Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Andrzeja Garlickiego


foto

       Potem załadowali nas do wagonów - odkrytych, to pamiętam bardzo dobrze, dlatego że taki deszczyk padał, mżawka była, zimno było. Ruszyły te pociągi. Dowieźli nas do Jędrzejowa. To długo trwało, bo oczywiście niemieckie pociągi miały pierwszeństwo...
     W Jędrzejowie pociąg się zatrzymał i kazali nam wysiąść - i powiedzieli "To sobie idźcie". I już nikt nas nie pilnował, i stały już furmanki chłopskie - dziś, jako historyk wiem, że takie, którym Niemcy kazali przyjechać; ale może część przyjechała dobrowolnie.
RGO też organizowała pomoc.
    
Tak. Furmanki, które nas miały rozwieźć. Dworzec w Jędrzejowie od samego miasta jest trochę oddalony i myśmy się dostali na furmankę, która nas zawiozła do Jędrzejowa, do jakiejś rodziny, która udzieliła nam schronienia. Tam spędziliśmy parę dni, przeżywając nalot lotniczy na Jędrzejów. To znaczy to było tak, że w nocy zaczęły wyć syreny, był alarm, słyszeliśmy samoloty i potem spadła jedna czy dwie bomby - być może, że jakieś przypadkowe, że to nie Jędrzejów był celem...
     Po pierwsze trafiliśmy z deszczu pod rynnę, a po drugie - myśmy się okazali fachowcami, bośmy całej tej rodzinie kazali szybko uciekać w pole. Oni chcieli koniecznie siedzieć w domu, że bezpieczniej, a my wyciągnęliśmy ich w pole. A ponieważ gdzieś bomba uderzyła w dom i wszyscy zginęli, to nasze akcje poszły bardzo w górę.
     Ale tam nie mieliśmy co robić, bo Jędrzejów to za małe miasteczko, RGO pomagało, ale to nie wystarczało. W jakiś sposób moja rodzina nawiązała kontakt z moją ciotką ze strony ojca - siostrą ojca, która, jak się okazało, znalazła się w Kielcach. Więc przenieśliśmy się do Kielc. Na ulicę Silniczną, nad rzeczką Silniczną, w takiej typowej bida-kamienicy z drewnianymi schodami. I tam żeśmy mieszkali do czasu wyzwolenia. Ja poszedłem tam do szkoły, właśnie dwie klasy wyżej... chyba do piątej klasy, tak mi się wydaje.
A w tej szkole było dużo warszawiaków, takich dzieci w pana wieku?
    
Wtedy tam to chyba nie. Poza tym ja byłem dosyć samodzielny, więc wyróżniałem się wśród tej miejscowej ludności. Ale potem w szkole bywałem niespecjalnie często, to znaczy - chodziłem do tej szkoły, ale głównym moim zajęciem było utrzymywanie rodziny, ponieważ wszystkie możliwości zarobkowe się skończyły. Dlatego że tak - dziadek, jako sędzia, w Kielcach do niczego nie się nadawał. Babcia się w ogóle do niczego nie nadawała, bo nigdy nie pracowała. Mama, żeby znalazła jakąś możliwość zarobku w Kielcach - żadnych szans. Ciotka gdzieś chodziła, robiła zastrzyki, stąd miała trochę pieniędzy. I ja stałem się tym, który głównie utrzymywał rodzinę. Zająłem się handlem pocztówkami pod pocztą i handlem domokrążnym - chodziłem po mieszkaniach i sprzedawałem mydło. To mydło, to oni kupowali ode mnie z litości, bo ja wyglądałem jak zachudzone, biedne dziecko - nie przypuszczam, żeby tak bardzo potrzebowali tego mydła. Ale ja też starałem się tego nie nadużywać i nie odwiedzałem częściej niż raz w miesiącu tych adresów; a miałem ich sporo. Głównie handlowałem tymi kartami pocztowymi i papierosami domowej roboty, które były robione taką maszynką (przed wojną to było dosyć powszechne). I to był bardzo dobry zarobek.
     Jak sobie dzisiaj o tym myślę, to nigdy w życiu nie miałem takiego poczucia bogactwa, jak wtedy. Bo wtedy moje potrzeby, moje marzenia, ograniczały się do tego, że jak już wracałem do domu, to wstępowałem do takiej cukierenki, która była po drodze, i kupowałem sobie jedno albo dwa ciastka, i je zjadałem. I już wtedy się czułem absolutnie spełniony, i resztę pieniędzy z przyjemnością oddawałem rodzinie. Potem, nawet, jak zarabiałem dużo pieniędzy, to zawsze marzenia były większe - żeby, ja wiem, mieć lepszy samochód, pojechać na lepsze wczasy...
     Najlepszy zysk miałem, jak ktoś mi dał chyba, nie pamiętam dokładnie, jakieś przechowywane jeszcze od przed wojny kartki pocztowe z orzełkiem. A! No to na tym patriotyzmie to ja żerowałem, bo od razu cenę podniosłem, chyba z dziesięciokrotnie, i sprzedawałem je pod pocztą. Raz pogonili nas Niemcy, jakiś patrol, wlali nam nieźle, ale głównie z powodów porządkowych, bo Niemcy nie lubili takiego handlu ulicznego.
     I tak dotrwaliśmy w Kielcach do 1945 roku, do stycznia, kiedy znowu żeśmy uciekli do piwnicy. Bo już wiedzieliśmy, że jak będą walki, to lepiej nie siedzieć na górze. Walki, strzelanina - to trwało bardzo krótko, jakieś parę godzin, pół dnia. Weszła Armia Czerwona, Niemcy uciekli...
Jak pan zapamiętał wejście żołnierzy rosyjskich?
    
Dobrze oczywiście. Zapamiętałem dobrze, bo jednak traktowaliśmy ich jako żołnierzy-wyzwolicieli, od Niemców. Najbardziej baliśmy się Niemców, bo jednak Niemcy mordowali i to było widać. Pamiętam jeszcze z czasów okupacji, że byłem świadkiem egzekucji na Żoliborzu, kiedy rozstrzelali jakąś grupę... No, wiedziałem, kim są Niemcy, a Rosjanie nie budzili takiego przerażenia.
     Te oddziały frontowe, które przyszły, zachowywały się przyzwoicie. Ja poniosłem stratę, bo mi od razu zabrali rower. Po co żołnierz rosyjski zabrał mi ten rower, to nie wiem, bo to był taki dziecinny rower. Ale zabrał. Natomiast nie było żadnych konfliktów. Myśmy się zajęli raczej szabrowaniem tego, co zostało po Niemcach. Pamiętam, że tam parę czołgów uszkodzonych zostało, tośmy włazili do tych czołgów i wyciągaliśmy te pociski czołgowe, a z nich proch. To było dosyć niebezpieczne, ale jakoś nam się nic nie stało. Poza tym znaleźliśmy jakieś pociski z trotylem - trotyl był bardzo korzystną zdobyczą, bo świetnie się nadawał do palenia w piecach, tak jak węgiel. Jeśli się tylko nie zatkało tego wszystkiego, to nie wybuchał, tylko się palił; tak jak proch nie wybuchnie. Więc ten trotyl w kawałkach był dobrze widziany przez gospodynie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten