Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Eugeniusza Spiechowicza


foto

     Po kilku (dwóch, trzech) dniach zostaliśmy skierowani do transportu, którego przeznaczeniem był (jak się później dowiedzieliśmy) obóz koncentracyjny. W drodze na rampę, młody żołnierz pilnujący transportu, powiedział do mojej matki po niemiecku "chodź matko", wziął ją za rękę i skierował do pawilonu VIII, o którym wiedzieliśmy, że był pawilonem wolnościowym. Matka moja, która znała język niemiecki powiedziała, że jest z nieletnim synem, który został ranny w czasie bombardowania Warszawy. Żołnierz wziął mnie również za rękę i odprowadził do wyżej wymienionego pawilonu. Tam po kilku godzinach został zorganizowany następny transport, z którym koleją wywieziono nas na teren województwa kieleckiego, do miejscowości, zdaje się o nazwie Samsonów. Następnie nakazano zgłosić się do sołtysów przyległych wsi, którzy byli zobowiązani zapewnić zakwaterowanie uchodźcom z Warszawy. Skierowano nas do gospodarza, który przyjął nas bardzo niechętnie, oświadczając, że za jakie grzechy ma karmić (bardzo skąpo) i kwaterować nierobów z Warszawy. Po naradzie z mamą po dwóch czy trzech dniach pobytu u ?gościnnego" gospodarza postanowiliśmy go opuścić. Wiedzieliśmy, że w Ujeździe koło Tomaszowa Mazowieckiego jest proboszczem brat męża mojej siostry ciotecznej. Częściowo pieszo, furmanką i koleją dotarliśmy na plebanię, gdzie przebywała już wspomniana siostra z mężem i matką, rodzoną siostrą mojej mamy. Po przyjeździe zostałem przez księdza proboszcza, jako ranny bohater Powstania Warszawskiego przyjęty z wielkimi honorami i zaproszony na kolację do salonu, gdzie pytano mnie o wieści z Powstania na Żoliborzu. Następnego dnia, ksiądz proboszcz oświadczył mnie i mamie, że czasy są ciężkie i nikt w jego domu chleba darmo jeść nie będzie. Następnie polecił nam (były właśnie wykopki), żebyśmy za kopaczami podbierali kartofle i pakowali je na furmanki. Jest to bardzo ciężka praca, zwłaszcza dla młodego chłopca, po ciężkim zranieniu (pięć odłamków), w czasie której należy się wielokrotnie schylać. Po dniu takiej pracy, dostałem temperatury powyżej 400C i otworzyły się wszystkie rany.    
     Następnego dnia pojechaliśmy do Tomaszowa Mazowieckiego do lekarza. Lekarz opatrzył mnie rany, nie biorąc honorarium za zabieg i dodatkowo zaopatrzył mnie w niezbędne materiały opatrunkowe i leki. Lekarz był oburzony, że w moim stanie zdrowia kazano mnie tak ciężko pracować. Po powrocie do plebani spakowaliśmy nasz bardzo skromny dobytek i przenieśliśmy się do sąsiedniej wsi, gdzie wynajęliśmy mały pokoik. Wraz z nami wyprowadziła się również mamy siostra, żegnając się z "gościnną" plebanią.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten