Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Andrzeja Garlickiego


foto

     Jak tylko weszli Rosjanie, to wkrótce potem moja ciotka pojechała do Warszawy, żeby zobaczyć, co zostało. Nie pamiętam, żeby wróciła, chyba jakoś dała znać, żebyśmy się przenieśli. I chyba w okolicach marca, lutego - marca, wróciliśmy na Żoliborz, do tego naszego mieszkania na Słowackiego, które już było częściowo zajęte, tak że odzyskaliśmy z niego tylko dwa pokoje...
Jacyś inni lokatorzy się wprowadzili?
    
Tak. Z tym że na Żoliborzu ci inni lokatorzy to była na ogół przykra historia. Dlatego że na Marymoncie i koło ulicy Felińskiego, były skupiska baraków, pomieszczenia dla bezrobotnych, dla biedoty i dla marginesu społecznego - myśmy ich nazywali "barakowcy". Na Marymoncie do tego dochodziły jeszcze normalne wiejskie chałupy (do dzisiaj tam jedna czy dwie stoją). To wszystko w czasie Powstania uległo spaleniu, bo to było drewniane, i ci ludzie zostali bez żadnej szansy na zamieszkanie. O ile w Śródmieściu, te rodziny, które zajmowały niezajęte mieszkania, a ich mieszkania były zburzone, to były najczęściej rodziny, które mieszkały w okolicy, takie już mieszczańskie, to na Żoliborzu ci dzicy lokatorzy to był w znacznej mierze taki margines społeczny, właśnie ci "barakowcy". I od razu kłopot w związku z tym. Ale myśmy jakoś trafili nie najgorzej, jeszcze nie było tak źle.
     A potem, jak mój ojciec wrócił z oflagu, to dostaliśmy wszyscy razem mieszkanie na WSM-ie. Przypuszczam, że ojciec był przed wojną członkiem WSM-u. W 1945 albo 1946 roku już żeśmy się przenieśli do mieszkania na WSM-ie, na piąta kolonię.
A jak przeżycia wojenne wpłynęły potem na pana psychikę? Czy pan się potem bał odgłosów samolotów, wybuchów - bo pan wspomniał o tych bombardowaniach na Żoliborzu - czy miał pan jakieś koszmary senne?
       
Nie. To może źle świadczyć o mojej małej wrażliwości, ale nie, nie pamiętam nic takiego.
     Elementem tego exodusu i tego wszystkiego były też pierwsze miesiące, lato 1945 roku - ponieważ to był okres ekshumacji w Warszawie. I mieszkało się, żyło, w tym straszliwym smrodzie rozkładających się trupów...
     I to się widziało - te trupy były przecież wszędzie. Pamiętam, że to też nie wywoływało we mnie jakiegoś przerażenia czy czegoś takiego - ja byłem z tym oswojony. No ten smród straszny - to z tym nie. Ale nie miałem nigdy potem żadnych ani snów, ani obaw, ani się burzy nie bałem...
A uraz do Niemców pozostał, strach, obawa przed nimi?
     
Powiedziałbym tak - jak pierwszy raz pojechałem do NRD, to był chyba 1957 rok. Pamiętam, że pociąg wjechał na dworzec - to było w Lipsku, taki kryty dworzec - i pusto było, raniutko. Stałem przy oknie na korytarzu i zobaczyłem, że idzie patrol z psem, taki z blachami, ze wszystkim. Byłem rozespany, więc tak się przeraziłem, że wyskoczyłem na drugą stronę tego pociągu i zacząłem uciekać. No, ale szybko się zorientowałem, że to jest pokojowy patrol.
     Niemcy w mundurach, których potem widziałem właśnie w Lipsku czy w NRD, to oni wywoływali pewien odruch, łagodnie mówiąc, niechęci - ponieważ enerdowcy chodzili dokładnie w tych samych mundurach...
     Natomiast stosunek do Niemców po wojnie - trudno powiedzieć, dlatego że prawie do końca lat 50-tych nie miałem żadnego kontaktu z Niemcami. Przecież do 1956 roku żyliśmy w zamkniętym kraju. Pamiętam, że w 1955 roku, jak na festiwal przyjechali jacyś Niemcy, to nie miałem żadnych oporów w stosunku do nich - no, ale to byli młodzi ludzie, moi rówieśnicy...
     Nie - nie miałem żadnych takich traumatycznych przeżyć.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten