Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas


foto

     Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas

     W okresie okupacji mieszkałam na ulicy Nalewki 4, naprzeciwko Arsenału, niedaleko Pałacu Krasińskich. To był ostatni dom przed gettem.(...) 
     Gdy zaczęło sie Powstanie Warszawskie miałam niecałe 7 lat.
     Ponieważ bloki, w których mieszkałam, to były bloki wojskowe, pod Ogrodem Krasińskich był schron; zresztą jest do tej pory (zaglądałam tam, ale mnie nie wpuścili, powiedzieli, że tam jest jakieś archiwum). To był olbrzymi schron, gdzie ludzie, jak już się zaczęło zbierać powstanie, wynajmowali pokoje. Wszyscy chcieli być w tym schronie, bo on był najbardziej odporny na bomby; mówiło się, że jest obliczony na dwutonową bombę. I jak bomby padały, to detonacji takich strasznych nie było, bo ten schron był podobno wyłożony korkiem.
     Tam było bardzo dużo ludzi, bo ten schron był ogromny - było kilka sal, lustra, piękne toalety... Ale niestety ktoś taki mądry to budował, że nie pobudował studni głębinowej. I kiedy padły wodociągi, to zostaliśmy zupełnie bez wody. Słyszałam, że 6 tygodni byliśmy bez wody.
     Ojciec poszedł walczyć w Powstaniu, a ja zostałam pod opieką mamy i babci. Była jeszcze ciotka, młodsza siostra i brat cioteczny, ale  bardzo mi bliski, ponieważ razem mieszkaliśmy. W schronie były tylko kobiety i dzieci, mężczyźni wszyscy poszli do akcji. Był tylko jeden pan, skrzypek, który jakoś nie chciał wyjść do Powstania. Zresztą w Powstaniu zginęła jego żona; pamiętam ją, leżącą i krwawiącą, całe udo miała wyszarpane.
     Schron był pod ziemią, ale był też budynek nad schronem i mały ogródek. Przez okno w tej przybudówce było widać, że w ogródku jest pomidor, taki czerwony - a myśmy byli tak strasznie spragnieni... I moja babcia postanowiła - pod ostrzałem, bo było strasznie - ten pomidor zerwać, żeby nam chociaż zwilżyć usta. Podczołgała się do niego i laską, chociaż nie chodziła wtedy o lasce, przyciągnęła go do siebie. Okazało się, że ten pomidor z drugiej strony był cały wyjedzony przez ptaki. I to była rozpacz - że nie mogliśmy nawet zwilżyć sobie ust.
     Kiedy byliśmy tak strasznie spragnieni, ktoś przyniósł butelkę soku. I moja babcia na blasze zagniotła na tym soku jakiś placek, który był nie do zjedzenia; mnie może nawet i smakował...
     I jeszcze pamiętam, że były lampy karbidowe, ktoś przyniósł taką lampę - nawet dokładnie pamiętam, jak wyglądała: jak granat - ale nie było czym jej podsycić, bo do tego karbidu zdaje się trzeba wodę. Więc nalewali tam po prostu mocz.
     Jak nie było wody, to mama i babcia brały kubełek i szły do studni, która była gdzieś koło Nalewek, Długiej - taka studnia głębinowa. Szły rowem wzdłuż Ogrodu Krasińskich. Brały kubeł, a przynosiły trochę na dnie, bo to cały czas padnij - powstań - padnij - powstań. A powstańcy wtedy, żeby one mogły przejść, dawali kanonadę do Niemców, Niemcy do nich, a one pod tym przechodziły. Niemcy byli w Ogrodzie Krasińskich, my też prawie w Ogrodzie Krasińskich, tylko z tej drugiej strony.
     Cały miesiąc siedziałam w schronie. Pamiętam też, że w tym schronie były takie olbrzymie wystające rury, mówili, że to są aparaty podsłuchowe, pewnie z wojny, z 1939 roku... I my, małe dzieciaki, przystawiałyśmy do nich ucho i było słychać, jak lądowały czy jeździły samoloty.
      Dużo dzieci takich jak ja było w tym schronie. Moja mama chciała nas jakoś zająć, bawiła się z nami w kółko graniaste. I pamiętam jak spadały bomby, na nasz dom, czy może na Pasaż Simonsa - i wszystko się kołysało, ta karbidówka i to wszystko, a mama z nami się bawiła.   
     Pamiętam też, że przychodzili - i z naszego schronu, i z innych okolic, może z jakichś akcji - tacy chłopcy dwunastoletni, dziesięcioletni, którzy mieli butelki z benzyną, na czołgi. Moja mama ich maskowała, przyczepiała im do hełmów jakieś gałęzie i oni wychodzili na czołgi - i pewnie nie wracali, tego już nie pamiętam.
     Ojciec odwiedzał naszą  rodzinę, wpadał do mamy i do nas. I jak był straszny nalot, okropne bombardowanie Starówki, to moja babcia trzymała go za marynarkę i mówiła: "Tadziku, nie chodź, Tadziku, nie chodź już". A on mówi: "Tak, tak. Schowajcie mnie w pudełku od zapałek! Ja idę tam, gdzie moja powinność". Poszedł. Nie wiem czy jeszcze kiedyś przyszedł, czy już nie wrócił. Ale moja matka do ostatniej chwili nie wiedziała, że ojciec... On był gdzieś w akcji, czy przebiegał pod naszym domem, w stronę Pasażu Simonsa... Tam była jakaś fabryka, gdzie szyli chyba mundury dla Niemców, bo wiem, że wyrzucano stamtąd maszyny szwalnicze. I była tam jakaś folksdojczka czy Polka, która w czasie Powstania wyrzucała stamtąd dla powstańców całe masy koców.
     O ojcu na razie nic nie wiedzieliśmy; chociaż ciotka i babcia wiedziały, że zginął. Zginął w akcji - z jakąś dziewczyną, sanitariuszką, i jeszcze z jakimś panem. Akurat bomby upadły w ten dom, przysypały ich gruzy, spalili się... Powiedział nam to ten skrzypek, który zresztą smolił cholewki do mojej mamy. Moja mama mówiła: "Ale skąd, ale skąd, przecież ja mam męża". A on wtedy mamie powiedział: "Nie masz męża, bo twój mąż zginął". Powiedział, w którym miejscu i jak. Moja mama mówiła, że nawet może by skorzystała z tej jego oferty, bo przecież była sama, bezbronna, z dziećmi - ale przez to, że on jej w taki sposób powiedział, że ojciec nie żyje, to nie chciała w ogóle o tym słyszeć. I ten skrzypek mówił, że ojciec i dziewczyna dawali znaki życia, powstańcy odgrzebywali gruzy - odgrzebywali dziewczynę, a mój ojciec niestety już zginął, przysypany tym gruzem.
     Pamiętam moment wypędzenia po upadku Starówki- coś się działo, było jakieś zamieszanie - Niemcy zaczęli nas z tego schronu wypędzać. Mężczyzn nie było, tylko same kobiety i dzieci. Pamiętam, że miałam sandałki i skarpetki - i jak zaczęli nas pędzić, to zgubiłam ten sandał i szłam w jednym sandale i w samej skarpetce. A moja mama wyszła stamtąd w futrze. Ja się nie mogłam nadziwić - to był przecież sierpień, było ciepło, lato - po co mama to futro założyła; widocznie chciała je uratować. Czarne łapki karakułowe, zresztą jeszcze długo po Powstaniu miała te łapki. I w pantofelkach wyszła, w szpileczkach z wężowej skórki - w takich pantofelkach i tych karakułach...
     Przechodziliśmy przez gruzy naszego domu - był wielki wał z tego gruzu. I jak szłam - to znaczy mama mnie ciągnęła za rękę, a tę małą, trzyletnią, chyba niosła - to Niemiec chciał mi podać rękę, żebym mogła zeskoczyć z tego wału (bo przez te gruzy trzeba było przejść, a później już do jezdni, do ulicy). Niemiec mi podawał rękę, pewnie chętnie z tego skorzystałam; nie wszyscy byli tacy strasznie niedobrzy... 
     I pędzili nas ulicami, nie wiem,  jakimi, nie wiem gdzie; później się dowiedziałam, że do kościoła świętego Wojciecha na Woli. Byłyśmy strasznie spragnione, a po drodze leżała butelka z sokiem i moja babcia jeszcze się wyrwała - bo to przecież raus, raus, nie wolno było się ruszyć - i ją złapała. Chciała nam dać soku, ale jak otworzyła tą butelkę, to tam były same muchy. 
     Jak już byliśmy na terenie kościoła świętego Wojciecha, Niemcy kontrolowali i konfiskowali biżuterię. A moja mama zaszyła biżuterię (bo miała trochę, tę biżuterię mam do dzisiejszego dnia, jako pamiątkę) mojej siostrze czy bratu w pompon od czapki. Niemcy sprawdzali wszystko, ale jakoś nie przyszło im do głowy, żeby do tego pomponu zajrzeć, i biżuteria się uratowała.
     W tym kościele to był jeden wielki jęk - tam było mnóstwo rannych, na noszach. Okropny jęk, przygnębiające wrażenie, ludzie po prostu umierali. Pamiętam, że chciało mi się siusiu i mama wzięła mnie za rękę i zaprowadziła za ołtarz - tam było mnóstwo fekaliów, bo ludzie nie mieli sumienia załatwiać się na środku...
     Nie można było wyjść. Pamiętam tych rannych, ktoś strasznie jęczał, jakiś pan, chyba bez nogi. Tam było po prostu potwornie. Ale byłam mała, nie bardzo się tym interesowałam, choć wzruszać, to się wzruszałam... Zresztą nie wiedziałam, co dalej, to wszystko była nowość, gdzieś jechaliśmy...
     Później stamtąd - nie wiem, w jakich okolicznościach, ale nie wyobrażam sobie, żeby nas pędzili - jechaliśmy do Pruszkowa. Byliśmy na pryczach, takich jakby ze słomy...
     Z Pruszkowa niewiele pamiętam, wiem, że spaliśmy na takich podwyższeniach i że rozdawali nam po kawałku chleba i pomidory; sanitariuszki, z RGO, nie wiem, kto to był... Miały szare czy białe fartuchy. I dawały każdemu pomidora i kawałek chleba.
     Dzielili ludzi, mężczyzn, kobiety... Pamiętam, że jakiś mężczyzna ciągnął mnie za rękę, a moja mama ciągnęła z drugiej strony, nie chciała mu dać. On mówił: "Przecież pani ma dzieci, a ja? Mnie zabiorą, jeśli ja nie będę miał dziecka". Chciał mnie wziąć na ręce. Chciał mnie pożyczyć. Ale nie wiadomo, co by się stało później, bo przecież Niemcy pędzili, gnali. Tam była segregacja i prawdopodobnie mężczyźni, którzy mieli dzieci, a nie mieli żon, nie szli do obozu.
     Byłam w tym momencie z mamą, z babcią, z młodszą siostrą i z ciotecznym bratem. Bo my wszyscy razem mieszkaliśmy tam na Nalewkach. Pamiętam, że szarpał mnie za rękę ten obcy facet, a mama nie chciała dać. Ale to już byli inni panowie, tacy zdrowi młodzi mężczyźni, nie było żadnych mężczyzn z naszego schronu -może ten skrzypek, jakiś chory człowiek... Spotkaliśmy tam tego profesora, który uczył mojego ojca malarstwa; on zresztą zmarł w tym obozie.
      I później pamiętam tylko, że znaleźliśmy się w takich wagonach bez okien, bez niczego... Mówili, że to świńskie wagony. W tych wagonach było okropnie ciasno, okropnie duszno, ludzie padali, umierali, to wszystko na stojąco... I tymi wagonami jechaliśmy do Oświęcimia - jak się później dowiedziałam, bo skąd wtedy mogłam wiedzieć, że tam nas wiozą. Dojechaliśmy do Piotrkowa Trybunalskiego. Już było słychać bombardowanie, katiusze strasznie waliły, aż się wszystko ruszało. W pewnym momencie otworzyli te wagony, powiedzieli "Raus!" - i wszyscy zaczęli uciekać na złamanie karku.
     Mieliśmy rodzinę w Piotrkowie Trybunalskim i - jak później się dowiedziałam - oni chodzili z transparentami "Poszukujemy rodziny Dankowskich z Warszawy"; bo oni też byli Dankowscy. Ale nas wtedy nie odnaleźli.
     Znaleźliśmy się w Rozprzy, gdzieś we wsi, i tam zostaliśmy przydzieleni do jakichś gospodarzy. Ci wieśniacy dawali nam taką zupę - mleko, a w mleku kartofle, obrzydliwa była. Moja mama, żeby dostać dla nas coś lepszego, oddała tej wiejskiej dziewczynie medalik; mój medalik zatrzymała, ale oddała łańcuszek. Tak, że nas tam obdzierali.
     Nasza rodzina zamieszkała u tych gospodarzy. To był chyba jakiś przydział. I tam mieszkaliśmy przez jakiś czas.
     Pamiętam, że po polach było bardzo dużo trupów - i niemieckich, i cywilnych - i ja się kręciłam między tymi wszystkimi trupkami, i zbierałam kulki do fartuszka, bo chciałam je dać mojemu ciotecznemu bratu, który się interesował uzbrojeniem. I wałęsałam się po polu, i zbierałam te kulki.
     Po jakimś czasie pojawili się tam żołnierze rosyjscy. Pamiętam jednego z nich, słyszałam, że to był oficer. Był bardzo przystojny i sympatyczny; bardzo mnie lubił, brał mnie na kolana...
     I tam byliśmy jakiś czas, a później albo myśmy znaleźli tę rodzinę z Piotrkowa, albo ta rodzina nas odszukała, i zabrała nas do siebie, do miasta. I jak już były naloty, Rosjanie walili...
     Jak front się zbliżał, bylam już z rodziną w Piotrkowie. Byliśmy w piwnicy i były tak straszne detonacje, że cały dom chodził.
     Później chyba przyjechał po nas wujek, drugiej ciotki mąż, i zabrał nas do Warszawy. Ale wszystko było zburzone - i nasze domy, i wszystko. Mieliśmy kuzynów na Żeraniu, na tym terenie, gdzie teraz jest fabryka FSO, to się przedtem nazywało Pelcowizna. I tam wujek nas zabrał. Miał duży drewniany dom, kilkunastopokojowy, i tam mieszkaliśmy, cała sześcio- czy siedmioosobowa rodzina, w jednym pokoju.
     To dzieciństwo było bardzo smutne. Pamiętam, że wszystko było zburzone, na tym Żeraniu też, a ja zbierałam w fartuch szkła, kolorowe szkła - z kwiatuszkiem, z jakimiś innymi wzorkami - kawałki potłuczonych naczyń. I po Powstaniu bawiłyśmy się właśnie tymi kolorowymi szkiełkami, każda zbierała...  
      Pierwsze lata po wojnie spędziłam na Żeraniu i tam poszłam do szkoły, a mój brat do przedszkola... Bo tam, na tej Pelcowiźnie, urodził się mój brat. Urodził się i był calusieńki w krostach, w takich olbrzymich czyrakach - bo, jak słyszałam, on był zaziębiony w łonie matki - i był umierający, niejednokrotnie paliły się nad nim świeczki.
      W Powstaniu mama była w ciąży, ale nie wiedziała o tym. Jak już drugi czy trzeci miesiąc nie miała okresu, to poszła do lekarza, ale lekarz powiedział, żeby się tym w ogóle nie przejmowała, bo wszystkie warszawianki ze względu na tę pożogę, na te przeżycia, potraciły okres i że moja mama nie jest w ciąży. Ale, niestety była. I jak się dowiedziała, to już było za późno, żeby... Mój brat do dzisiaj mówi: "Chciałaś mnie zlikwidować!". I mama pewnie by tak zrobiła, gdyby wiedziała - bo co miała zrobić z tymi dziećmi maleńkimi, bez niczego, bez grosza i bez fachu - nie miała fachu, bo tancerka to wtedy, po wojnie, nie był fach. I brat zawsze wymawiał mamie, że chciała usunąć ciążę, ale niestety już było za późno. Mówił: "Żeby nie było za późno, to byś mnie zlikwidowała".
     To byłby pewnie ukochany syn mojego ojca, który mówił: "Mam dwie dziewczyny, ale nie przejmuję się tym. Piłsudski miał cztery czy ileś i się nie przejmował, to ja się też nie będę przejmował. Do trzech razy sztuka". I niestety - do trzech razy sztuka i był chłopak, zresztą podobny do niego jak kropla wody...
      Ciało ojca zostało odnalezione po wojnie pod gruzami. Z początku nie chcieli mamy denerwować i nie mówili, gdzie jest ciało, ale później mama się dowiedziała. Mój ojciec długo tam leżał, bo z tego Żerania nie było jak dojechać... I mama, z ciotką jedną i z drugą, chciała ojca wygrzebać z tych gruzów, ale bała się powiadomić sanepid. Bo później wszystkie zwłoki były grzebane we wspólnych mogiłach, pewnie żeby nie było zarazy - w te doły zbierali nieboszczyków z całej Warszawy i zalewali wapnem czy czymś - a moja mama nie chciała, żeby tak z ojcem było. Nie chciała powiadomić PCK - tych, którzy grzebali te zwłoki. Chociaż, tam już nie było co zbierać... Po prostu nie chciała zgłaszać, zresztą chyba płaciłaby jakąś karę, że za długo nie zgłaszała.
     I matka z ciotkami wygrzebały ciało po kryjomu. Poznały po papierośnicy i po zębie, który ojciec miał, mówiło się, że platynowy. Była tylko czaszka, parę kości (takie piszczele), ten ząb, dokumenty i papierośnica... Mama to wszystko zebrała w taki wiejski dzbanek, jak do mleka, i wsadziła na strych. Nie miała za co pochować, więc ojciec tak leżał...  Jaka to musiała być gehenna - jak ja bym wiedziała, że mój mąż jest w garnku na strychu... I tak trzymali go w domu. Bo to były same spalone kości. Został pochowany chyba w 1945 roku.
     Mój dziadek zginął w egzekucji w 1939 roku, tymi grobami opiekowała się chyba Rada Narodowa i ksiądz pozwolił, żeby tam wykopać kawałek i wsadzić tę trumienkę. Bo to była taka drewniana trumienka, wieziona zresztą na motorze przez jego rodzonego brata. I tam ojciec został pochowany.
     W tym czasie, kiedy mieszkałam na Żeraniu, już po wojnie, został aresztowany mój wujek, jakiś kuzyn, który też tam mieszkał, dwóch mężczyzn i dziewczyna - za posiadanie broni, którą mieli zakopaną w ogródku. Byli sądzeni za zdradę ojczyzny, jako szpiedzy, którymi przecież nie byli. Jeden z nich, Widelski, został powieszony; o szóstej czy o piątej rano usłyszałam, że wyrok na Widelskim został wykonany. Jego siostra dostała 12 lat więzienia, a mój wujek 8.
     Wujka zabrali z domu. Kuzyneczka mała, malusieńka, leżała w łóżeczku, a ubecy jeszcze przeprowadzali rewizję. Przeprowadzali rewizję również na strychu i moja mama strasznie się bała, że znajdą te kości, a jak je znajdą, to wujka stracą, bo czyje to mogą być kości? Mogło to zostać skojarzone z tamtą sprawą, z którą nasza rodzina nie miała nic wspólnego. Pamiętam, że były straszne nerwy, ale oni jakoś nie zajrzeli do tego dziurawego, poobijanego dzbanka.
     Mama później jakąś pracę znalazła, ja poszłam do szkoły... Nie mieliśmy teczek, mama sama uszyła teczkę; miałam jeszcze tekturowy tornister. I pamiętam, że znalazłam jakiegoś kocinę - przecież nie miałyśmy się czym bawić, nie miałyśmy lalki, nie miałyśmy w ogóle nic - i tego kota przyprowadziłam do domu. I on wdrapywał się na mój tornister i tak się dupinką ustawił, żeby w ten tornister zrobić siusiu czy kupkę. I ten kot został u nas, ponieważ był taki przyzwoity. Ciotka, u której mieszkaliśmy - zresztą, można powiedzieć, wielka bogaczka, bo miała olbrzymią piekarnię na Żeraniu, pomagała też powstańcom - miała kota. To był piękny, rasowy czarny kot, ale on się nigdzie nie załatwił, tylko albo pod łóżkiem, albo w łóżku - a ta kocina rozbroiła nas tym, że tak się drapała i ustawiała w ten wąski tornister.
     Nie było książek... Życie po wojnie było bardzo ciężkie. Właśnie z tego względu, że nie było żadnego mężczyzny. A moja mama - ja to bym się upominała o tę firmę, gdzie było 12 okien, bo mama mi pokazywała po Powstaniu te okna. Mogła się tam wprowadzić, mogła tam mieszkać... A niestety była jakaś taka bezradna.

 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten