Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Włodzimierza Szurmaka


     Na początku grudnia dokonał się handel niewolnikami. Otóż którejś niedzieli przyjechała w odwiedziny do naszego bauera rodzina. Goszczono ich, oglądali gospodarstwo oraz - czego zrazu nie rozumieliśmy - i nas z matką. Po odjeździe tej rodziny bauer wezwał nas do siebie i zakomunikował, że uzgodnił z tą rodziną i w tygodniu załatwi potrzebne formalności przeniesienia nas do nich. Tamten bauer jest chory, nie może w polu pracować, ja sobie dobrze radzę z końmi, więc będę u niego pracował, zaś matka będzie prowadzić gospodarstwo. I rzeczywiście w następną niedzielę zostaliśmy przetransportowani do wsi Elguth leżącej 2 km od Namysłowa. Zamieszkaliśmy tym razem w normalnym domu, w którym obok bezdzietnego małżeństwa naszych gospodarzy mieszkała z dwojgiem nieletnich dzieci Niemka z Berlina, podobno żona lotnika, który zginął na wschodzie.
     Poza obrządzaniem bydła i koni z uwagi na srogą zimę nic specjalnego nie robiliśmy. Ja już nieco opanowałem język niemiecki, tak, że z gazet, które bauer zostawiał luzem na stole, bądź z radia, którego słuchał wieczorami, dowiedziałem się o aktualnej sytuacji na froncie. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na front i wyzwolenie. Zwiastunem zbliżającej się wolności były coraz częściej oglądane w świetle księżyca eskadry samolotów przelatujące nad nami ze wschodu i niebawem powracające niemal w takim samym szyku.
     U nowego bauera było nam znacznie lepiej niż u poprzedniego. Atmosfera była bardziej familijna. Nawet Niemka z Berlina okazała się kobietą sympatyczną, gospodyni - z pochodzenia Ślązaczka - mówiła dobrze po polsku. Nie ulega wątpliwości, że w dużej mierze na tę atmosferę wpływała sytuacja na froncie oraz słyszane coraz częściej bezpośrednio huki i wystrzały, jak również widok przelatujących samolotów. Częściej jadaliśmy mięso przy jednym stole z Niemcami. Pochodziło ono z kur hodowanych po kryjomu przez gospodynię w piwnicy. Na święta Bożego Narodzenia bauer poczęstował nas kieliszkiem wódki. Co niedziela na śniadanie było ciasto. Krótko mówiąc, w stosunku do poprzedniej sytuacji poczuliśmy się nieomal, jak na urlopie wypoczynkowym.
     W dniu 19 stycznia 1945 roku, kiedy huk dział, a nawet strzały karabinowe słychać było już blisko, o północy przybyli SS-mani i kazali natychmiast zabrać tylko rzeczy osobiste i wozem z końmi udać się w nakazanym kierunku. W mroźną noc Niemcy  wymościli wóz konny materacami z łóżek, załadowali pościel, trochę żywności, rzeczy osobiste. Dla nas przywiązali do wozu z tyłu sanki, takie, na jakich dzieci zjeżdżają z górki i cały tabor wozów z kilku okolicznych wsi przesuwały się w kierunku południowo-zachodnim. Jadąc tak całą noc, a następnie cały dzień, dotarliśmy wieczorem do dużego majątku ziemskiego (nazwy miejscowości nie pamiętam), gdzie przenocowaliśmy. W nocy umówiliśmy się z matką, że nie jest w naszym interesie iść dalej za wozem naszych bauerów, że ukryjemy się i poczekamy na front, a po jego przejściu wrócimy do domu. Rano stwierdziliśmy, że takie postanowienie podjęli również i inni Polacy, jak również Serbowie, którzy znaleźli się wśród nas. Nie chowając się, wprost oświadczyliśmy naszym panom, że dalej nie będziemy im towarzyszyć. Po krótkiej ostrej wymianie poglądów na aktualną sytuację definitywnie rozstaliśmy się. W oczekiwaniu na front, zaczęliśmy przygotowywać zapasy żywności na drogę powrotną.
     Pod wieczór do majątku, w którym nocowaliśmy, przybyli żołnierze niemieccy. Początkowo nie wykazywali zainteresowania nami.
     Następnego dnia rano spędzono nas na podwórze. Kazano nam złożyć bagaże na przyczepie traktorowej, [a następnie] wypędzić bydło z obór i pędzić wskazaną drogą. Tak zaczęliśmy karierę poganiaczy bydła. Pilnowali nas Volkstürmy, tak, że nigdzie nie mogliśmy się oddalić. Pędziliśmy to bydło przez tydzień nocując bądź we wsiach, napędzając bydło do różnych szop i stodół, bądź w dużych majątkach ziemskich, gdzie bydło zamykane było w ogrodzonych podwórzach. Po tygodniowej tułaczce dopędziliśmy bydło do miejscowości (nazwy nie pamiętam, chyba Welwysdorf) położonej około 6-7 km od miasta Gloss (obecnie Kłodzko) w dół rzeki płynącej przez miasto. W miejscowości tej bydło pędzone przez nas wpędzono do pielęgnowanego dotychczas ogrodu pałacowego. Nas natychmiast załadowano na traktor i odwieziono z powrotem w okolice Namysłowa. Tam przenocowaliśmy w dużym majątku, rano kazano nam wypędzić bydło i nasza kariera poganiaczy bydła powtórzyła się. Znów pilnowani przez Volkstürmów, pilotowani przez traktor, który wiózł nasze skromne tobołki, odżywiający się tym, co można było od krów uzyskać, głównie mlekiem, czasami serem i masłem, dotarliśmy do Kłodzka. Tu pozbawiono nas zajęcia i przestano się nami interesować. Gdy pierwszy raz przepędzaliśmy bydło spotkaliśmy Polaków, którzy przejęli je od nas. Od nich dowiedzieliśmy się, że stanowią liczną grupę mieszkającą w oddzielnych pomieszczeniach po dawnym spichlerzu. Pozostawieni teraz własnemu losowi, zdając sobie sprawę, że przejście przez front będzie bardzo trudne, wręcz niemożliwe, postanowiliśmy z matką dołączyć do liczniejszej grupy Polaków. Udaliśmy się zatem do miejscowości, w której byliśmy pierwszy raz, tam przyjęto nas serdecznie, zorganizowano kąt w zgęszczonej już izbie z siennikami. [Dostaliśmy] nawet jakieś stare koce, służące kiedyś do okrywania dworskich koni. Następnego dnia zgłosiliśmy się do dworu, gdzie nas zarejestrowano. Otrzymaliśmy karty żywnościowe i dokumenty obcokrajowców.
     Życie nasze stało się jednostajnie monotonne. Rano śniadanie, zbiórka na podwórzu dworskim, ekonom rozdzielał zadania, do roboty, gotowanie obiadu, wieczór i tak w koło. Obok baraku-spichlerza, w którym mieszkaliśmy po drugiej stronie podwórka stała szopa ogrodzona drutem kolczastym, a w niej obóz jeńców radzieckich. Było tam tych jeńców około stu, w tym dwóch Polaków. Nie wiadomo, czym się żywili, gdyż nie widzieliśmy, aby cokolwiek dostawali do jedzenia. Toteż umierali dość często. Co drugi, trzeci dzień wynoszono zwłoki i zakopywano na dworskim śmietniku. Jeńcy ci byli bardzo pilnowani przez wartowników, tak, że nie można było nawiązać z nimi żadnego kontaktu bezpośredniego. Pamiętam jedynie, jak matka z przydziałowej mąki na Wielkanoc upiekła coś w rodzaju ciast, ja zaś znalazłem puste puszki po konserwach, włożyłem to ciasto w puszki, schowałem się w rowie "przepływu" i gdy kolumna jeńców przechodziła, wychyliłem się i podałem puszki. Wartownik najpierw zaczął mnie gonić, gdy stwierdził, że mnie nie dogoni, wrócił, odebrał puszki, w których nie było już prawie nic, zdeptał je i wyrzucił do rowu.
     Pośredni kontakt z jeńcami mieliśmy przez tłumacza, ni to Niemca, ni to Polaka, który twierdził, że jest Polakiem przymusowo wcielonym do niemieckiego wojska. Biegle mówił także po rosyjsku. Bardzo często przynosił do nas różne naczynia z prośbą o zagotowanie - n.p. czajnik, w którym było trochę wody i słoma pocięta nożem na sieczkę. Matka wówczas gotowała, co miała, najczęściej zupę kartoflaną z kawałkiem mięsa i posyłała jeńcom. Tłumacz mówił, że przede wszystkim opiekuje się chorymi, którzy potrzebują pomocy.
     Powoli front zbliżał się w rejon naszego pobytu. Obserwowaliśmy od pewnego czasu ruch wojsk w kierunku zachodnim. Jechały w pełni uzbrojone oddziały i szli szosą obdarci, pojedynczy żołnierze. Czuliśmy, że nieuchronnie zbliża się front. W tym majątku pracowałem z wołami, toteż miałem wstęp do stajni i obór. Któregoś dnia rano przychodząc do swoich wołów stwierdziłem, że w oborze znajduje się nowy lokator. Był to lotnik angielski, z samolotu strąconego gdzieś w okolicy. Nie zamknięto go razem z jeńcami radzieckimi, lecz oddzielnie, co prawda w oborze, ale dostał łóżko, pościel, jak żołnierze niemieccy. Dostawał codziennie trzy posiłki. Pilnował go żołnierz. Którejś nocy Anglik postanowił uciec, rano stwierdzono, że go nie ma, ale w południe był już z powrotem.
     W miarę, jak zbliżał się front, zaczęto nam dawać większe racje żywnościowe, jak również zaczęto dawać jeść jeńcom radzieckim. Na początek dano im wysłodki z buraków cukrowych, później kartofle gotowane w łupinach, a nawet zabito krowę i nam i im dano mięso. Działo się to już na tydzień przed zakończeniem wojny. Tuż przed samym zakończeniem wojny kilku jeńców radzieckich zaryzykowało ucieczkę. Trzech z nich złapano, a jeden z nich został przebity bagnetem.
     W dniu 9 maja 1945 roku obudziliśmy się rano i z nieopisaną radością stwierdziliśmy, że na podwórzy nie ma już wartowników przy obozie jeńców radzieckich, a nasz tłumacz paraduje w cywilnym ubraniu i udaje Polaka. Tak nas zastał koniec wojny. Czym prędzej pobiegłem do obozu spotkać się z Polakami i Rosjanami. Szybko się z nimi zaprzyjaźniłem. Matka moja opiekowała się Rosjaninem rannym w czasie ucieczki. Pod koniec dnia przyjechał samochód z oficerami radzieckimi, zabrali jednego z jeńców, jak później się mówiło, był to syn Stalina. Następnego dnia przyjechał samochód ciężarowy, przywiózł mundury dla pozostałych jeńców, prowiant również dla nas, zabrano znów kilku jeńców, w tym chorego, którym opiekowała się matka [i powieźli ich na białe niedźwiedzie].

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten