Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jerzego Eknera


foto

Wywiad z Jerzym Eknerem
Muzeum Historyczne Miasta St. Warszawy, 20.04.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

 

W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego był pan dziewięcioletnim chłopcem i mieszkał pan na Starówce...
    
Mieszkałem w domu mojej babuni, na ulicy Miodowej 17 mieszkanie 14, na pierwszym piętrze. To jest ten dom, który dzisiaj jest domem arcybiskupów warszawskich. W tamtych czasach oficyny lewa i prawa były zamienione na mieszkania czynszowe, wynajmowane. (...) Dom był zbudowany w technologii ceglano-drewnianej - było bardzo dużo drewna, tynk na ściany był kładziony na matę z trzciny, stropy były izolowane warstwą drewnianych trocin... I to gruzowisko zaczęło się palić. I wtedy ktoś wyjrzał, mówi: "Tak, to już się pali, musimy stąd uciekać". Zabraliśmy to, co akurat mieliśmy na sobie, czyli płaszcze zimowe, sweter, spodnie, babunia i ciocia zimowe okrycia... Cały dobytek - woreczek z sucharami, pudełko kostek cukru i kawałek (mały kawałek, może 70 deko) wędzonego boczku. I z tym wyszliśmy na podwórze. I tylko słychać wystrzały, wybuchy... Piękne słońce było, upalne słońce. I tak poszliśmy za ludźmi, skręciliśmy w lewo, na pogorzelisko środkowego budynku, przez okno weszliśmy na to pogorzelisko, które już było wystudzone, przez to pogorzelisko przeszliśmy do ogrodu pałacu arcybiskupiego i moje pierwsze wrażenie: gdzie zniknął ogród - nie ma krzewów, nie ma drzew, nie ma trawników... W drugim czy trzecim dniu Powstania uczestniczyłem w pogrzebie, właśnie w tym ogrodzie, ale tych grobów nagle się pojawiło kilkanaście... Nie było trawników, gałęzie ścięte przez odłamki... I w tym ciągłym huku weszliśmy do tego ogrodu. I nadleciała eskadra "Stukasów". I znowu instynktownie rzuciliśmy się pod mur. Lecieli tak nisko, że przez kabinę widziałem głowę pilota w skórzanej czapce i w okularach. (...)
     Przeszliśmy przez ogród i znaleźliśmy się na parterze Hipoteki (stojący do dzisiaj, solidny gmach). Nie pamiętam, dlaczego - musieliśmy stamtąd wyjść. Prawdopodobnie nie było miejsca. Wtedy wszystkie piwnice były pozajmowane, przez lokatorów i przez uciekinierów z Woli... (...)
     Poszliśmy dalej, do dzisiejszego Domu pod Królami (tam jest w tej chwili chyba Związek Literatów), zapamiętałem te główki. Przed frontonem tego domu, od strony placu Teatralnego był postawiony taki śmieszny prowizoryczny płotek i tablica z kartką papieru "Uwaga niewybuch". Malarsko to było bardzo piękne miejsce, dlatego że bomba wpadła w miękki asfalt i powstała taka rozeta, regularna rozeta - bo bomba przez nagrzany asfalt zanurzyła się w ziemię. Tam też nie mogliśmy znaleźć miejsca. Poszliśmy dalej i trafiliśmy na ulicę Bielańską (ten dom stoi chyba do dzisiejszego dnia, który to numer, nie potrafię powiedzieć) - tam też nie wpuszczono nas do piwnicy. Ten dom wydawał nam się oazą spokoju i bezpieczeństwa, bo to był cztero- czy pięciopiętrowy budynek, nowoczesny, a wobec tego stropy murowane, nie drewniane, tak, jak na Miodowej 17. Zrozpaczeni odpoczęliśmy chwilę i pocąc się w tych zimowych płaszczach wróciliśmy do Domu pod Królami. Okazało się, że ludzie, którzy nas nie wpuścili, a na których byliśmy wtedy niezwykle rozgoryczeni, uratowali nam życie. Bo drugiego dnia - byliśmy wtedy jeszcze dalej, nie w Domu pod Królami - bomba uderzyła w [ten] dom [przy Bielańskiej], tak nieszczęśliwie, że wpadła w szyb windy i nie przebijając stropów spadła na poziom piwnicy. I wszyscy zginęli, którzy tam byli.
     Wróciliśmy do Domu pod Królami. Tutaj się nad nami zlitowali, pozwolili nam przenocować, więcej - ja nawet dostałem, nie pamiętam czy to była miseczka, czy to był kubek zupy, gęstej zupy, ugotowanej... na psinie. (Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt niech mi to wybaczy - to była bardzo dobra, bardzo smaczna zupa...)
     Rano musieliśmy stamtąd wyjść. Przeszliśmy przez Hipotekę i znowu poszliśmy do podziemi gmachu sądów. W nocy obudził mnie huk wystrzałów z działa (potem się dowiedziałem, że działa czołgowego), serie z karabinu maszynowego, pojedyncze strzały... Ciocia powiedziała: "Módl się, bo nasi odpierają atak Niemców od strony Kapucyńskiej". Czekaliśmy. Strzały ucichły. Rano wyszliśmy na parter. Dziwnym trafem jeszcze wtedy były okna i szyby - wyjrzałem i zapytałem się, co to za ulica. To była ulica Miodowa, znana mi z codziennych spacerów i marszów do szkoły, która była zupełnie zawalona belkami, gruzami z sąsiednich budynków i którą płynął potok - woda z uszkodzonego wodociągu. Stąd wiedziałem, skąd potem do naszej piwnicy była przynoszona woda - właśnie z tego potoku; widziałem jak ktoś wyszedł na to gruzowisko, stanął na tych belkach i w blaszankę brał wodę.
     Ciocia z babunią zdecydowały, że wracamy do piwnicy w naszym domu - tam nas muszą przyjąć, jesteśmy mieszkańcami. Znowu przez ogród pałacu arcybiskupów przemknęliśmy, przebiegliśmy na podwórze Miodowa 19 i tutaj do wejścia do piwnicy pod korpusem głównym. I znowu nas nie wpuszczają - i to nie nasi sąsiedzi, ale jacyś inni ludzie, z Woli, jak się potem okazało. Tłumaczyliśmy, że jesteśmy mieszkańcami - "To idźcie do swojej piwnicy. A gdzie wasza piwnica?" "No, w oficynie." "To idźcie tam." "Dobrze, odpoczniemy chwilę na tych schodach." Dzień był upalny. Cisza, kompletna cisza. No to zbieramy się - wzięliśmy te swoje tobołki, wyszliśmy drewnianymi schodami na podwórze, pomógł nam jeden z mieszkańców piwnicy i usłyszeliśmy warkot pocisku granatnika. Słychać go było, jakby nad uchem brzęczał. Przytuliliśmy się do ściany, wybuch, zasypały nas odłamki cegieł - odłamki cegieł, a nie odłamki pocisku - zupełnie nic nie było widać w tumanie pyłu węglowego, duszący gaz spalinowy środków wybuchowych... I nic nie widząc, kaszląc, po omacku trafiliśmy do wejścia do piwnicy, ja się dosłownie stoczyłem po tych schodkach, babunia się osunęła, pomogli jej osunąć się po schodach, ciocia zeszła i usiedliśmy - na ziemi, bo nie było innego miejsca. Zlitowali się nad nami mieszkańcy... Zrobili nam miejsce. Usiedliśmy, bo położyć się nie można było. I tak do końca Powstania przesiedzieliśmy w tym korytarzu pod głównym budynkiem domu Miodowa 17.
     Do końca Powstania byliśmy na Starówce. Żywiliśmy się tym, co wynieśliśmy - suchary, kostki cukru i ten boczek. Jeżeli tam, na tym korytarzu, siedzieliśmy około dziesięciu dni, to proszę sobie obliczyć, jaka była racja żywnościowa na każdego z nas. Głodu wtedy się nie odczuwało... Ktoś nas znowu poczęstował zupą - mnie, jako dzieciaka - zupą na koninie. Nie wyobrażam sobie, jak w dwudziestym którymś dniu Powstania w stolicy mógł być jeszcze koń - prawdopodobnie to był pies. Albo kot...
     Korytarz był wąski, mógł mieć około półtora metra, nie więcej, wzdłuż ściany były jakieś ławki, taborety. Siedzieliśmy opierając się plecami o cegły, wtedy przed nami było przejście. Naprzeciwko była większa piwnica, taka komora - tam był pan z rodziną, mieszkający na ulicy Kapucyńskiej, z której musiał uciekać; prawdopodobnie właśnie wtedy, kiedy był ten nocny atak, który słyszałem siedząc w piwnicy w gmachu sądów. On był w tej piwnicy wcześniej, przed nami i jakkolwiek nie był lokatorem, to tam siedział. To był nieznanego mi nazwiska adwokat z żoną i z trzema córkami.
     Chyba 24 sierpnia trafił do piwnicy "Biuletyn Informacyjny", czytała go - przy stearynowej świecy (nie było lichtarzy, świece przyklejało się do ceglanej ściany; podgrzewało się płomieniem ściany i przyklejało) - właśnie córka tego adwokata. Zapamiętałem informację o zdobyciu PAST-y na ulicy Zielnej, co bardzo podniosło morale wszystkich siedzących w piwnicy, i o zdobyciu przez aliantów Paryża; była tam też informacja o Powstaniu Paryskim - po latach, jak czytałem, to przypominając sobie Powstanie w Warszawie mam bardzo mieszane uczucia...
     Któregoś następnego dnia, wieczorem, kiedy ustał ostrzał, nie było słychać wybuchów, zapadła cisza. Przed spaleniem naszego domu naloty były regularnie co godzinę, od godziny 7  do 19. Nadlatywała eskadra, trójka Junkersów 88 i zrzucała bomby. Co godzinę. Tak że kiedy zapadła cisza, to była pewna ulga. I wtedy na początku tego krętego korytarza piwnicznego usłyszałem odległy głos: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Okazało się - przyszedł ksiądz, anonimowy kapelan. Przyszedł w ten późny wieczór sierpniowy i przyniósł Przenajświętszy Sakrament. I w tym korytarzu taboret kuchenny nakryto białą chustką i to był ołtarz. Ksiądz położył bursę z Przenajświętszym Sakramentem i odbyła się liturgia. Bardzo krótka - rachunek sumienia, absolucja in articulo mortis, to znaczy w niebezpieczeństwie śmierci, komunia, błogosławieństwo i odśpiewaliśmy "Boże coś Polskę". Ksiądz powiedział: "Zostańcie z Bogiem" i poszedł.
     I chyba trzy dni później, może później, 2 września o godzinie 9 rano - nalot. Gwizd nurkujących samolotów i spadających bomb. Wydawało się, że bomba upada dosłownie na podwórze, że parę metrów i spadnie mi na głowę. Bomby spadały wtedy na Miodową 21, gdzie był szpital powstańczy i w pobliżu włazu na placu Krasińskich, tak że to było bardzo niedaleko. Znowu nastała cisza i o godzinie 10 ten adwokat, który był naprzeciwko nas, wziął czystą biała chustkę - prawdopodobnie tę, która była obrusem ołtarzowym - wyszedł w kierunku wyjścia, zatrzymał się i powiedział: "Musimy wychodzić". I wyszliśmy. Wzięliśmy resztkę sucharów, boczku już nie było, resztkę cukru i po tych schodach, po których 10 dni wcześniej spadłem w dół, wyszedłem na górę i pierwsze moje wrażenie było - zimno. To był zimny, wrześniowy dzień...
Czy ktoś powiedział, że to już jest koniec Powstania na Starówce?
    
Nie...
Nikt z osób wychodzących nie miał tej świadomości?
    
Wtedy - że trzeba wychodzić. Nie, że Niemcy wchodzą...
Czyli ktoś powiedział, że wchodzą Niemcy?
    
Takich komunikatów nie było - że Niemcy już wchodzą. To jakoś bez słów było wiadomo, że jeżeli trzeba wychodzić, to znaczy, że Niemcy tam już są i każą nam wychodzić. Więcej - że jeżeli nie wyjdziemy, to wrzucą granaty.
     I wyszedłem - zimno, bardzo jasny, pogodny ranek, zacienione podwórze - i natknąłem się na niemieckiego żandarma, który miał na szyi tak zwaną "blachę", z orłem - Adler, deutsche Adler - na tym ryngrafie. Potem się dowiedziałem, że takie ryngrafy nosiła żandarmeria polowa i jeśli żołnierz był oznaczony w ten sposób, to podlegał tylko rozkazom swojego dowódcy, a nie mógł podlegać np. rozkazom innego oficera. Potem sobie dopowiedziałem, że gdyby on chciał mnie wtedy zastrzelić, a jakiś inny oficer niemiecki chciałby mnie bronić - taka sytuacja była u mojego przyjaciela - to ten żandarm by go nie posłuchał.
     Wyszedłem na podwórze Miodowa 19. I drugie wrażenie - skąd tyle ludzi przeżyło ten ostrzał, bombardowania... (...) Takie piekło. Bo nagle z sąsiedniej piwnicy zaczął się wysuwać sznur ludzi, z drugiej piwnicy. I znowu idziemy, znowu przez ten ogród domu arcybiskupów, w kierunku Hipoteki. Po drodze, na Miodowej 19, na noszach leżał bezwładnie mężczyzna, zapamiętałem tylko jego twarz, w okularach, i modlił się śpiewając psalm 91 - "Kto się w opiekę odda Panu swemu"... Nic mu nie mogliśmy pomóc. Poszliśmy dalej z tłumem ludzi. Przeszliśmy przez ogród, koło Hipoteki i weszliśmy na ulicę Daniłowiczowską - i tu natknęliśmy się na, wtedy się mówiło "własowców", żołnierzy armii RONA... Zapamiętałem tego najemnika. W butach z cholewami, w granatowych spodniach, w kurtce mundurowej niemieckiej, czapce właśnie granatowej - nie feldgrau, tylko granatowej - z pistoletem automatycznym Bergmann. Obok niego leżał trup kobiety, którą może on, może jego kolega zastrzelił kilka - kilkanaście minut, nim tam doszliśmy. Twarz miała nakrytą tylko kurtką futrzaną. Ja go minąłem, on szarpnął za rękę moją ciocię - trudno opisać uczucie, drętwieje się wtedy - zerwał jej zegarek z ręki. Odpięła zegarek, oddała mu - szczęśliwie, że chodziło tylko o zegarek. Poszliśmy dalej. Gruzy były takie, na tej wąskiej ulicy Daniłowiczowskiej, że przechodziliśmy na wysokości okien pierwszego piętra. Wydeptana ścieżka - przed nami przeszło tamtędy już wielu ludzi. Zeszliśmy na poziom ulicy, placu Teatralnego. Od strony Senatorskiej, przez barykadę, która była na rogu Daniłowiczowskiej i Senatorskiej, przechodzili ludzie idący od strony Miodowej - to znaczy z tej samej ulicy, z dwóch kierunków, wszyscy schodzili na plac Teatralny. Akurat natknąłem się na ojców Kapucynów, którzy nieśli na noszach swojego konfratra. Tragiczny to był widok - broda pokryta strupami zakrzepłej krwi. I jednocześnie, jak to czasami się tragedie mieszają z farsą - jak widać, ojcowie nie mieli innej możliwości opatrzyć mu rany i był przewiązany elegancką damską koszulą jedwabną koloru różowego. Zeszliśmy na poziom placu Teatralnego. Natknęliśmy się na starszą kobietę, która nie mogła iść - dwóch panów wzięło ją pod ręce, zaczęli wlec, ale to było wleczenie, ona nie szła. Jak się potem dowiedziałem w tej karawanie ludzi, to chyba była stara kobieta, która przeżyła getto, sąsiadujące z placem Krasińskich, Żydówka. Nie wiem, co się z nią stało. Popędzono nas dalej. Na chodnikach stali znowu własowcy, Kałmucy, najemnicy RONA. Mężczyznę, który chciał zboczyć do bramy, ronowiec uderzył granatem, Handgranate, pałką taką, zakończoną stalową gałą. Pomyślałem przez chwilę czy wybuchnie - oczywiście to był nonsens. Przeszliśmy Senatorską, przeszliśmy plac Bankowy. Na placu Bankowym ktoś powiedział do mojej cioci: "Chce pani tę walizkę?" Wzruszenie ramion. Odrzucił ją. Sterta walizek leżała - nie wiedzieliśmy, gdzie idziemy. Elektoralna, obok Hali Mirowskiej - i widzieliśmy wtedy, że tam było popielisko szczątków ciał ludzkich - Chłodna. Wlekliśmy się. Wlekliśmy się w tym upale, nie wiedząc dokąd, do przodu.
     Pewne zahamowanie było przed kościołem Świętego Wojciecha na Woli. W poprzek rzeki idących ludzi stało czterech, może więcej, esesmanów, z butnymi minami, w tych znienawidzonych czapkach wygiętych w kształcie siodła, w butach z cholewami, w bryczesach, rozkraczeni. Ręką suwali - władcy, władcy życia i śmierci - tak suwali: ten do obozu pracy, ten do obozu zagłady, ten może iść dalej. Wszystkich mężczyzn, którzy akurat szli z naszej piwnicy, skierowali do kościoła. Spojrzałem na tego Niemca, zlekceważył zupełnie, spojrzał na ciocię, babunię - "Weiter, schneller!" - poszliśmy.
Czyli dziecku z kobietami pozwolił iść dalej.
    
Ułaskawił. Skręciliśmy z tłumem w ulicę Bema. Na parterze mieszkali ludzie, Polacy. Przez otwarte okno podali wodę do picia - szliśmy już parę godzin, zmęczeni, ludzie mdleli po drodze. Natychmiast zjawiło się dwóch albo trzech Niemców, z pistoletami automatycznymi, warknęli, żeby zamknąć okno i odpędzili wszystkich od okna - czyli od wody. Tą ulicą doszliśmy na peron Dworca Zachodniego.
     I na tym peronie usiedliśmy. To musiało być już późne popołudnie. Dopiero z peronu spojrzeliśmy na Warszawę - tak to się człowiek nie oglądał, patrzył w jezdnię i tylko szedł do przodu. Spojrzeliśmy tak po sobie, pewne odprężenie - że doszliśmy tutaj i jeszcze żyjemy. I spojrzeliśmy na Warszawę. Ciekawe widoki - jak to się wtedy zmienia spojrzenie - zobaczyliśmy, że na horyzoncie tak śmiesznie to wygląda, jak samoloty się zniżają, nurkują, podskakują i potem jest tuman pyłu. Wtedy nie łączyliśmy tych obrazów z tym, co tam się działo, z tym, co sami przeżyliśmy.
     Nadjechał pociąg elektryczny. Maszynista - znowu go zobaczyłem tak, jak wtedy tego pilota w samolocie Junkers 88 - miał taką kamienną twarz. Pociąg stanął, ktoś powiedział "Wsiadać", weszliśmy do pociągu. I tutaj znowu napięcie - dokąd jedziemy? Drzwi się zamknęły, automatyczne drzwi... (...) To był pociąg elektryczny. Napięcie - dokąd, dokąd? I to się od razu ujawniło w odzywkach ludzi, tych wygnańców do wygnańców. Takie ostre sformułowania - "Czego się pani pcha, czego?".
     Dojechaliśmy - teraz wiem, że to był Pruszków, wtedy po kilku minutach. Drzwi się otworzyły i znowu zobaczyłem żandarmów, stojących na polu - wysiadaliśmy na prawo od kierunku jazdy - stali tam półkolem. Trzeba było wysiadać z góry, zeskakiwać. Dla mnie to nie było trudne, dla cioci też, babuni trzeba było pomóc - miała wtedy już 75 lat, więc to dla niej było bardzo trudne. I poszliśmy. I tam, ku naszej radości, spotkaliśmy adwokata, tego z piwnicy. Miał na plecach worek - jak się okazało, przyjechał przed nami z tego kościoła Świętego Wojciecha i tam został zaopatrzony w bochenek chleba i coś tam jeszcze, dlatego, że był przeznaczony do robót w Niemczech; dostał wyposażenie na drogę. Robotnik musi jednak dojechać żywy i żeby mógł efektywnie pracować na rzecz zwycięstwa III Rzeszy... Dołączył do żony, do córek, ale przed bramą znowu była selekcja, znowu stali władcy życia i śmierci - Niemiec wypchnął go brutalnie z tej naszej kolumny w bok.
     Weszliśmy na teren warsztatów kolejowych - dzisiaj wiem, że to były warsztaty kolejowe, wtedy nie pamiętam, czy ktoś mówił, fabryka jakaś. Trafiliśmy do którejś hali na nocleg i tam po prostu usiedliśmy na tym betonie. Ja to spałem, moja babunia, ciocia też chyba drzemały.
     Rano ciocia poszła się zorientować, gdzie jesteśmy, co dalej. Wróciła, wzięła mnie za rękę, podeszliśmy pod budynek, który się okazał kuchnią RGO - RGO to była Rada Główna Opiekuńcza, jedyna organizacja polska, którą Niemcy tolerowali. Więcej - kiedy organizowali Durchganglager Pruszków, to poproszono RGO o pomoc i opiekę nad tymi, którzy tam będą.
     Pamiętam tylko tę rozmowę: "To kiedy pani przyjechała?" - pracownik tej kuchni zapytał ciocię przez okno. "Wczoraj." "U, to proszę pani, tutaj są ludzie, którzy dwa tygodnie czekają na dalszy wyjazd." "No to - co zrobić?" "Czekać. A kto to jest?" - spojrzał na mnie. "Ano, mój siostrzeniec." "To niech go pani pilnuje, bo tutaj to sobie pożyczają i porywają takich." Uświadomiłem sobie później, że moja osoba mogła być jakoś pomocna, żeby wyjść z tego obozu...
Z dzieckiem łatwiej wyjść.
    
Tak, jednak tak. Zaznaczam to dlatego, że mój rówieśnik z klasy, którego potem spotkałem, trafił do Konzentrazionlager Auschwitz, więc jednak dziecko nie było uprzywilejowane, nie miało dodatkowych praw.
     Wróciliśmy do tej naszej hali dworcowej. Nie wiem, dlaczego ciocia powiedziała: "Przejdźmy do tej sąsiedniej, naprzeciwko, bo tam są nasi, ci z piwnicy". Człowiek wtedy szukał przynajmniej znajomych twarzy. Wyszliśmy na ulicę obozową i nagle zawyła syrena i żandarm wepchnął nas nie do tej hali, do której chcieliśmy wejść, tylko do najbliższej. Zatrzasnął wrota. Cisza zapadła, ktoś tam mruknął i to słowo rozeszło się po wszystkich - "nalot". No - jeżeli nalot, to nie niemiecki. I mimo, że to nie było optymistyczne słowo "nalot", to jakoś to znowu podniosło wszystkich na duchu - jakie to dziwne rzeczy mogą ludzi satysfakcjonować.
     Nie wiem po ilu minutach ten sam żandarm otworzył wrota - "Komm hier! Alles komm hier!" No więc wyszliśmy na tę ulicę. Tam znowu półkolem stali żandarmi. Ustawili nas piątkami w kolumny. I stoimy. Wzdłuż kolumny, od czoła, przechodzi esesman w tej znienawidzonej czapce... Przechodzi, spojrzał na mężczyznę stojącego w następnym szeregu - "Du!" Do tłumacza coś zagadał. Tłumacz powiedział: "Co tobie jest?" "Chory." Znowu wymiana zdań między tłumaczem a Niemcem. "Na co jesteś chory?" Ten odpowiedział: "Płuca, serce". Przetłumaczył. Niemiec spojrzał, drwiącym wzrokiem popatrzył, machnął - "A, gut!" Łaskawy.
     I nagle komenda - "Marschieren!" I maszerujemy. Gdzie? Znowu nie wiadomo gdzie. Dookoła Niemcy. Uzbrojeni, trzymający pistolety maszynowe i karabiny. I idziemy do bramy. Brama się otwiera - wychodzimy na to samo pólko, na które nas wyrzucono z pociągu elektrycznego. Tylko że tam nie stał już pociąg elektryczny, ale węglarki. "Aufsteigen!" Wsiadać. I teraz proszę z poziomu ziemi wejść na poziom tej węglarki. Kto mógł, to wskoczył. Kobietom, starszym... (...) trzeba było pomóc... Jedni ich wciągali, drudzy ich pchali do góry. Trzask zamykanych drzwi...
Pan się tam znalazł z babcią i z ciocią?
    
Tak. I z nieznanymi osobami. Z tej naszej piwnicy była tylko żona adwokata z trzema córkami.
     Stoimy, na budce hamulcowego pojawił się uzbrojony żandarm, pociąg ruszył. Gdzie jedziemy? I rozglądają się wszyscy. Poznają stacje. Mijamy jakąś stację. Nie widać napisów, ale to chyba Włochy - to na zachód jedziemy. Na zachód to gdzie? Do Niemiec? Następna stacja - Brwinów. Chyba Brwinów. W Brwinowie na peronie stała jakaś pani z panem i pani miała plecak, a pan wyjmował z tego plecaka jabłka i rzucał na przejeżdżające wagony - jabłka, jakieś owoce, chleb chyba też przeleciał. Na nasz wagon spadły jabłko i butelka mleka. Szczęśliwie ktoś złapał. 40 osób w tej węglarce, nie wiem ile było dzieci, sądzę, że około dziesięcioro. Byli znacznie młodsi ode mnie. I podział tej małej butelki mleka. Jakaś kobieta prosi o trochę mleka dla mojego rówieśnika. Zapamiętałem tego chłopaka - twarz o bieli utrillo, żeby nie powiedzieć "trupio blada". I dostał parę łyżeczek mleka. Matka, opiekunka, z taką rozpaczliwą pretensją - "Co mi pani daje?! Widzi pani chłopaka!" "Proszę pani, inni..." Ze złością wyrzuciła to mleko.
Wyrzuciła butelkę?
    
Nie, wychlapała to mleko, które dostała do blaszanki. Bo butelka poszła dalej, następni nie pogardzili tym mlekiem.
     I tak jechaliśmy, aż ciocia wygląda i patrzy, że to już będzie Rawka. W okolicach Skierniewic byli krewni babuni. Na jakiejś kartce papieru, był ołówek, napisała: "Stanisława Dąbkowska, Franciszka Kwiecińska, Jerzy Ekner - żyjemy, jedziemy w nieznanym kierunku, data 2 września, około południa" i adres: "Anna Woźniak, Skierniewice, ulica..." Zawinęła w ten papierek kawałek węgla, który był na podłodze, i rzuciła na peron, pod nogi kogoś tam stojącego. Widziała, że podniósł.
     Pociąg zatrzymał się na stacji w Skierniewicach. Peron pusty, tylko żandarmi chodzą po peronie, żeby nikt nie podchodził - teraz wiem, że parowóz uzupełniał wodę, więc transport musiał się zatrzymać. Druga kartka, o tej samej treści. Ciocia wygląda, Niemiec akurat mijał się z kolejarzem, który ostukiwał osie wagonu - rzuciła kartkę kolejarzowi pod nogi, on tylko oczami dał znak i poszedł. Poszedł dalej, ostukał koło, wrócił, dyskretnie podniósł kartkę, ostukał drugie koło i poszedł tak, jak powinien iść. Obie kartki tego samego dnia trafiły do adresatki.
     Pojechaliśmy dalej. Nie wiem, gdzie to było dokładnie - za Skierniewicami, na polu, pociąg się zatrzymał. Wypuszczono - nie to, że wypędzono - wypuszczono nas z wagonu. Po co? Dla załatwienia potrzeb fizjologicznych. I na tym polu załatwialiśmy wszyscy, publicznie, swoje potrzeby. Znowu nas wpędzili na wagony, jedziemy dalej. Robi się ciemno, zimno, i na którejś stacji babunia powiedziała: "Tędy pielgrzymka do Częstochowy idzie". No to już wiedzieliśmy, w którym kierunku jedziemy. Pociąg się zatrzymuje. Była już noc. Pamiętam księżyc. Zimno, księżyc, otwierają węglarki, wychodzimy na peron - co prawda peron nie na tym samym poziomie, tylko niższy, ale to już nie było zeskakiwanie, ten problem wychodzenia, wchodzenia - i tam już po polsku, jacyś mężczyźni z opaskami RGO: "Proszę państwa, proszę w tym kierunku, proszę tutaj się ustawiać, zaraz podjadą podwody". I wtedy następuje odprężenie. Zupełne odprężenie. Niemców nie ma, nie widać. W pobliżu stacji Gorzkowice, koło Piotrkowic - bardzo sympatyczny las w poświacie księżycowej, po polsku mówią, Niemcy są odlegli...
Odprężenie, że jednak nie wywieźli was do Niemiec...
    
Tak. Podjeżdża wóz parokonny - na drewnianych kołach ze szprychami, z obręczami kutymi - i na tej słomie siadamy, mnie miejsce wypadło obok woźnicy, woźnica Polak, w maciejówce, z wąsami. Cmoknął na konie - jedziemy. Przed nami jadą furmanki, podwody, za nami jadą - i ten sznur jedzie na oświetloną księżycem szosę pomiędzy lasami. Jedzie gdzieś do przodu, ale widać światło - jedziemy nie w nieznane, tylko gdzieś w oświetloną przestrzeń. I nagle hamują, zatrzymują się, ruszamy powoli - na poboczach po trzech ludzi stoi. Widać, że mają pistolety automatyczne. Niemcy. Któryś tam latarką błysnął, przejechaliśmy dalej. Woźnica mówi: "Wiecie, kto to był?" Bo taka cisza zapadła. "Niemcy..." - tak niepewnie. "Niee. " "Aa! No, to znaczy nasi!" To znaczy, że jesteśmy na terenie, gdzie są Polacy - Polacy-żołnierze.
     Dojechaliśmy do najbliższej wsi, nie pamiętam nazwy, wszystkich upychali po stodołach. Na klepisku była cienka warstwa słomy, ale to było bardzo wygodne legowisko, świetnie się tam spało. Rano się budzimy, ciocia zaczęła krzątać się koło tego, żebyśmy mieli coś do zjedzenia - to znaczy ja i babunia. Nie pamiętam, co tam jedliśmy...
Czyli przydzielili was do jakichś gospodarzy.
    
Nikt nas nie przydzielał - myśmy się tam znaleźli, bo akurat tam grupka szła. Około południa babunia poszła pomagać obierać kartofle w kuchni. Tam już siedziały dwie panie, które obierały te kartofle, ja poszedłem popatrzeć - i akurat weszła starsza kobieta, na bosaka. Myślałem, że to jest miejscowa gospodyni, wtedy chodziło się na bosaka, bo nie było butów. Weszła na bosaka, w fartuchu, przysiadła się. I zapamiętałem rozmowę z babunią - okazało się, że ona była mieszkanką Siekierek, dzisiejszej dzielnicy Warszawy, wtedy podwarszawskiej wsi. I opowiedziała, jak oni zostali wypędzeni z tych Siekierek i też znaleźli się w Gorzkowicach.
     Na trzeci dzień ciocia z babunią postanowiły, że postaramy się wrócić do Skierniewic i dotrzeć do krewnych babuni. Ach, "wrócić" to się łatwo mówi. Zgarnęliśmy te swoje tobołki, to znaczy: płaszcze zimowe, sweter; cukru już nie mieliśmy, dostaliśmy bochenek chleba. Na szczęście mieliśmy jeszcze pieniądze i tymi pieniędzmi ciocia opłaciła gospodarza, który podwiózł wozem babunię i mnie. Bo ja bym jeszcze doszedł te kilka kilometrów do stacji, ale babunia raczej nie. Miała 75 lat, została przysypana gruzami w 1939 roku, przeżyła Powstanie, potem dalsze koleje - można sobie wyobrazić, jaka to była kondycja fizyczna. Gospodarz podwiózł nas na stację i tam pierwsza rzecz - można kupić bilet tylko do Koluszek, do Skierniewic nie wolno. Tylko do Koluszek. Wtedy nie wiedzieliśmy, że to była stacja graniczna Generalnej Guberni. Ale Polka, kasjerka, mówi: "Proszę pani, jedźcie państwo tam, tam jeżdżą pociągi, na które można się zabrać". Ciocia kupiła bilety. Czekamy na pociąg - znowu się pojawiają żandarmi. Okazało się, że wypędzają wszystkich. Otoczyli nas, następna selekcja. Okazało się, że to była obława na szmuglerów... Jeżeli ja tutaj używam tego słowa, to absolutnie to nie jest określenie pejoratywne.
W tamtych czasach oczywiście, że nie.
    
To byli nasi żywiciele. Tu, w miastach, się przeżyło dlatego, że oni szmuglowali żywność do miast.
Bez nich warszawiacy padliby z głodu...
    
Padliby z głodu. Tak, jak mówiłem o mleku, które donoszono, czy o białym pieczywie.
     I sprawdzają po kolei wszystkich. Doszedł do nas ten umundurowany Niemiec. Mówił po polsku. Mogę sobie teraz tłumaczyć, że to był albo Ślązak, albo poznaniak, Warmiak - trudno powiedzieć. I spokojnym tonem, po polsku, z niemieckim akcentem, mówi: "Kennkarty proszę". "Proszę" - nie to, że "Kennkarten!" - "Kennkarty proszę". Ciocia podaje i ręka jej drży, no bo co dalej. Podaje kennkartę, on mówi: "Niech się pani nie boi". Podał kennkartę Niemcowi, w mundurze feldgrau, ale raczej SS - nie w feldgrau Wehrmacht, tylko ten zielonkawy, który nosiło SS - oddał kennkartę. Zajrzał do torby i w tej torbie znalazł zdjęcie, zainteresował się. To było zdjęcie męża cioci, mojego wuja, w mundurze podporucznika. Zdjęcie, które zrobił w oflagu, przesłał do Warszawy, w Warszawie stało na stoliku, w ramce. Kiedy dom się palił, ciocia zgarnęła to zdjęcie. W tym tobołku, razem z sucharami i boczkiem, przeszło z nami przez Chłodną, obok kościoła Świętego Wojciecha, Pruszków, do Gorzkowic - i tam znowu wpadło w ręce Niemca. Popatrzył, rzucił na ziemię - to go nie interesowało. Ciocia podniosła to zdjęcie... (zdjęcie dojechało do Warszawy, jest teraz w moim posiadaniu.) Nagle wybuchła awantura - Niemcy na końcu naszego szeregu znaleźli porzucony tobołek z mięsem, który rzucił któryś ze szmuglerów. No i nasłuchujemy, co Niemcy mówią. Teraz to mogę domniemywać, że po prostu zarekwirowali to mięso do swojej kuchni. Odeszli - nie mówili, żeby iść, odeszli.
     Weszliśmy na peron, wsiedliśmy do pociągu, dojechaliśmy do Koluszek. Pociąg stanął, wysiedliśmy. Chcemy wyjść z peronu, żeby kupić bilet do Skierniewic. W budce przy wyjściu z peronów były bilety. W budce, w mundurze kolejarza niemieckiego, mówiący po polsku - "Nie wolno!" "Ale chcemy do kasy." "Nie wolno wychodzić!" Więc cofnęliśmy się na peron - nie wiedzieliśmy, że to była stacja graniczna Generalnej Guberni. W budynku na sąsiednim peronie ciocia dowiedziała się od kolejarza, że nie ma pociągów rejsowych, planowanych, między Koluszkami a Skierniewicami, ale jeżdżą parowozy, które przed sobą pchają lorę, żeby lora zdetonowała minę naciskową - wtedy wybuch powoduje wyrzucenie pierwszego wagonu, a parowóz zostaje nieuszkodzony. I na tym można przejechać do Skierniewic. No to usiedliśmy na peronie i czekaliśmy tak od godziny pierwszej do zachodu słońca, na tej pustej stacji. Dlaczego nas Niemcy nie ruszali - nie wiem. Siedzieliśmy. We trójkę siedzieliśmy na tym peronie. Pusta stacja i my tylko... (...) Tylko trzy osoby. I ni stąd, ni zowąd podjeżdża parowóz, bardzo elegancko zatrzymuje się przy nas i nagle, znowu zdumienie - nie wiem skąd się znalazło ponad 20 osób. Pusty peron - nagle skądś wyszli. Wszyscy wsiadają i ciocia mówi: "Panowie, pomóżcie mojej mamusi". No i podnieśli, włożyli na tę lorę, ja wsiadłem opierając się o koło. I znowu, nikt nic nie mówi, pompa skroplinowa pyka, czekamy - ale widzimy Niemca, który idzie w naszym kierunku... Ale nie miał munduru esesmańskiego, tylko taki zielony, czapka też nie była tak wygięta w siodło; w okularach i z teczką - jakiś oficer, który z Koluszek jechał do Skierniewic. On tylko zajął miejsce, obok maszynisty. I ruszyliśmy. I pociąg jedzie. I znowu odprężenie. Pociąg się zatrzymuje, bo sygnał opadł. Musiała być jakaś rozmowa między Niemcem a maszynistą, bo ramię semafora się podniosło, a my stoimy - i ktoś tak wesoło krzyknął: "No, otwarte, jazda!". I ruszyliśmy.
     Dojechaliśmy do Skierniewic. W Skierniewicach, ciemna już noc, wyszliśmy na peron... Godzina policyjna. My z Warszawy, kennkarty z meldunkiem warszawskim, no gdzie - na dworcu zostać? Jak by się tu przemknąć do krewnych babuni, parę ulic dalej? Trzeba ryzykować, trzeba iść. Puste ulice. To było drugie moje przejście po godzinie policyjnej - raz musiałem iść w Warszawie, a drugi raz w Skierniewicach. Idziemy. Żeby tylko nie tupać. Cisza taka. Słychać kroki. Znowu jak wtedy, kiedy jest wybuch granatnika - do ściany się przytuliliśmy. Drugą stroną szedł Niemiec. Zatrzymał się, ciemno jest - "Das ist polizeier Zeit!" Poszedł. Poszliśmy dalej. Błądziliśmy, babunia z ciocią nie mogły trafić. Zapukaliśmy do pierwszych drzwi - "Czy możemy przesiedzieć do rana, bo nie możemy trafić do domu?" "A tak, no siedźcie państwo." I ta gospodyni - "Proszę pani" - mówi - "bardzo przepraszam, ale może zostańcie w sieni, bo... bo może wy macie wszy..."
Taka poniżająca sytuacja...
    
Nie, to była życiowa sytuacja. Wiadomo, że po Pruszkowie, po wycieraniu się po piwnicach, to te wszy przychodziły do człowieka. W tym tłumie, który wychodził, ktoś zwrócił uwagę, że po plecach chodzą wszy; wtedy we wrześniu, 2 września 1944 roku. Pan odczuł, że poniżająca sytuacja - wtedy to była sytuacja życiowa. "No tak, wiem, że możemy mieć wszy, nie wejdziemy do środka, żebyśmy tylko nie musieli na ulicy stać." Doczekaliśmy do rana, a rano okazało się, że ci krewni babuni byli bardzo niedaleko.
A czy ta gospodyni dała coś do jedzenia?
    
Tak. Tak, dostaliśmy kolację, nie pamiętam już, co było...
     Doszliśmy do tych krewnych... I jak opada napięcie, to wtedy trudno jest w ciągu minuty opowiedzieć to, co się działo przez 32 dni w Warszawie. Umyć się i wszystko uprać - to była pierwsza rzecz. I potem przy ciepłym słońcu wrześniowym, można było sobie usiąść w sadzie, książkę poczytać... Wiadomo, że coś będzie do jedzenia, nie to, że obiad - coś będzie do jedzenia... Na tym się skończył exodus, w Skierniewicach - a dalej to już inna historia. (...) Ze Skierniewic pojechaliśmy dalej, na wieś.
Czyli tam nie można się było zatrzymać na dłużej?
    
Nie było gdzie. Pojechaliśmy dalej. Do Trzcianny, bo tam też byli krewni babuni. (...) W Skierniewicach był dzień targowy, było dużo furmanek z okolicznych wsi. I była akurat gospodyni ze Strzybogi, to jest wieś sąsiednia do Trzcianny. Nasza gospodyni ze Skierniewic poprosiła ją - "Wie pani, to są przecież z Warszawy, spaleni..." "A, no tak" - bez zbędnego opowiadania - "to wsiadajcie, podwiozę do Strzybogi". W Strzybodze ona zsiadła, synowi mówi: "Wieź tych państwa do Trzcianny". I dojechaliśmy do Trzcianny, do domu pana Franciszka Woźniaka, który był w jakiś sposób spokrewniony z moją babunią; to była bardzo ciekawa postać, ale to jest zupełnie osobna historia... (...) To był były lejbgwardzista ostatniego cara Rosji i tak wykorzystał tę swoją pozycję, że dzięki niemu została zbudowana szkoła w Trzciannie.
     Tam już znaleźliśmy miejsce. W domu, w takiej małej izbie, byliśmy tam we trójkę. Między 5 a 10 października, czyli już miesiąc później, wieść o tym, że my - to znaczy ja, moja ciocia i babunia - jesteśmy w Trzciannie, przewędrowała 15 kilometrów do innej wsi; 15 kilometrów wtedy to było bardzo daleko, około trzech godzin marszu...
     Jak ta wieść przewędrowała - nie wiem. W każdym razie wtedy, między 5 a 10 października, do Trzcianny przyjechali dwaj moi wujkowie i siostra, którzy w czasie Powstania byli w dzielnicy Śródmieście i wyszli - udało im się przemknąć obok Pruszkowa i wyszli mijając trzy strefy kontroli (pierwsza na Okęciu, druga w Jankach i trzecia jeszcze dalej) i doszli do Chojnaty. To jest około 70 kilometrów. Oczywiście pieszo. Stamtąd doszli do wsi Patlinek i tam się dowiedzieli, że jesteśmy w Trzciannie: moja babunia, ciocia (siostra dwóch wujków) i ja.
     W Trzciannie dla mnie to były dobre czasy, nie miałem kłopotów, dostawałem jedzenie, mogłem sobie chodzić na bosaka po sadzie, co było dla mnie wielką atrakcją... I nagle zobaczyłem, że wrota na podwórze się otwierają, ktoś obcy otwiera, wjeżdża wóz parokonny i na tym wozie są moi wujkowie, moja siostra i jeszcze jedna kuzynka. Nagle się spotkaliśmy - nagle, po tych 32 dniach Starówki, po 63 dniach Śródmieścia, spotykamy się w Trzciannie na podwórzu. Już nas było wtedy siedem osób. To jest znowu obciążenie. Przeszliśmy do stodoły. Duża stodoła była. Ale po paru dniach dołączyli bliżsi krewni, bo brat gospodarza z żoną i z ciotką, którzy z kolei z Opaczewskiej uciekli przed pacyfikacją do Opaczewa i Milanówka, i stamtąd znowu...
I też tam dojechali do rodziny.
    
A więc znowu było nas za dużo... Moi wujowie poszli parę kilometrów do sąsiedniej wsi Stara Rawa i tam znaleźli izbę. Tam się przenieśliśmy i w tej jednej izbie - która była duża, ale to była jedna czwarta, może nawet jedna piąta tej powierzchni - było nas tam siedem osób. Dostaliśmy piecyk żeliwny (już nie pamiętam od kogo) - tak zwaną "kozę" - i dwa snopki słomy, które się rozesłało na podłodze i na tym spaliśmy. Babunia dostała łóżko. To łóżko bardzo się przydało, dlatego że te wszystkie przejścia odbiły się na jej zdrowiu i miała atak wątrobowy. Nie na skutek nieprzestrzegania diety, tylko, jak mój wuj lekarz powiedział, to jest kumulacja przeżyć i wtedy najsłabsze ogniwo pęka. No i to łóżko dlatego się przydało - i z racji wieku, i z racji choroby. Po wodę trzeba było wychodzić przez okno, bo nie było drzwi na tą stronę, i tam były ustawione pustaki, żeby można było wyjść. Ale czym napalić w kuchni? I to był problem zbierania chrustu w lesie.
     Potem nam się warunki trochę poprawiły, dlatego że dostaliśmy pokój w tak zwanej organistówce - jedną izbę i kuchnię, więc już była większa powierzchnia.
     Jeszcze kiedy mieszkaliśmy w tym starym domu, zacząłem chodzić do szkoły... (...) Poszedłem w tych sandałach, wypranych spodniach, swetrze i koszuli, w których wyszedłem z Warszawy. Jeszcze było ciepło, bo to był koniec października. Trafiłem do klasy piątej. Kierownikiem szkoły był pan Ostaszewski, wychowawcą, bo tam się zmieniali, był pan Langwalte, starszy pan z wąsami, jednym z nauczycieli był pan Tyc, polskiego uczyła pani, która też została wygnana z Warszawy, jak my, nie wiem, z jakiej dzielnicy...
A czy oprócz miejscowych dzieci byli też tacy uczniowie jak pan, warszawiacy?
    
Tylko ja i kolega. Ale on trafił tam w jakiś inny sposób, dlatego że wtedy byłem tylko ja jeden. No i uczyliśmy się - nie było wtedy statutu czy praw ucznia, natomiast była dyscyplina i to dyscyplina bardzo skuteczna. Pan podchodził - "Dawaj łapę" i linią przykładał...
Jak było z podręcznikami?
    
Były tylko używane podręczniki, które z roku na rok się przekazywało. Ja chyba nie używałem żadnych podręczników. Jeśli pamiętam, był jakiś podręcznik historii Polski i był bardzo ceniony, bo to historia Polski.
     Natomiast siostra, która w 1944 roku w Warszawie zdała małą maturę (dwa lata przed dużą maturą), zaczęła kontynuować naukę - ale nie było dla niej szkoły. W tej szkole powszechnej (tak się to wtedy nazywało), do której ja uczęszczałem, pan kierownik Ostaszewski zorganizował komplety pierwszej i drugiej klasy gimnazjalnej. To były konspiracyjne komplety. Gdyby Niemcy zrobili nalot na szkołę, to oczywiście kierownika Ostaszewskiego i nauczycieli spotkałby taki los, jak mojego wychowawcę z Warszawy, pana Tadeusza Mikułowskiego, który został zamordowany w Auschwitz.
     Siostra nie miała dla siebie klasy, więc musiała się uczyć sama. Wujkowie jej pomagali. Ale podręczniki - chodzili we dwójkę, mój wujek z moją siostrą, 14 kilometrów pieszo do Skierniewic, tam od znajomych znajomych pożyczali podręczniki dla pierwszej klasy licealnej, przynosili je w sobotę i wtedy cała rodzina siadała i przepisywała strona po stronie. Warto tu przypomnieć, że wtedy nie było długopisów, tylko pióra ze stalówkami i atrament w kałamarzu. A stół był zrobiony z desek, które zdobyliśmy czy ukradliśmy z bunkra niemieckiego. W okolicach Starej Rawy, Trzcianny, była budowana linia umocnień: rów przeciwczołgowy, rów strzelecki i co ileś tam metrów bunkier ziemny - i na wyposażeniu tego bunkra były ściany obłożone deskami. I w nocy moi wujkowie te deski wyrwali i przynieśli do domu, i z tego był zrobiony stół i ławy. Deski wystarczyły na zrobienie blatu, natomiast nogi to były cztery ścięte brzózki - bardzo to ładnie wyglądało. I przy tym stole, przy karbidówce - nafta była zbyt droga - wszyscy siedzieli i pisali. Dwie strony były układane, jedna osoba pisała jedną stronę, a ta druga czytała i drugą stronę pisała. Mnie się to podobało, chociaż ja nie musiałem tego robić. Ale zacząłem - usiadłem po przeciwnej stronie stołu i przepisywałem książkę wypożyczoną z biblioteki szkoły starorawskiej, polską książkę "Orlęta" o obrońcach Lwowa w 1918 roku. Wiedziałem już, raczej nie ze szkoły, raczej z domu, że to byli moi rówieśnicy i rówieśnicy tych, którzy byli w Powstaniu Warszawskim. No i ja to przepisywałem. Ta książka przetrwała...
Zachował ją pan do dziś?
    
Tak, zachowałem. Ale kiedy pokazywałem moim dzieciom, to spojrzały bardzo obojętnie; w miarę jak im lat im przybywa, to troszeczkę inaczej już na to patrzą.
     Jeszcze z Trzcianny zapamiętałem łunę. Wtedy nie było oświetlenia elektrycznego, niebo w nocy było czarne. I na horyzoncie - łuna, krwista, czerwona łuna. I było pytanie czy to jest pożar Warszawy. Okazało się, że nie, że to był pożar Jaktorowa, kiedy oddziały Grupy "Kampinos", Armii Krajowej w Kampinosie, przebijały się przez tor kolejowy w kierunku Gór Świętokrzyskich.
Przebijały się 29 września 1944 roku.
    
Tak. I to zapamiętałem.
     Druga rzecz, którą zapamiętałem - przed Bożym Narodzeniem, mieszkaliśmy już wtedy w Starej Rawie, z odległego Dukaczewa przyjechał gospodarz - do mojego wuja, który był lekarzem, że jest wzywany do rannego. Ale, jak to wtedy było, jednocześnie zabrał księdza. Tym chorym okazał się zastrzelony agent skierniewickiego gestapo. W Dukaczewie do jednego z domów przyszedł patrol partyzantów Armii Krajowej i - czy na skutek donosów, czy na skutek złego losu - do tej wsi wjechał samochód z gestapowcami ze Skierniewic. I kiedy oni podchodzili do tego gospodarstwa, z którego nie było możliwości odskoku, partyzanci otworzyli ogień i zastrzelili tego cywilnego pracownika gestapo i drugiego umundurowanego. Sołtys sprowadził lekarza i księdza. Lekarz stwierdził zgon. Woźnica tej podwody z poważaniem odnosił się do księdza, jadącego do chorego z ostatnią posługą, ale tak jechał, żeby nie dojechać. A jak lekarz stwierdził zgon, to z powrotem szybciutko ich odwiózł do Starej Rawy. I znowu szczęśliwie - dlatego że jak oni wyjechali z Dukaczewa, to podjechał samochód z żandarmami ze Skierniewic. Zabrali gospodarzy tego domu, podpalili gospodarstwo i odjechali.
     6 stycznia 1945 roku, w święto Trzech Króli, do Starej Rawy wjechały podwody z żandarmerią niemiecką. Stara Rawa jest położona na skrzyżowaniu dwóch traktów i na tym skrzyżowaniu jest placyk - przy placyku stoi kościół, domy i pomniczek (co było bardzo dziwne, z medalionem marszałka Józefa Piłsudskiego, który w czasie okupacji w Generalnej Guberni był tolerowany przez niemieckie władze administracyjne). I przy tym pomniczku zatrzymały się podwody, żandarmi wyskoczyli i poszli drogą na wieś Doleck. Po pół godzinie - godzinie wrócili, wsiedli i odjechali. Z tamtej strony nadeszła wiadomość - zamordowali (bo nie mówię "rozstrzelali") w tej wsi gospodarza, który był związany z Armią Krajową. 6 stycznia 1945 roku, na parę dni przed przetoczeniem się frontu. Wyciągnęli go z domu za stodołę, tam go zamordowali. Odjechali.
     We wsi znalazły się tabory własowców. Ciągle mnie prześladują ci własowcy. To był okres poświąteczny. Zakwaterowali wozy na podwórzu i w stodole organistówki, bo to były tabory konne. Grzecznie się zachowywali ci woźnice, prosili, czy mogą wejść do kuchni i ogrzać się.
     Któregoś dnia wchodzi żołnierz niemiecki w mundurze, ale mówi po polsku i pyta czy może karabin zostawić, bo idzie do kościoła - Ślązak. Tylko to był1944 -1945 rok, każda taka rzecz to mogła być prowokacja... Ale on, mile się uśmiechając, prosił czy może zostawić karabin - bo jak do kościoła wejść z karabinem?
I co - i zostawił ten karabin?
    
Poszedł, wrócił...
I karabin czekał na niego?
    
Tak, no a cóż...
     Następnej albo poprzedniej niedzieli przyszli ci nasi dalecy krewni z Trzcianny - pan Bronisław Woźniak z żoną - w towarzystwie dwóch umundurowanych Francuzów, żołnierzy francuskich. Jakaś jednostka francuska była koło Skierniewic, we wsi Kamion, około 3 kilometrów od Trzcianny, około 4 kilometrów od Starej Rawy. To byli Francuzi albo z państwa Vichy, albo z Lotaryngii...
Z Alzacji i z Lotaryngii.
    
Tak, ale oni byli w mundurach francuskich, byli ochotnikami. I nie mogli się porozumieć z otoczeniem. Pan Bronisław Woźniak znał francuski i dzięki temu mogli zamienić parę słów z kimś innym, niż ze swojego grona. I razem z nim poszli w niedzielę do Starej Wsi do kościoła. A potem, ponieważ mieszkaliśmy w pobliżu, pan Bronisław przyszedł, żeby odpocząć (bo znowu trzeba 4 kilometry wracać do Trzcianny) i tych Francuzów przyprowadził. Rozglądali się ciekawie, mogli parę zdań zamienić z wujkiem, który też znał francuski, bo wtedy się ze szkoły średniej wynosiło znajomość obcego języka.
     Ale wróćmy do tych Kałmuków. Chyba 15 stycznia, słychać było kanonadę armat. Czy to była kanonada z odległości 50-70 kilometrów do Warszawy - nie wiem. Słychać. Jeżeli jest cisza, to huk wystrzału niesie się kilkadziesiąt kilometrów. I wtedy oczywiście podniecenie w całej wsi. Podniecenie tym większe, że wśród tych najemników niemieckich widać zdenerwowanie. Następnego dnia nad ranem kanonada narasta, przebiegają ci własowcy, zaprzęgają konie do wozów i odjeżdżają kłusem, wyciągniętym kłusem, na Doleck. We wsi robi się pusto. I nikt nie wychodzi na ulice.
     Jak się uspokoiło, poszliśmy - ciocia, moja siostra i ja - do naszej rodziny do odległego o 2 kilometry dworu, żeby dowiedzieć się, może oni coś wiedzą - radia nie było, wieści były przekazywane face to face. Tam się dowiedzieliśmy, że ofensywa się zaczęła i wracając zobaczyliśmy samoloty. Znowu samoloty. Tylko tym razem, patrzymy pod słońce - nie, to nie są czarne krzyże, to są czerwone gwiazdy. A, no to w takim razie już jest ofensywa! I w optymistycznych nastrojach wróciliśmy do domu. I znowu zapada głucha noc.
     Rano - kanonada i Niemcy za oknem. Jak to? Ofensywa, samoloty nad nami - i znowu Niemcy? Na tym placyku, za oknami. Chowamy się za firanki, rozglądamy się, ale widzimy, że ci Niemcy, uzbrojeni, też tak się niepewnie czują - ich było chyba tam dziesięciu, dwunastu, może więcej - usiedli pod płotem i chronią się przed samolotami. No to odczuliśmy satysfakcję. Pokręcili się, wzięli karabiny i pomaszerowali na Doleck. I zapadła cisza. Taka cisza, że nawet psy nie szczekały, nie zaskrzypiał żuraw, nikt nie wychodził, nie skrzypiały drzwi.
     Noc zapadła, zasłoniliśmy okna, żeby nie było widać karbidówki - i nagle słychać pukanie do drzwi... Po drugiej stronie tego domu mieszkali Polacy wypędzeni z Poznańskiego, wypędzono ich z ich gospodarstw, bo to byli rolnicy, w Poznańskiem. Puka ta sąsiadka - "Czy ktoś z państwa mówi po rosyjsku, bo tutaj pan na koniu przyjechał". Wszyscy się rzuciliśmy do drzwi, ciemno, tylko ktoś: "Schować karbidówkę!" I na tle tej granatowej nocy, za drzwiami, widać - na koniu siedzi, patrzy. I słychać "Giermanca niet?" A wuj, który kończył szkołę rosyjską (w 1905 roku strajkował o to, żeby była polska szkoła) odpowiada: "Niet. Zdies' niet." No i oczywiście podniecenie - "Zachoditie k nam, zachoditie k nam". On zszedł - tylko... żeby mu kto konia nie ukradł. A wuj mówi: "W tym gospodarstwie, to nikt nie ukradnie, a i we wsi też nie ukradną". Tamten tak patrzy na wuja, już w średnim wieku człowiek, mówi po rosyjsku, widać gramotnyj, a tak priamo skazat' - durak... Mówi: "To towarzysz towarzyszowi ukradnie, a wy mówicie, że tutaj konia mi nie ukradną!"
     Przeciągnął cugle przez sień, do naszej kuchni, usiadł, dostał papierosa - no i wszyscy patrzymy. Nowy człowiek! To nie jest Niemiec, nie jest najemnik z armii RONA, tylko aliant, z armii alianckiej, pierwszy, którego widzimy. Usiadł, zapalił papierosa - tylko mu papieros nie pasował, dlatego że taki cienki był, w bibułce. Wobec tego wyciągnął jeszcze swój tytoń, rozdarł ten tytoń z papierosa, zawinął w gazetę, dopiero wtedy zapalił. I że tak się przyglądamy, patrzymy, co on robi - zdejmuje walonkę i pokazuje, że ma flanelową onucę. A wuj mówi czy on się nie boi - "No a czego?" No, że jak nas jest tyle, to my zabierzemy mu te onuce. To on się tak zaciągnął papierosem - "He, he, czto znaczit odin czełowiek protiw gosudarstwu?" No cóż tam jeden człowiek dla państwa?
     Wsiadł na konia, pojechał. Po piętnastu minutach słychać, że wjeżdżają wozy, samochody. Drzwi się otwierają, wchodzi tłum, siada przy stole, zgarnął od razu wujowi pędzel do golenia, goli się... My, co możemy, to wyciągamy do drugiej izby...
Wszystko się chowa, tak...
    
Tam się gromadzimy... No nic - położyli się. Tutaj znowu jest ten problem, który wystąpił, jak nas Niemcy wieźli do Gorzkowic - potrzeby fizjologiczne. Nie można wyjść z domu, bo przecież ubikacja jest daleko. Jak przejść przez ten tłum, a zwłaszcza kobiety - jak mają przejść przez ten tłum zwycięzców? Musiały być przecież eskortowane przez wujków. To nie było takie proste. Doczekaliśmy do rana - w nocy się dobijali, tam, gdzie w te siedem osób w jednej izbie spaliśmy, jeszcze chcieli dojść, ale na szczęście bronił nas jakiś starszy żołnierz rosyjski - wuj stał przy jednych drzwiach i nie wpuszczał, a on przy drugich. I tak przetrwaliśmy do rana, w tej jednej izbie.
     A rano nie to, że ktoś wchodzi, ale - pukanie. Wchodzi sołdat i pyta czy towariszcz połkownik może tutaj zjeść śniadanie. Wuj odpowiada: "Proszę". Wchodzi pułkownik, w kożuszku, jakiś oficer, jakaś kobieta-oficer, siadają przy stole. Przy tym stole ze zdobycznych desek, na tych ławach. Naokoło tylko dwie prycze zbite z desek (też zdobytych z bunkra) przykryte kocami tylko, piecyk żeliwny i półka, na której stały wypożyczone do przepisania książki mojej siostry, których nie zdążyła jeszcze odnieść do Skierniewic. Pułkownik się rozejrzał i uprzejmie do wuja powiedział: "Tak... zażytoczno u was" - tak u was, u pana, jest bogato. Wuj zapytał: "Ale - u mnie, czy we wsi?" "A tak i we wsi, i u was..." No to był pierwszy sygnał, że nie jest prawdziwe łacińskie powiedzenie ex oriente lux. Bo to światło ze wschodu, okazuje się, nie było takie bardzo jasne...
     I pierwsze pytanie - ile jest do Berlina? No, ile proszę pana, jest do Berlina ze Starej Rawy? (...) Wuj mówi: "No, zaraz... Do Poznania jest 300, potem jeszcze 50-100... No 350-400 kilometrów". "Eee, nie! Niemożliwe! Niemożliwe." Wuj mówi: "No, dobrze, a ile według was?" "50!" "No to sprawdźcie na mapie." "A, ja mam mapę, na której jest  mniej niż 50."
     Poczęstowali wuja śniadaniem i wtedy wuj zobaczył, że ordynans serwował na stół kapustę, którą babunia w takim żeliwnym garnku zostawiła na kuchni w sąsiedniej izbie. Poczęstował tą kapustą, dołożył chleb, przydziałowy... Pojechali dalej. Myśmy wrócili do szkoły.
     Teraz to jest wszystko jasne, wiadomo, co się zaczynało... Wtedy to było wiadomo, co się skończyło, co się zaczyna, to... (...) Nie można było ocenić. To teraz wiadomo. Wtedy była radość. Mieszana z tym, że jedni mówili, że to wojsko, które przychodzi, to są berlingowcy, nie Polacy, tylko berlingowcy, Rosjanie w polskich mundurach - co tym bardziej było prawdziwe, że oficerowie byli rzeczywiście Rosjanami. To ja z takim się zetknąłem. Bo oni stacjonowali w sąsiedniej wsi, Raducz.
Front się przewalił - jak długo jeszcze był pan z rodziną w Starej Rawie?
    
Chodziłem do szkoły aż do skończenia roku szkolnego. Potem, w październiku, najpierw moi wujkowie i ciocia wrócili o Warszawy, znaleźli jakiś pokój (bo wtedy nie mówiło się "mieszkanie", tylko żeby pokój znaleźć) - co prawda to był duży pokój, bo miał chyba 25 metrów kwadratowych - i tam nas przewieźli. Ja pojechałem z ciocią pociągiem, a babunia z rzeczami, które się uzbierało w czasie tego prawie rocznego wypędzenia, została przewieziona do Warszawy wozem konnym, bo i tak musiałaby być dowieziona do kolei, potem znowu od kolei... A tak, to została przewieziona te 70 kilometrów wozem konnym. No i zaczęło się nasze życie w Warszawie, od października 1945 roku.
     Zacząłem chodzić do szkoły na ulicę Rakowiecką 23 (dzisiaj tam jest Urząd Dzielnicowy, w podwórzu, jeszcze jest ten budynek). Mieszkaliśmy na ulicy Wilczej i ja z ulicy Wilczej, z tego pokoju, codziennie szedłem na Rakowiecką 23 - i wcale wtedy mi się nie wydawało, że to jest ciężkie dzieciństwo...
Czyli w ocalałej kamienicy przy ulicy Wilczej udało się znaleźć pokój.
    
Udało się znaleźć pokój. Wujkowie zaczęli pracować, a ja z siostrą kontynuowaliśmy naukę w szkole na Rakowieckiej.
     Wojna dwa razy jakoś nam się w tej szkole napatoczyła. Wtedy jeszcze tramwaj nie chodził wzdłuż Rakowieckiej, a tu, gdzie teraz są budynki dawnej szkoły kadetów, był budynek wysunięty do osi jezdni - i tam było gruzowisko, dokładnie naprzeciwko Rakowieckiej 23. Idąc do szkoły natknęliśmy się na samochód osobowy, który na tę hałdę gruzów wjechał, i w kabinie - martwy kierowca. Poprzedniego dnia go nie było. W pobliżu stał żołnierz z bagnetem na karabinie - pilnował tego trupa w samochodzie. Oczywiście - ciągle jeszcze te nawyki okupacyjne - jeżeli się widziało taką sytuację, to mijało się obojętnie, skręcało do szkoły...
Lepiej było nie patrzeć...
    
Ale na przerwie wszyscy wylegli. I z półsłówek, z domysłów - że ten samochód przejeżdżał koło więzienia na Rakowieckiej (to wtedy nie była ulica przelotowa, więc rzeczywiście: skąd on się tam znalazł?), a tam wartownicy stali na zewnątrz, chcieli go zatrzymać, on widocznie się nie zatrzymał - zastrzelili go. I on jeszcze od więzienia dojechał naprzeciwko Rakowieckiej 23 i tutaj się zatrzymał.
     Parę dni później kolega wyciągnął pistolet i chwalił się nam, jakie to ma narzędzie. Wydawało się, że to jest takie proste, tylko, że dwa dni później jeden z kolegów nie przyszedł do szkoły. No i nie było go, jak sprawdzano listę - nieobecny. "A co?" "No, nieobecny..." "Aha." Przyszedł po dziesięciu dniach. Wdepnął do mieszkania, gdzie był kocioł. I przez dziesięć dni nie było go w szkole. Wychowawca nie pytał, dlaczego. I to był 1945 -1946 rok. Czyli ta wojna ciągle trwała.

 Wstecz...


Jerzy Ekner, Warszawa 1946, zbiory prywatne
Jerzy Ekner, Warszawa 1946, zbiory prywatne
Jerzy Ekner, Warszawa, 1942, zb. pryw
Jerzy Ekner, Warszawa, 1942, zb. pryw
Obrazek Chrystusa opiekującego się Jerzym Eknerem, Warszawa 1944
Obrazek Chrystusa opiekującego się Jerzym Eknerem, [...]
Świadectwo szkolne Jerzego Eknera 1944-45
Świadectwo szkolne Jerzego Eknera 1944-45
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten