryć wszystko niedoskonałe, co było pod spodem. W klasie IB najładniejszą sukienkę - przedmiot mojej, a jak się potem okazało całej klasy zazdrości - miała Krysia Hörnig. Była to brązowa, jasnobrązowa sukienka, z kloszową spódnicą, która przy szyi, rękawach i dookoła dołu była obszyta futerkiem. Może to było jedyne dobre ubranie właścicielki - ale dla nas Krysia była wręcz arystokratką, jeżeli nie królewną z bajki. [...]
     W zimie ciocia Pola zachorowała - rak.
     Znów coś wydawało mi się niemożliwe: umrzeć "z choroby"" Wojna, strzały tak, ale choroba? Ciocia leżała w kuchni. Siedziały przy niej na zmianę Lidka i Mama. Któregoś wieczoru Mama zawołała mnie do kuchni. Chciałam z Ciocią porozmawiać, ale ona nie mogła mówić. Pogłaskała mnie tylko po głowie, uśmiechnęła się, złapał ją atak bólu, Lidka chwyciła strzykawkę.
     Bardzo nie chciałam, żeby Cioci nie było. Była dobra, przyjęła nas wtedy, kiedy wszyscy odmówili pomocy. Ale nie chodziło o wdzięczność, to było coś innego, czego nie umiałam określić. I bunt. Protest przeciw czemuś na co się nie ma wpływu.
     Za parę dni, wieczorem, Ciocia chciała gdzieś iść. Mama i Lidka wzięły ją pod ręce, próbowały pomóc iść, tłumaczyły łagodnie, żeby może lepiej, żebym nigdzie nie szła. Przy drzwiach Ciocia osunęła się! Położyły ją do łóżka. Zamknęły drzwi. W nocy Mama weszła do pokoju. Ciocia... bardzo się męczyła. Lepiej, że już nie cierpi. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, buntowałam się, chociaż wiedziałam, że Mama musi mieć rację. [...]
     Mniej więcej w czerwcu 1946 r. zaczął się II etap naszej normalizacji - dostałyśmy samodzielny pokój (przy rodzinie) w domu ZNP przy ul. Krechowieckiej 6. Był to luksus w porównaniu z tym co dotychczas. Państwo Łopińscy byli bardzo zacnymi i życzliwymi ludźmi. Mieszkaliśmy zgodnie parę lat, przeżyliśmy wiele złych i dobrych chwil. Po raz pierwszy zetknęłam się z takim zjawiskiem życiowym, jakim przyjście na świat dziecka, co odbywało się w pokoju obok i co ogromnie przeżyłam. Mała dostała imię Jadwiga. Jagoda przychodziła do nas często, kiedy była już większą dziewczynką, chociaż właściwie to nie tyle do nas, co do naszego kota, łaciatego, małego, wyciągniętego przez Dankę z kadzi z wapnem na jakiejś budowie. W holu dużego mieszkania wisiały jakieś rogi nie wiadomo czyje trofea myśliwskie. Widocznie mała przestraszyła się ich kiedyś i ktoś jej wytłumaczył, żeby się nie bała, bo wychodząc z naszego pokoju brała kogoś za rękę i idąc do drzwi powtarzała spokojnie: "Nie bój się rogi, nie bój się rogi". Nie muszę dodawać, że weszło to do naszego rodzinnego słownika.
     Paczki z UNRRY ratowały nas w dalszym ciągu. Najbardziej lubiłam z ich zawartości twardą, gorzką czekoladę. Ale były tam różności - niektóre przetrwały do dziś. Tłucze się na przykład gdzieś po szufladach jakaś ozdobna spinka do kokardy, szczoteczka do zębów zdatna jeszcze do użytku, grzebyczek dla lalki, który mi świetnie służy do rozczesywania rzęs! Oczywiście głównymi rzeczami o podstawowej wartości było jedzenie - na przykład mąka, która ciągnęła się jak guma i ubranie, oraz cały szereg potrzebnych rzeczy. [...]
     Czekała na nas niespodzianka - Tato! W aandersowskim berecie, z "POLANDEM" na ramieniu. Tato, do którego przez parę tygodni mówiłam "Proszę Pana"...
     No i po miesiącu jakichś kolejnych kolonii, tym razem w Świdrze, wróciła szkoła, zbiórki, balet, pływalnia, lekcje fortepianu, dodatkowy kurs angielskiego w YMCE. Jakim cudem się to wszystko mieściło w czasie - nie wiem. Ale się mieściło.
     Rodzice pracowali, Danka skończyła handlówkę i poszła na SGH, słowem normalnie życie.
     I w ten normalny tok wdarła się wielka przygoda. W marcu 1947 r. pojechałam w ramach akcji krajów skandynawskich pod hasłem "RED BARNET" (Ratujcie dzieci) na 3 miesiące do Danii.
     Organizacja "RED BARNET" organizowała dla dzieci krajów europejskich, szczególnie przez wojnę dotkniętych - w tym głównie polskich - wyjazdy na turnusy, mające na celu odżywienie i regenerację psychiczną. Dzieci jechały do Szwecji, Norwegii i Danii, do poszczególnych rodzin i zdarzało się, że te z nich, które własnych rodzin nie miały zostawały, adoptowane lub na jakichś innych zasadach na stałe. Było też kilka turnusów na zasadzie obozów harcerskich, ale ja byłam u rodziny.
     Pobyt tam miał też pewne cienie, ale znaczenie jego trudno przecenić. Był zetknięciem się okaleczonego dziecka, bez dzieciństwa, dojrzałego o 8 lat za wcześnie, z doświadczeniami, których nie miał niejeden dorosły, z normalnym życiem, ze społeczeństwem, w którym dziecko miało grać w szczypiorniaka, a nie strzelać ze spłonek, liczyć gole, a nie niewypały, w którym życzenia świąteczne brzmiały "żebyś był zdrów", a nie "żebyśmy żyli na następne święta". Tam burza była burzą - nie kojarzyła się ze śmiercią, bombardowaniem. Tam przelatujący samolot nie budził natychmiastowego odruchu ucieczki do piwnicy. W czasie burzy się spało, najwyżej zamykało okna, a kiedy leciał samolot podnosiło się głowę, by na błękicie nieba odszukać błyszczącą sylwetkę i zadumać się, gdzie też to on leci.
     I dlatego Skandynawia w ogóle, a Dania w szczególności, będzie dla mnie zawsze synonimem najwyższego, bezinteresownego i nigdy nie przecenionego dobra. [...]
     Ten II etap normalizacji trwał do roku 1949, kiedy to dostaliśmy własne mieszkanie w WSM na Mokotowie. Były to dwa pokoje z kuchnią, łazienką i balkonem, słoneczne, suche.
     Znów mieliśmy swój dom w Warszawie.
     I chociaż zaczynaliśmy od niczego, byliśmy u siebie.
     Z tamtego życia, sprzed Exodusu, mieliśmy:
wyleniałe futro Mamy, bluzkę Mamy z ukraińskim wzorem, szal z szarej różowej wełny, który Mama zrobiła jeszcze za panieńskich czasów, szydełkiem, góralski pasek skórzany z klamrą, robioną przez starego Bigosa na Bukowinie.
     Ja osobiście miałam "Jerzyka" - lalkę w beciku, która rusza głową i rączkami, jeśli się włoży do jej środka palce prawej ręki. Nie rozstawałam się z nią i służyła mi przez te wszystkie lata za jasiek.
     Danka miała zegarek na rękę marki "Zenith", który dostała w 1939 r. po skończeniu VI klasy. 
     No i mieliśmy kilka fotografii, które się uratowały dzięki temu, że posłałyśmy je Tacie do oflagu.
     Przez parę lat, jeszcze wtedy, kiedy już istniała nowa ulica Marszałkowska i jeździły nią tramwaje, stała wypalona oficyna naszego domu. Bomba rozpruła ją w pionie, tzw. "pokoiku" naszego mieszkania i jego różowa ściana, ze śladami po wiele lat tam wiszącej - reprodukcji Michała Anioła, stała nad ulicą Marszałkowską, na wprost PASTY i budziła wspomnienia, żal, tęsknotę i gorycz.

 Wstecz...


Ametystowy różaniec Ludmiły Niedbalskiej wyniesiony po Powstaniu Warszawskim, 1944
Ametystowy różaniec Ludmiły Niedbalskiej wyniesiony [...]
Danuta Niedbalska, starsza siostra Ludmiły, Warszawa, okupacja niemiecka
Danuta Niedbalska, starsza siostra Ludmiły, Warszawa, [...]
Góralski pasek Ludmiły Niedbalskiej wyniesiony z płonącej Warszawy, 1944
Góralski pasek Ludmiły Niedbalskiej wyniesiony z [...]
Haftowana bluzka Ludmiły Niedbalskiej, jedno z niewielu ubrań zabranych z Warszawy, 1944
Haftowana bluzka Ludmiły Niedbalskiej, jedno z niewielu [...]
Lalka Jerzyk w beciku towarzyszyła Ludmile Niedbalskiej w czasie tułaczki po Powstaniu Warszawskim, 1944
Lalka Jerzyk w beciku towarzyszyła Ludmile Niedbalskiej [...]
Mieszkanie rodziny Niedbalskich w Warszawie przy ul. Zielnej 42 przed Powstaniem Warszawskim
Mieszkanie rodziny Niedbalskich w Warszawie przy ul. [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, s. 1, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, s. 2, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, s. 3, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, s. 4, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 17 X 1945, [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, s. 1, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, s. 2, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, s. 3, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, [...]
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, s. 4, zb. pryw.
Wypracowanie szkolne Ludmiły Niedbalskiej, 19 X 1945, [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten