Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Włodzimierza Szurmaka


     Rankiem pociąg zatrzymał się, otwarto drzwi i zobaczyłem, że jesteśmy na stacji w mieście Olsen (obecnie Oleśnica koło Wrocławia). Tam wypędzono nas z pociągu, następnie rozdzielono mężczyzn od kobiet i dzieci. Kobiety i dzieci pozostawiono na stacji, mężczyzn zaś załadowano do wagonów i powieziono dalej, jak się później okazało, do Wrocławia. Mnie pozostawiono razem z matką. Zaprowadzono nas do miasta, do jakiejś fabryki. Tam urządzono nam kąpiel, a następnie nakarmiono nas. Wieczorem wsadzono nas do pociągu i zawieziono do Nomslau (obecnie Namysłów), gdzie osadzono nas w fabryce suszonych kartofli tuż koło torów kolejowych, w szopie wypełnionej matami słomianymi, które zimą służyły do okrywania kartofli czekających na przerób. W fabryce tej siedzieliśmy z matką oraz innymi kobietami i dziećmi - razem około sto osób - około dwóch tygodni. Raz dziennie dostawaliśmy rozgotowaną marchew lub brukiew w wodzie. Codziennie przed południem wypędzano nas na plac przed szopą, ustawiano po obu stronach drogi, którą przechadzali się okoliczni bauerzy i wybierali sobie ludzi do pracy. Przypominało to żywcem handel niewolnikami.
     Pod koniec drugiego tygodnia, kiedy już niewiele osób zostało, wybrano i mnie z matką. Wybrał mnie bauer nazwiskiem Gustaw Kroll ze wsi Simelwitz, leżącej około 6 km od Namysłowa. Tenże bauer, jak się później okazało, Ślązak z pochodzenia, dobrze mówił po polsku. Miał gospodarstwo stumorgowe, zatrudniał już do pracy niewolniczej dwie Ukrainki oraz jednego Francuza - jeńca wojennego. Był wdowcem, miał czterech synów, których portrety wisiały nad jego łóżkiem. W czasie [naszego] krótkiego u niego pobytu, dwóch synów przebywało na urlopach. Jeden lotnik, zaś drugi SS-man, który całymi dniami uganiał się za jedną z Ukrainek nie bez skutku. Gospodarstwo prowadziła Niemka z Berlina, której mąż zginął na wschodzie, a mieszkanie zostało zniszczone podczas bombardowań. Mieszkała u niego również stara Niemka, nosząca odznakę ze swastyką, która też została przesiedlona do niego po zniszczeniu jej mieszkania, prawdopodobnie we Wrocławiu.
     Mieszkaniem naszym był odgrodzony kąt w oborze, w którym mieściło się wyłącznie piętrowe łóżko. Praktycznie można powiedzieć, że mieszkaliśmy w oborze, podobnie jak dwie Ukrainki w stajni. W zagrodzie tego gospodarza znajdował się wydzielony pokój okratowany, w którym na noc zamykano francuskich jeńców wojennych. Wieczorem sami oni przychodzili i zamykał ich nasz gospodarz, czasami przyjeżdżał żandarm. Rano otwierano ich, rozchodzili się sami do pracy u różnych bauerów w całej wsi. Co miesiąc dostawali paczki żywnościowe z Czerwonego Krzyża, tak że lepiej byli odżywieni od samych Niemców. Nie pałali jednak oni sympatią ani do Polaków ani do Ukrainek. Jeżeli częstowali czymś z paczek, to wyłącznie Niemców. Kobieta, która prowadziła gospodarstwo bauera miała syna, mego rówieśnika. Ten zawsze był obdarowywany przez Francuzów cukierkami, czekoladą a także po kryjomu papierosami. Ja nigdy nic od nich nie otrzymałem. Raz dostałem w twarz za to, że podczas zabawy zbyt mocno poturbowałem mego rówieśnika Niemca, który się poskarżył Francuzom.
     Nasz bauer zaczął mnie i matkę zachęcać abyśmy podpisali jakąś listę Volksdeutschów oraz zdjęli litery "P" noszone na klapach, to on wygospodaruje dla nas pokój w domu mieszkalnym. Zachętą do tego było kupno dla mnie ubrania. Ponieważ zaczynały się chłody, a ja byłem wyłącznie w koszuli i spodniach, zabrano mnie któregoś dnia do miasta (Namysłowa) i zakupiono mi nowy anzug. Następnie bauer powiedział, że wiadomo mu, iż w Sleuschen (obecnie Słuszyca) na dawnej granicy polsko-niemieckiej mężczyźni z Warszawy kopią rowy przeciwpancerne i że jeżeli odprujemy litery "P", to on jest gotów nas tam zawieźć pod pretekstem odwiedzenia rodziny, którą w tej wsi miał. W trakcie tej rozmowy dowiedzieliśmy się, że jest z pochodzenia Polakiem i że w stolicy posiada liczną rodzinę, która również się zniemczyła. Nadzieja zobaczenia się z ojcem i matki z mężem zwyciężyła. Odpruliśmy litery "P" niczego więcej bauerowi nie obiecując. W niedzielę wozem osłoniętym plandeką, pod która byliśmy ukryci, z matką pojechaliśmy do Sleuschen. Rzeczywiście odnaleźliśmy ojca. Radość ze spotkania - jak się później okazało - ostatniego, była wielka. Przywieźliśmy ojcu jagody i jeżyny zbierane w lesie. Bauer był przezorny i wziął dla nas wałówkę oraz dwie butelki soku owocowego. Byliśmy z ojcem cały dzień, a wieczorem wróciliśmy do naszej obory.
     Matka pracowała w polu razem z Ukrainkami, ja natomiast pracowałem razem z Francuzem. Kosiliśmy siano, następnie kopaliśmy i zwoziliśmy kartofle, codziennie cięliśmy i zwoziliśmy zielonki dla bydła, bowiem zgodnie z niemiecką metodą hodowli krowy nie wychodziły na pastwisko, tylko cały czas stały w oborze. Wieczorem następowało czyszczenie obory i zadawanie paszy. Praca aż do upadłego. Jedzenie dostawaliśmy mizerne. Rano chleb z przydziałowym masłem, które każdy trzymał na swoim talerzyku w kuchni w kredensie, i kawa zbożowa z mlekiem. Obiad najczęściej jednodaniowy, czyli zawiesista zupa jarzynowa z chlebem. Czasami kawałek mięsa z sosem i słynnymi kleizami (pyzami). Kolacja zawsze jednakowa - kartofle w mundurkach z własnym masłem, kawałek sera i odciągane mleko wówczas, gdy nie wypiły cielęta lub maślanka. Wszyscy niewolnicy stołowali się w kuchni i wstęp dla nich na pokoje był wzbroniony. Co jedli Niemcy na pokojach - nie wiem. Podejrzewaliśmy jednak, że sobie przyrządzali lepsze jedzenie, czego potwierdzeniem było to, że gdy dla nas pożywienie było bardzo marne, Francuz był zapraszany do ich stołu.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten