Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Włodzimierza Szurmaka


     W roku 1944 mieszkałem na ulicy Płockiej 49. Posesja ta znajdowała się mniej więcej pośrodku między ulicą Górczewską a Gostyńską. Zamieszkiwana była przez sześć rodzin z branży taksówkarskiej i dorożkarskiej.
     Za chwilę obok bramy naszego domu biegli ludzie uzbrojeni z opaskami biało-czerwonymi. Byli to powstańcy. Tak dla mnie zaczęło się Powstanie.
     Odcinek naszej ulicy co chwila przechodził z rąk do rąk. Trzy razy dziennie byli u nas powstańcy i raz dziennie Niemcy. Gdy przychodzili powstańcy, wychodziliśmy z ziemi, gdy przychodzili Niemcy, chowaliśmy się do schronu. Tak było przez sześć dni.
     6 sierpnia w godzinach przedpołudniowych Niemcy weszli na nasze podwórko i grożąc granatami kazali wszystkim wyjść na zewnątrz. W chwili, gdy wychodziliśmy ze schronu, zaatakowali powstańcy. Niemcy zajęli stanowiska obronne, zrobił się ogólny tumult, część ludzi wyszła zgodnie z poleceniem Niemców na ulicę, niektórzy zaś pochowali się po mieszkaniach i strychach. Gospodarz domu - Sójecki, próbował odbić deski w parkanie i wydostać się do ogrodów leżących między naszą posesją a torami kolejowymi i tam został zastrzelony. Pozostali, którzy się pochowali spłonęli żywcem, bowiem Niemcy podpalili dom i pozostałe zabudowania, strzelając jednocześnie do wszystkiego, co się rusza. Zabili ludzi, konie i pozostałe zwierzęta. Po odparciu ataku powstańców, Niemcy kazali nam biec przez ogródki leżące na tyłach domów w kierunku wiaduktu na ulicy Górczewskiej. Pamiętam, [że] kiedy byliśmy już w ogródkach zaatakowały nas samoloty. Upadłem obok betonowego zbiornika na wodę i widziałem, jak w wodę spadają ze świstem kule rozbijając jej spokojną powierzchnię. Biegnąc spostrzegłem ojca, który podniósłszy się z ziemi biegł do mnie, aby sprawdzić, czy żyję, bowiem widział w pobliżu mnie strzały z samolotu. Kiedy dobiegliśmy do ulicy Górczewkiej, zauważyłem, że przed wejściem na chodnik na kupie ziemi, tuż obok rzędu kiosków i bud drewnianych stojących przy ulicy, leżą zabici ludzie. Ze zgrozą zobaczyłem, że biegnący dwa metry przede mną mężczyzna również przewrócił się na tę kupę trupów. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że z okien sąsiedniego domu Niemcy strzelają do ludzi. Krzyknąłem do ojca, obaj padliśmy na ziemię i przeczołgaliśmy się obok licznych, martwych ciał na ulicę, którą jak rzeka szli ludzie w kierunku wiaduktu, podobnie jak my wypędzeni z domów przy ulicy Górczewskiej i pobliskich. Wpadliśmy wtedy z ojcem w środek tłumu i w momencie, kiedy znalazłem się na środku ulicy poczułem silne uderzenie powietrza i coś takiego, jakby prąd o wysokim napięciu przeszył moje ciało. Przewróciłem się. Ostatnim obrazem, który utrwalił się w mej pamięci jest mężczyzna z dzieckiem, który przewrócił się przede mną, a ja na niego. Zostałem postrzelony w lewą rękę pomiędzy łokciem a ramieniem. Ojciec biegnący za mną podniósł mnie z ziemi i doniósł do środkowego filaru wiaduktu i tu trzymał na kolanach, ponieważ cała dolna część ulicy pod wiaduktem była zalana wodą do wysokości około pół metra. Cała dolna część ulicy Górczewskiej pod wiaduktem była zapełniona ludźmi, przy czym od strony Woli Niemcy formowali grupy i odprowadzali na rozstrzelanie na Moczydło. Jednak ilość napływających była tak duża, że niebawem nie nadążano z rozstrzelaniem, gdy zapadł zmrok. Dzięki temu, że ja byłem ranny, moi rodzice trzymając mnie przy środkowym filarze opierali się płynącej fali ludzi i w ten sposób zostali do wieczora nie idąc na rozstrzelanie. Na noc Niemcy przepędzili nas wszystkich i zamknęli w pobliskiej fabryce "Semperit", leżącej wówczas za torami po lewej stronie ulicy Górczewskiej. Tam zakonnice opatrzyły mi ranę, która na szczęście okazała się niegroźna. Reasumując z ojcem wypadki dnia poprzedniego doszliśmy do wniosku, że mężczyzna, na którego się przewróciłem został zabity kulą, która przeszyła moją rękę. Ponadto, że strzelali do nas Niemcy i Ukraińcy stojący na chodnikach po obu stronach jezdni wybierając przede wszystkim młodych mężczyzn i chłopców, oraz, że szczęściem w nieszczęściu okazała się moja rana, bowiem dzięki niej nie zostaliśmy rozstrzelani na Moczydle.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten