Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Stępień


      Wszyscy zwerbowani pojechali do Insbrucka. Na miejscu byliśmy już w październiku. W dowodzie pracy nr 61 (Deutsche Reichsbahn, Dienstausweis nr 61) widnieje data 13 października 1944.
       Zakwaterowano nas na terenie dworca w obszernym murowanym baraku z piętrowymi pryczami jak w Dachau. Budynek nasz usytuowany był pomiędzy dwoma piętrowymi domami zamieszkałymi przez kolejarskie rodziny austriackie, w pobliżu kantyny. Ze wszystkich stron otaczały nas tory kolejowe i stojące wagony towarowe, osobowe i cysterny. Nie było nas więcej jak 30 osób - kobiety, mężczyźni, młodzież, dzieci.
      Dorośli otrzymali pracę na terenie dworca. Kobiety czyściły lokomotywy, odgarniały śnieg z torów, lub obierały ziemniaki dla kantyny. Dzieci były wolne. Obiady jadaliśmy w kantynie - na kartki. Produkty na śniadanie i kolacje nabywało się w mieście, także na kartki. Wszyscy mieliśmy możliwość swobodnego poruszania się po mieście. Jako dziesięcioletnie dziecko, z literą "P" przyszytą do klapy przydługiej marynarki, ze swobody tej korzystałam skwapliwie. Ponieważ po raz pierwszy w życiu ujrzałam góry i nowe, piękne miasto, nie musiałam bać się łapanek, ani spadających bomb, więc odbywałam spacery w nieznane.(...) 
      Potem chorowałam kilka tygodni, były to następstwa nalotu 26 sierpnia, odezwała się rana w nodze, zasypane gruzami oczy i nos.
     W pobliżu naszego budynku-baraku stał murowany domek, w którym mieszkał lekarz rosyjski ["] z żoną i dzieckiem. Zainteresował się mną i leczył systematycznie. Operował też czoło mojej matki wyjmując z niego kawałki drzewa - pamiątka po Powstaniu.
      Dzień pracy mojej matki rozpoczynał się o 7:00, a kończył o 16:00, ja robiłam zakupy na kartki w sklepach spożywczych i mlecznych. Pamiętam, że na swoje kartki mogłam kupić trochę mleka, marmolady, margaryny, sera topionego, budyń itp. Nauczyłam się gotować zupę kartoflaną, smażyłam na tranie placki kartoflane. W baraku stał piecyk z rurą, dosyć duży, który służył do ogrzewania i przyrządzania posiłków. Bardzo dokuczały nam wszy - zwłaszcza odzieżowe.
     Nie znałam nigdy nazwisk i imion osób, które dozorowały pracę grupy Polaków mieszkających w Innsbrucku. Szczupły Tyrolczyk w średnim wieku chodził w zielonym kapeluszu z piórkiem - nazywano go potocznie "Piórko". Właściciel, czy kierownik kantyny był bardzo gruby, sprzedawał piwo, dozorował wydawanie posiłków, hodował olbrzymie, szare świnie. Nie pozwalał mi wchodzić do kantyny, kiedy miałam chory nos. Nazywano go "Forsztand". (...)
     Pamiętam, że w Innsbrucku kilkakrotnie uniknęliśmy śmierci. Kiedy pewnego dnia ogłoszono alarm, nie było możliwości ucieczki do sztolni. Kto zdążył, wbiegał do rozsianych na terenie dworca bunkrów przeznaczonych dla ważniejszych osobistości strzegących terenu dworca. Słychać tu było każdy wybuch bomby i artylerii przeciwlotniczej. Gdy po skończonym alarmie wszyscy opuściliśmy schron "Forsztanda", stwierdziliśmy z przerażeniem, że tuż-tuż przy wejściu leży ogromny niewypał bomby. 
     Po raz drugi także uniknęłyśmy śmierci. Matka myła mi głowę w łaźni. Wtedy właśnie ogłoszono alarm. Chwila zastanowienia - uciekać, czy nie? [Ja] z namydloną głową obwiązaną ręcznikiem [i matka] schroniłyśmy się w bunkrze funkcjonariusza niemieckiego - ten nosił na rękawie opaskę ze swastyką. Po odwołaniu alarmu budynek, w którym była łaźnia, już nie istniał.
     Wraz z nastaniem wiosny alarmy były tak często, że dzieci przebywały całymi dniami w okolicach sztolni lub w górach. Tam poznałam chłopca w moim wieku. Nosił okulary i był Czechem.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten