Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Eugeniusza Spiechowicza


foto

     Niewielkie środki finansowe nie pozwalały na dłuższy pobyt u gospodarza. Mama przypomniała sobie, że w miejscowości Stąporków mieszka ciocia Amelia, której mąż (brat mojej babci zmarły na początku okupacji) był kierownikiem szkoły. Mama wyjechała do cioci w celu zbadania możliwości ewentualnego zatrzymania się u Niej na pewien czas. Po kilku dniach otrzymałem od cioci bardzo serdeczny list. W liście napisała, że nie powodzi się jej najlepiej, mieszka sama w niedużym pokoju i utrzymuje się ze skromnej renty, ale gorąco nas zaprasza, ma pewien zapas mąki i ziemniaków, co pozwoli nam wspólnie przetrwać nadchodzącą zimę. Na początku listopada 1944 opuściłem dotychczasowe mieszkanie i pojechałem koleją do Stąporkowa. W pociągu ja i kilkanaście innych osób z Warszawy zostało zatrzymanych przez niemieckich żandarmów i przewiezionych do siedziby gestapo w Końskich. Oprócz niewielu rzeczy osobistych miałem ze sobą opaskę, orzełka (widoczne na zdjęciu) oraz legitymację żołnierza Armii Krajowej. Na szczęście przed rewizją osobistą udało mnie się pójść do toalety, gdzie utopiłem te wszystkie podane wyżej, a obciążające mnie dowody. W czasie przesłuchania nie byłem fizycznie maltretowany, tylko dokładnie rewidowany. Pytano mnie o pochodzenie blizn na moim ciele. Wyjaśniłem, że to od wybuchu bomby, która trafiła w dom, gdzie przebywałem. W gestapo spędziłem trzy dni. Trzeciego dnia pobytu, wraz z drugim dużo starszym więźniem zostaliśmy wyznaczeni do obierania ziemniaków. W momencie kiedy wyszliśmy rankiem z koszem na dziedziniec, otworzyła się brama od ulicy i zaczął wjeżdżać furgon zaprzężony w konia, eskortowany przez żołnierza. Furgon się zatrzymał, gdyż w korytarzu od bramy powiesił się strażnik Ukrainiec. Zrobiło się duże zamieszanie, żołnierze i strażnicy zaczęli odcinać powieszonego. Zaproponowałem współwięźniowi, abyśmy wykorzystali zamieszanie i uciekli. Nie zgodził się, uważając, że nas zastrzelą. Postanowiłem uciekać sam. Brama była wciąż otwarta, a furgon zasłaniał pole widzenia strażnikowi z bunkra, który był usytuowany przy głównym wejściu do gestapo. Wyszedłem przez bramę, skręciłem w lewo w kierunku najbliższej przecznicy. Szedłem wolno, siłą woli powstrzymując się, aby nie przyspieszać. W każdej chwili spodziewałem się serii z pistoletu maszynowego w plecy. Po wejściu w boczną ulicę przyspieszyłem i zacząłem kluczyć, a następnie nie wróciłem na dworzec, obawiając się pogoni. Nie korzystałem z szosy prowadzącej do Stąporkowa, tylko jako doświadczony harcerz, kierując się stroną świata (położeniem słońca) poprzez pola i łąki dotarłem do Stąporkowa, gdzie zostałem powitany bardzo serdecznie przez ciocię Amelię i oczywiście moją mamę. Następnie trzy tygodnie spędziłem w niezwykle miłej atmosferze. Ciocia Amelia okazała się niezwykle dobrą i ciepłą kobietą. Dzieliła się wszystkim, co miała. Miała jednak niewiele. Jedliśmy na zmianę kartoflankę, zalewajkę i zapalankę. Chleb był tylko raz w tygodniu w niedzielę. Pomimo biedy pobyt tam wspominam ze wzruszeniem. Wypocząłem i nabierałem sił. Jednocześnie nudziłem się przeogromnie. W ostatnich dniach listopada, moja kuzynka załatwiła mnie posadę gońca w RGO w Piotrkowie Trybunalskim, dokąd się natychmiast udałem. Placówka RGO mieściła się, jeżeli dobrze pamiętam przy ulicy Żabiej 2. Większość pracowników, łącznie z dyrektorem byli to żołnierze AK, nie tylko z Warszawy. Ja mieszkałem w jednym pokoju z dwoma wołyniakami. Oprócz bardzo skromnej pensji otrzymywaliśmy również przydziały żywnościowe, jak np. śledzie czy mleko w proszku. Dzięki temu mogłem trochę wspomóc mamę i ciocię.
     W połowie stycznia 1945 roku stałem na chodniku i patrzyłem jak "niezwyciężona" i potężna armia niemiecka uciekała na zachód w popłochu, samochodami, furmankami i pieszo, obładowana różnymi "tobołami", zapewne niezwiązanymi z wyposażeniem wojskowym.
     W nocy, w której Niemcy opuścili Piotrków, a Rosjanie jeszcze nie wkroczyli otrzymaliśmy rozkaz, aby udać się do więzienia i zniszczyć wszystkie dokumenty więzionych tam akowców. Miało to na celu uniemożliwienie dostania się tych dokumentów w posiadanie NKWD. Rozkaz został wykonany, a dokumenty spalone. Było to ostatnie zadanie, które wykonałem jako żołnierz Armii Krajowej.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten