Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Elżbiety Dankowskiej-Walas


foto

     Te pierwsze lata po wojnie spędziłami na Żeraniu i tam poszłam do szkoły, a mój brat do przedszkola... Bo tam, na tej Pelcowiźnie, urodził się mój brat. Urodził się i był calusieńki w krostach, w takich olbrzymich czyrakach - bo, jak słyszałam, on był zaziębiony w łonie matki - i był umierający, niejednokrotnie paliły się nad nim świeczki.
     W Powstaniu mama była w ciąży, ale nie wiedziała o tym. Jak już drugi czy trzeci miesiąc nie miała okresu, to poszła do lekarza, ale lekarz powiedział, żeby się tym w ogóle nie przejmowała, bo wszystkie warszawianki ze względu na tę pożogę, na te przeżycia, potraciły okres i że moja mama nie jest w ciąży. Ale, niestety była. I jak się dowiedziała, to już było za późno, żeby... Mój brat do dzisiaj mówi: "Chciałaś mnie zlikwidować!". I mama pewnie by tak zrobiła, gdyby wiedziała - bo co miała zrobić z tymi dziećmi maleńkimi, bez niczego, bez grosza i bez fachu - nie miała fachu, bo tancerka to wtedy, po wojnie, nie był fach. I brat zawsze wymawiał mamie, że chciała usunąć ciążę, ale niestety już było za późno. Mówił: "Żeby nie było za późno, to byś mnie zlikwidowała".
     To byłby pewnie ukochany syn mojego ojca, który mówił: "Mam dwie dziewczyny, ale nie przejmuję się tym. Piłsudski miał cztery czy ileś i się nie przejmował, to ja się też nie będę przejmował. Do trzech razy sztuka". I niestety - do trzech razy sztuka i był chłopak, zresztą podobny do niego jak kropla wody...
     Ciało ojca zostało odnalezione po wojnie pod gruzami. Z początku nie chcieli mamy denerwować i nie mówili, gdzie jest ciało, ale później mama się dowiedziała. Mój ojciec długo tam leżał, bo z tego Żerania nie było jak dojechać... I mama, z ciotką jedną i z drugą, chciała ojca wygrzebać z tych gruzów, ale bała się powiadomić sanepid. Bo później wszystkie zwłoki były grzebane we wspólnych mogiłach, pewnie żeby nie było zarazy - w te doły zbierali nieboszczyków z całej Warszawy i zalewali wapnem czy czymś - a moja mama nie chciała, żeby tak z ojcem było. Nie chciała powiadomić PCK - tych, którzy grzebali te zwłoki.  Chociaż, tam już nie było co zbierać... Po prostu nie chciała zgłaszać, zresztą chyba płaciłaby jakąś karę, że za długo nie zgłaszała.
     I matka z ciotkami wygrzebały ciało po kryjomu. Poznały po papierośnicy i po zębie, który ojciec miał, mówiło się, że platynowy. Była tylko czaszka, parę kości (takie piszczele), ten ząb, dokumenty i papierośnica... Mama to wszystko zebrała w taki wiejski dzbanek, jak do mleka, i wsadziła na strych. Nie miała za co pochować, więc ojciec tak leżał...  Jaka to musiała być gehenna - jak ja bym wiedziała, że mój mąż jest w garnku na strychu... I tak trzymali go w domu. Bo to były same spalone kości. Ojciec został pochowany chyba w 1945 roku.
     Mój dziadek zginął w egzekucji w 1939 roku, tymi grobami opiekowała się chyba Rada Narodowa i ksiądz pozwolił, żeby tam wykopać kawałek i wsadzić tę trumienkę. Bo to była taka drewniana trumienka, wieziona zresztą na motorze przez jego rodzonego brata. I tam ojciec został pochowany.
     W tym czasie, kiedy mieszkałam na Żeraniu, już po wojnie, został aresztowany mój wujek, jakiś kuzyn, który też tam mieszkał, dwóch mężczyzn i dziewczyna - za posiadanie broni, którą mieli zakopaną w ogródku. Byli sądzeni za zdradę ojczyzny, jako szpiedzy, którymi przecież nie byli. Jeden z nich, Widelski, został powieszony; o szóstej czy o piątej rano usłyszałam, że wyrok na Widelskim został wykonany. Jego siostra dostała 12 lat więzienia, a mój wujek 8. 
     Wujka zabrali z domu. Kuzyneczka mała, malusieńka, leżała w łóżeczku, a ubecy jeszcze przeprowadzali rewizję. Przeprowadzali rewizję również na strychu i moja mama strasznie się bała, że znajdą te kości, a jak je znajdą, to wujka stracą, bo czyje to mogą być kości? Mogło to zostać skojarzone z tamtą sprawą, z którą nasza rodzina nie miała nic wspólnego. Pamiętam, że były straszne nerwy, ale oni jakoś nie zajrzeli do tego dziurawego, poobijanego dzbanka.
     Mama później jakąś pracę znalazła, ja poszłam do szkoły... Nie mieliśmy teczek, mama sama uszyła teczkę; miałam jeszcze tekturowy tornister. I pamiętam, że znalazłam jakiegoś kocinę - przecież nie miałyśmy się czym bawić, nie miałyśmy lalki, nie miałyśmy w ogóle nic - i tego kota przyprowadziłam do domu. I on wdrapywał się na mój tornister i tak się dupinką ustawił, żeby w ten tornister zrobić siusiu czy kupkę. I ten kot został u nas, ponieważ był taki przyzwoity. Ciotka, u której mieszkaliśmy - zresztą, można powiedzieć, wielka bogaczka, bo miała olbrzymią piekarnię na Żeraniu, pomagała też powstańcom - miała kota. To był piękny, rasowy czarny kot, ale on się nigdzie nie załatwił, tylko albo pod łóżkiem, albo w łóżku - a ta kocina rozbroiła nas tym, że tak się drapała i ustawiała w ten wąski tornister.
    Nie było książek...
    Życie po wojnie było bardzo ciężkie. Właśnie z tego względu, że nie było żadnego mężczyzny. A moja mama - ja to bym się upominała o tę firmę, gdzie było 12 okien, bo mama mi pokazywała po Powstaniu te okna. Mogła się tam wprowadzić, mogła tam mieszkać... A niestety była jakaś taka bezradna.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten