Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leszka Kazanowskiego


foto

     To było 5 albo 6 października. Obudziliśmy się 2 albo 3 października i na każdej bramie wisiała kartka, że w dniu tym i tym ten budynek ma zostać opuszczony do jakiejś określonej godziny. No i żeśmy się zaczęli przygotowywać do tego wyjścia. A więc wszyscy postanowili - taka rodzinna narada była - że za wiele, to nie ma co zabierać, dlatego że czym i jak. Ani żadnego transportu, ani nic, wszystko to, co w rękach, dwoje dzieci, jeden 9 lat, drugi 12, siostra cioteczna, która z nami szła, to nawet miała chyba 6 lat, bo jeszcze do szkoły nie chodziła - a więc samo zajęcie się tymi dziećmi to był problem, nie licząc starszej babci. Więc rodzice postanowili, że maksimum - to coś ciepłego wezmą, bo już wieczory zaczęły być chłodne (w dzień było dość ciepło, bo wyjątkowo lato było takie, że rzadko kiedy się zdarza, żeby taka temperatura w ciągu dnia była, natomiast wieczory już były bardzo chłodne). Więc weźmiemy to, co niezbędne, no i jakieś zasoby finansowe, które rodzice mieli; mówią: to weźmiemy, i to, co najbardziej wartościowe, co się da wziąć. I tak się złożyło, że właśnie nam, dzieciom, te bardziej wartościowe rzeczy pozaszywano w kieszeniach i w innych zakamarkach, żeby można było coś za te pieniądze czy za te rzeczy załatwić.
A panu co zaszyto?
    
Pieniądze. Te pieniądze emisyjnego banku, taki rulon w kieszeni mi zaszyto. Tam było tych pieniędzy tyle, że prawie na miesiąc życia starczyło, ale nie pamiętam, ile dokładnie. I kiedy przyszedł ten dzień, około jedenastej żeśmy się skrzyknęli w kilka rodzin i wychodzimy. Doszliśmy do Srebrnej, Srebrną żeśmy doszli do Towarowej, Towarową do Placu Zawiszy i skręciliśmy - tak nas kierowano, że tak należy iść. I coraz więcej ludzi dochodziło. No i żeśmy szli środkiem ulicy - jeszcze nikt nas nie pilnował, tylko szliśmy sami. Nie było żadnego konwoju wojskowego czy policyjnego.
     No i co mnie przeraziło... Na ulicy Grójeckiej, która nigdy nie grzeszyła pięknym wyglądem, dlatego że to była taka ulica, można powiedzieć z XIX wieku, mimo że był XX, wszystkie fekalia płynęły po prostu ulicą, bo ona nie była skanalizowana - ale nie to, bo w tym czasie już wszystko tam było wypalone... W pewnym momencie zachciało mi się wyjść na stronę. Budynki i po lewej, i po prawej stronie Grójeckiej (po lewej były takie nieduże budynki, ale po prawej, jak się już skończyły przed ulicą Niemcewicza, to były budynki trzy- czteropiętrowe, murowane) paliły się, tak się dopalały. I kiedy poszedłem tam na stronę, spojrzałem w dół, a tam się paliło w piwnicach i widziałem dwoje ludzi palących się. To tak mną wstrząsnęło, że nawet siusiu nie zrobiłem.
Czyli tam pan zauważył palące się trupy?
    
Palące się trupy. I zapach! Ten zapach ulatniający się stamtąd, zapach właśnie - coś niesamowitego!
     Byłem tak wystraszony, że już później, dokąd żeśmy nie wyszli z Warszawy, to, jak widziałem palące się domy... Bo paliły się te domy - po prawej stronie, bo po lewej było takie osiedle akademickie, to mniej, ale później już za tymi akademickimi, jak teraz kino "Ochota", to też się paliło.
Kiedy zauważył pan Niemców?
    
Niemców zauważyłem dopiero w rejonie Zieleniaka, jak teraz jest ulica Banacha. Tam już się kończyły budynki, już takie rzadkie zabudowania, nawet pola były, po lewej i po prawej stronie. Tam było gimnazjum, te budynki stały, nie były spalone, z daleka widać było. Po lewej stronie w polu, obecny Rakowiec, były takie nowoczesne budynki - wypalone całkowicie. A więc - po lewej i po prawej pola. I tam już przejmowali nas wojskowi. Oni stali i później zaczęli z nami iść. Tak gdzieś w granicach 50-100 metrów jeden od drugiego. Tak, jak obecnie jest ulica Łopuszańska - tak mi się wydaje - skręciliśmy w prawo. I taką ulicą, polną drogą na dobrą sprawę, szliśmy dalej. No i żeśmy doszli do takiej wioski, chyba się Mała Opacz nazywała, wioska czy osiedle. Zaczęliśmy zastanawiać się, co mamy robić. Zauważyliśmy, że istnieje możliwość ucieczki, ale w pojedynkę. Jedna, dwie osoby. A więc ojciec razem z matką postanowili, że będziemy wiać, ale będziemy wiać nie na lewą, a na prawą stronę, i gdzieś się schowamy, żeby do zmierzchu przeczekać. W pojedynkę. W tym miejscu było mniej konwojentów i była wioska, gdzie ludzie mieszkali. Łatwiej było się wyrwać. No i ja z bratem żeśmy umknęli i schowaliśmy się w krzakach. Kiedy już przestały iść te transporty, ta kolumna zaczęła się robić coraz rzadsza, rzadsza, aż w końcu, gdzieś około godziny 17-18, przed zmierzchem, cisza się zrobiła, nie ma nikogo, już zeszli ci konwojenci - a więc zaczęliśmy się szukać po kolei, znaleźliśmy się wszyscy i przez pole żeśmy poszli do stacji EKD Opacz. Wykupiliśmy bilety na stacji, taka budka tam była, bo EKD chodziło, od Szczęśliwic chyba do Grodziska. I żeśmy pojechali do Grodziska, do rodziny; mieliśmy tam wujka. U tego wujka żeśmy się zatrzymali przez dwa dni. Potem postanowiliśmy jechać do mojego dziadka.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten