Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Włodzimierza Szurmaka


     Tak skończyła się w zasadzie nasza niewola. Wraz z rodziną Polaków z Warszawy zdobyliśmy konia, klacz ze źrebięciem, wóz konny. Załadowaliśmy nasz skromny dobytek i zaczęliśmy powrót do Warszawy. Koniem tym po wielu perypetiach dojechaliśmy do Katowic. Tu pozbawiono nas konia i wozu w zamian wręczając nam bilety na pociąg do Warszawy.
     Do Warszawy dotarliśmy tylko ja z matką. Ojciec pozostał na zawsze. Zginął w niewiadomych okolicznościach we Wrocławiu w obozie Breslau-Burgweide. Dowiedzieliśmy się o tym będąc jeszcze u drugiego bauera w okolicach Namysłowa. Ponieważ znaliśmy adres ojca w Słuszycy, więc od tamtej pory [spotkania z ojcem] utrzymywaliśmy stały kontakt listowny. W ten sposób koledzy ojca zawiadomili nas kartą pocztową o jego śmierci. Wiedzieliśmy przedtem od ojca, że ciężko chorował na żołądek i pozbawiony był całkowicie jakiejkolwiek opieki lekarskiej.

*

     Pociągiem z Katowic do Warszawy przybyliśmy wraz z matką późnym popołudniem 26 czerwca 1945 roku. Pociąg zatrzymał się w znacznej odległości od dworca Warszawa Zachodnia. Idąc torami doszliśmy do tegoż dworca głodni i zmęczeni. Zorganizowanie wody do picia oraz skromny posiłek z zapasów z naszych węzełków zajęły nam czas do późnego wieczora. Toteż postanowiliśmy przenocować na dworcu. Spaliśmy w pozycji siedzącej w przejściu podziemnym pod torami dworca.
     Następnego dnia postanowiliśmy w pierwszym rzędzie obejrzeć nasze stare mieszkanie, zdając sobie sprawę, że zastaniemy tam jedynie gruzy. Idąc trasą, którą niespełna przed rokiem szliśmy w jakże innych warunkach, wspominaliśmy z matką nasze tragiczne przeżycia. Mimo nienajlepszego nastroju, z zaskoczeniem wszędzie spostrzegaliśmy początki życia. Sklepy, stragany, sklecone z desek mieszkania, ruch na ulicach, początki komunikacji itp.
     Przybywszy na miejsce naszego poprzedniego mieszkania, zgodnie z przewidywaniami zastaliśmy gruzy. Piwnicę pod domem, w której zakopane były niektóre nasze rzeczy, rozgrabiono. Wypalony wrak samochodu ojca, który pieczołowicie przechowywany był w garażu przez całą okupację. Popłakawszy sobie trochę, postanowiliśmy udać się na poszukiwanie rodziny.
     Idąc ulicami w kierunku Śródmieścia spostrzegliśmy w pewnym momencie dorożkę powożoną przez naszego byłego sąsiada, który razem z nami wraz ze swoją rodzinę przebył drogę do Pruszkowa, tam wraz z rodziną uciekł (wykupił się) i pozostał do końca wojny w okolicach Warszawy.
     Powitanie nasze było łzawe, następnie krótko opowiedzieliśmy sąsiadowi nasze przeżycia oraz prosiliśmy o pomoc w urządzeniu się. Przede wszystkim zawiózł nas do siebie do domu na Pragę, ulicy nie pamiętam, gdzie wraz z liczną rodziną (chyba czworo dzieci, żona, teściowa) zajmował niewielką izbę. Na miarę tamtych okoliczności zostaliśmy ugoszczeni obiadem. Musieliśmy jeszcze raz opowiadać nasze przeżycia, my zaś dowiedzieliśmy się od naszych gospodarzy o innych znajomych i rodzinie, która już zagospodarowała się w Warszawie. Uzgodniliśmy, że do czasu znalezienia własnego kąta na zamieszkanie, u naszych gospodarzy założymy bazę wypadową, to znaczy, zostawimy nasze bagaże i ewentualnie będziemy mogli przespać się na podłodze. Tak też i pierwszą noc przespaliśmy, a następnego dnia zgodnie ze wskazówkami naszych gospodarzy wyruszyliśmy na poszukiwanie rodziny.
     Po kilku nieudanych próbach odszukania rodziny nareszcie odnaleźliśmy siostrę matki, która wraz z mężem (małżeństwo bezdzietne) mieszkała na Cyplu Czerniakowskim, mniej więcej w tym miejscu, gdzie dzisiaj przebiega Trasa Łazienkowska, w domku-budce skleconym z desek odzyskanych z okopów poniemieckich zbudowanych na Cyplu. Po wylewnym i łzawym powitaniu zostaliśmy przez ciotkę i wuja zaproszeni do tymczasowego zamieszkania razem z nimi do czasu, aż nie pojawi się inna możliwość inna możliwość rozwiązania naszej sytuacji materialno-mieszkaniowej. Wujostwo oboje pracowali jako robotnicy w Warszawskich Stoczniach Rzecznych - stąd lokalizacja ich domku oraz skromne środki do życia wsparte tym, że ciotka hodowała kozy zapewniające mleko oraz kury, a nawet świnie karmione odpadkami ze stołówki wojskowej pobliskiej jednostki stacjonującej w szkole przy ulicy Czerniakowskiej 128.
     W ten sposób rozpoczęliśmy względnie stałe życie. Ja z wujem w dalszym ciągu rozbijałem poniemieckie okopy uzyskując w ten sposób drewno, matka natomiast prowadziła gospodarstwo gotując, piorąc, sprzątając i oporządzając hodowany inwentarz. Odzyskane z okopów drewno pozwoliło w niedługim czasie na rozebranie poprzedniego domku i pobudowanie nowego, większego. Nowo zbudowany, przy pomocy najętego odpłatnie mistrza ciesielskiego, domek miał dwie izby. Po wodę początkowo chodziło się z wiadrami do Wisły, a później woda została doprowadzona do domku z instalacji miejskiej. W ten sposób mieliśmy już niezwykle prymitywne, ale znośne warunki życiowe.
     We wrześniu rozpocząłem naukę w siódmej klasie szkoły podstawowej - wówczas - powszechnej.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten