Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leszka Kazanowskiego


foto

      Taka była wioska koło Raducza, Psary, tam dziadek miał dwudziestohektarowe gospodarstwo. W związku z tym postanowiliśmy pojechać do dziadka, bo już był sam, bo babcia umarła w 1943 roku na zimę. Postanowiliśmy wszyscy tam dobić, bo tam jeszcze ciotka moja mieszkała.
     Raducz jest koło Skierniewic. Tam jest poligon wojskowy, przed wojną był tam poligon kawaleryjski. Nawet babcia pracowała na tym poligonie, w klubie oficerskim, w recepcji, bo tam mieszkali oficerowie, którzy przyjeżdżali tylko na okres poligonu. A w czasie okupacji tam był poligon niemiecki. |
     No i żeśmy tam dobili po trzech dniach chyba, mimo że to było około 40 kilometrów tylko, ale myśmy tak jechali - 10 kilometrów ktoś nas podwiózł furmanką, do następnej wsi itak dalej. Aż żeśmy w ten sposób dobili do Mszczonowa. Z Grodziska do Mszczonowa.
A jaka była reakcja ludzi, u których się zatrzymywaliście?
    
Bardzo pozytywna, bardzo szczerze ludzie przyjmowali wszystkich. Pomagali na tyle, na ile mogli. Nawet za takie podwiezienie tych pięciu, sześciu czy dziesięciu kilometrów, to jak chcieliśmy płacić, to nawet nie chcieli pieniędzy, ależ skąd, absolutnie nie.
     Tak dobiliśmy do Mszczonowa i w Mszczonowie akurat spotkaliśmy znajomego, który przyjechał na rowerze po jakieś zakupy. Ojciec powiedział mu, żeby powiadomił dziadka, że my tu czekamy i żeby po nas wyjechał. I gdzieś za trzy godziny rzeczywiście dziadek podjechał wozem, wsadził nas wszystkich i żeśmy przyjechali. I tak gehenna się skończyła. Czyli normalnie dobiliśmy i jako tako żeśmy tam mieszkali.
Jak potem wyglądało życie przez ten okres ostatnich miesięcy okupacji, u dziadka?
    
Na wsi też nie było ciekawie. Mimo że biednym gospodarzem dziadek nie był, ale takie były kontyngenty, że jeśli chodzi o mleko to dopiero dostawało się z mleczarni zwrot mleka, z którego ciągnięto wszystko, co tylko można, na dobrą sprawę to mleko było takie sine a nie białe. Jak stało w jakimś naczyniu, to nie było białe, tylko sine, tak było wyciągnięte wszystko. Kontyngenty były narzucane tak olbrzymie, że nie za wiele zostawało.
     W każdym bądź razie wiem, że w gminie nas zameldowano, ojciec pojechał, bo musiał zgłosić w gminie, że my tu przebywamy. Skierowano nas do RGO (Rada Główna Opiekuńcza) i tam dano nam kartki żywnościowe, bo należały nam się jako uchodźcom. I te kartki, plus jeszcze jakieś lekkie zasoby, pozwalały na to, żeby przeżyć. To nie było życie takie, do jakiego teraz młodzież przywykła, czy coś podobnego, tam jadło się dwa razy dziennie.
     Znalazła nas narzeczona Mariana Chmielewskiego, bo wiedziała, gdzie ewentualnie będziemy - nie miała gdzie się podziać i przyjechała do nas. Później taki pan Milewski, który był dyrektorem Domu Braci Jabłkowskich, z synem - też przybił do nas, tam do dziadka. Wszyscy krewni i znajomi z podwórka przyjeżdżali do dziadka, bo wiedzieli, że tam będziemy.
To ilu warszawiaków dziadek przyjął?
     
Dziesięć osób w sumie, a to dziesięć, jak to mówią, buź do wykarmienia. A jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że jednak te kartki to trzeba było wykupić, to nie było tak, że się szło i się cokolwiek za darmo dostawało
     17 albo 18 stycznia 1945 roku pokazali się Rosjanie. I od razu - kwatera. No i przyszli na kwaterę. Dziadek znał rosyjski bardzo dobrze i mówi, że tutaj nie ma miejsca, jeżeli, no to, proszę bardzo, w zabudowaniach gospodarczych. "A skąd ty znasz rosyjski?" Dziadek mówi, że służył w wojsku rosyjskim. "No a skąd ja mogę wiedzieć?" To dziadek szufladę otworzył, wyjął Krzyż Świętego Jerzego z wojny japońsko-rosyjskiej i mu pokazał. Okazuje się, że to był oficer carski. No i to uchroniło dziadka - żaden koń nie został ukradziony, czy wymieniony na chabetę, bo on powiedział "Tu nie wolno nic ruszyć".
     Od razu inne podejście było. Ten Rosjanin był oficerem w armii carskiej i przeszedł - tak jak Tuchaczewski i inni, bo to młody oficer był - do armii radzieckiej.
     I pamiętam jak dzisiaj - dwa czołgi wjechały rosyjskie. Jeden T-34, tak jak ten "Rudy", a drugi całkiem inny, nie widziałem jeszcze takiego czołgu, ale to był chyba amerykański, dlatego że nawet im się nie chciało zdrapać białej gwiazdy. Taka biała gwiazda była z przodu, to widać im wsio ryba było - gwiazda to gwiazda, nieważne jaka, aby gwiazda.
      Ponadto w rejonie Babska, na polach, bliżej szosy warszawskiej, powstało lotnisko. Radzieckie lotnisko, była tam jakaś dywizja szturmowa, na samolotach szturmowych. I tam kiedyś żeśmy się wybrali, bo to dzieciarnia ciekawa wszystkiego. To było jakieś 2 kilometry, żeśmy pojechali zobaczyć, jak te samoloty wyglądają, bo to wcześniej widziało się tylko te, które strzelają... Jak zobaczyłem samolot z bliska - no to była decyzja jednoznaczna, że zostanę pilotem. Właśnie wtedy zapadła decyzja. Wtedy ta myśl błysnęła.
     Niedługo po tym była narada rodzinna, że my - dzieci zostajemy u dziadka, a ojciec, matka i ciotka moja - siostra matki, jadą na rekonesans do Warszawy.
A czy w tym okresie, jak pan był u dziadka, czy chodził pan do szkoły?
     
Nie, nie było takiej możliwości. Na wsi nie było szkoły w ogóle, z tego, co wiem, taka miejscowość Lisna była, tam była szkoła. Ale w tym czasie nie było zajęć. Chociaż to był październik, koło 15 października dobiliśmy do dziadka, więc już powinna się szkoła zacząć...
     Rodzice, jak wspomniałem postanowili zrobić rekonesans. No i rano, skoro świt, wybrali się na piechotę do Mszczonowa, a potem warszawską szosą. Długo ich nie było, gdzieś po dziesięciu dniach ciotka wróciła z matką i stwierdziły, że mamy się przygotować i jak tylko ruszą pociągi, wracamy do Warszawy. Tak też się stało. Pod koniec stycznia dziadek odwiózł nas do Skierniewic na stację. Do Skierniewic dojechaliśmy około południa i z trudem dostaliśmy się do pociągu. Pociąg był pełen ludzi! Niesamowite. Ale myśmy nic ze sobą nie mieli, tak, żeby można było coś zabrać, żadnych bagaży wielkich. Ciotka od razu powiedziała: "Nic ze sobą nie bierzemy, najwyżej później, jak już się wszystko unormuje, to przyjedziemy i zabierzemy. Nie ma sensu. Tam, co potrzeba, to zorganizuję".

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten