Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiesława Kępińskiego


foto

     1 sierpnia, kiedy wybuchło Powstanie, byliśmy w domu. Drugiego prawdopodobnie już rodzice zobaczyli, co się dzieje - i do cerkwi. I jacyś ludzie z naszej kamienicy, i nawet teściowie mojego brata Władka, z ulicy Elekcyjnej, też się tam schowali, bo ludzie uważali, że pod skrzydłami Pana Boga i w cerkwi, to się nic nie stanie.
     To było po drugiej stronie naszej kamienicy. Tak, że można było w razie co polecieć do domu i wziąć, co było potrzebne; tak, jak kiedyś zrobiłem. Ale raptem dwa - trzy dni byliśmy w tej cerkwi, piątego nastąpiło to najstraszniejsze - wyprowadzenie i egzekucja.
     Z tego, co teraz człowiek i czyta, i dowiaduje się, piąty i szósty sierpnia to była rzeź Woli - dom po domu szli oprawcy i wyciągali ludzi, i mordowali. A nas wyciągnięto - tak mówi się potocznie: "wyciągnięto" - 5 sierpnia, to była sobota. A wiadomo, że w sobotę zawsze rodzice dokładnie dzieci myli, a to jakąś czystą koszulę założyć... Zupełnie, jakby to było przygotowanie się na śmierć - tak, żeby było czysto, schludnie... Czy to było rano, czy to było po obiedzie - to trudno mi powiedzieć, w każdym razie był 5 sierpnia, sobota, piękna pogoda, słoneczna... Od wyjścia z cerkwi na miejsce straceń, gdzie za bramą cmentarną, przy torach tramwajowych, był rów (teraz jest zasypany, żeby powiększyć chodnik), jest raptem 100 metrów. Może nawet mniej, bo ja policzyłem krokami... Ale w każdym razie do tego miejsca jest dokładnie 100 kroków.
     I co? I idziemy. To jest 60 osób - 61 osób ze mną - idzie. I to trwa dwie - trzy, pięć minut góra. I wszystkich ustawiają w tym rowie. I już jest przygotowany karabin maszynowy na torach tramwajowych, wojsko otoczyło nas takim czworobokiem, żeby nikt nie uciekł. Oczywiście ucieczka była możliwa tylko przez wał i przez ogrodzenie kolczaste na cmentarz prawosławny. Jedyna droga ucieczki. Po sześćdziesięciu latach też trudno mi jest o tym mówić... W każdym razie tak: zastanawiające jest dla mnie, że pamiętam doskonale prawie wszystkie te kroki, te zdarzenia, ale nie słyszę głosu - a przecież wiem, że matka, w takim jakby szale, rozpaczy powtarzała tak: "Zabiją nas, zabiją nas, zabiją nas". Ja tam się nawet starałem Niemca, który nas prowadził, prosić, żeby nas nie zabijał... Oczywiście nic może nie rozumiał, ale to nie miało żadnego znaczenia... Nawet go złapałem za rękaw...
     I szedłem ostatni. Z tego, co wiem. I to jest właśnie przypadek, jak to się mówi, jeden na milion. Ponieważ ten szereg osób szedł w jakimś porządku, więc pierwsze osoby poszły w stronę zachodnią, a ja byłem tuż przy ścieżce, która prowadziła na wał. Gdybym był pierwszy w tym szeregu, to uciekając musiałbym omijać skazańców, żeby wyjść na wolne miejsce i uciekać. Ale znalazłem się na końcu i miałem za sobą tylko niedużą góreczkę i to ogrodzenie z drutu kolczastego, to było kilka kroków. I tak, jakby wszystko było zapisane, że według tego scenariusza ma być tak to zagrane i urządzone, żeby się Wiesio uratował. Już jako dorosły myślałem, że zawdzięczam życie temu, który strzelił do mnie uciekającego, już tam, jak się znalazłem na wale; że mnie trafił. Na szczęście nie śmiertelnie, tylko ranił. Bo gdyby nie to, to ja bym już nie żył. Dlaczego? Dlatego, że w momencie, kiedy ta kula przeszła przez mój bok, ja się przewróciłem i stoczyłem się na drugą stronę wału i ten wał mnie zakrył... Z ulicy [Niemcy] nie widzieli czy ja żyję, czy nie żyję... No w każdym razie miałem dzięki temu czas na to, żeby odzyskać przytomność - bo też na pewno instynkt tak działa, że człowiek nie myśli nawet o tym, żeby za długo leżeć... Musiałem oprzytomnieć natychmiast, po kilkunastu sekundach. I miałem czas, żeby przedrzeć się przez te druty kolczaste, biec alejkami przez cmentarz w kierunku Koła (dzielnicy Koło), wzdłuż Redutowej, miałem czas żeby wejść do grobowca (taki otwarty grobowiec, kiedyś takie były - można było wejść do środka i policzyć trumny). I tam wszedłem, chwilę odpocząłem, ale jakoś mi się okropnie zrobiło przy tych trumnach, tak zimno i jak w horrorze. I wyszedłem, i znowu, coraz wolniej...  Z ulicy [Niemcy] nie widzieli czy ja żyję, czy nie żyję... No w każdym razie miałem dzięki temu czas na to, żeby odzyskać przytomność - bo też na pewno instynkt tak działa, że człowiek nie myśli nawet o tym, żeby za długo leżeć... Musiałem oprzytomnieć natychmiast, po kilkunastu sekundach. I miałem czas, żeby przedrzeć się przez te druty kolczaste, biec alejkami przez cmentarz w kierunku Koła (dzielnicy Koło), wzdłuż Redutowej, miałem czas żeby wejść do grobowca (taki otwarty grobowiec, kiedyś takie były - można było wejść do środka i policzyć trumny). I tam wszedłem, chwilę odpocząłem, ale jakoś mi się okropnie zrobiło przy tych trumnach, tak zimno i jak w horrorze. I wyszedłem, i znowu, coraz wolniej...
No tak, ale - biegłeś, a krwawiłeś, byłeś ranny przecież?
      
Tak, ale ja nie wiedziałem. Nie wiedziałem, że jestem ranny, wyobraź sobie!
     Z tego grobowca znowu jakieś kilkadziesiąt kroków. Na takiej polanie pod krzakiem, usiadłem czy uklęknąłem i zdjąłem bluzę - i dopiero zobaczyłem, że i spodnie sztywne już przy pasie od krwi, i ta bluza też. Wyrzuciłem ją, już nie zakładałem...
Bo Niemiec, który strzelał, trafił cię w plecy?
    
W plecy. To znaczy tak w bok, na szczęście; blisko kręgosłupa, ale po prawej stronie, skosem - widocznie z takiej skośnej odległości strzelał, nie na wprost. Bo to musiał z szeregów strzelać jakiś nadgorliwiec. I cały czas nie ma we mnie żadnego strachu - żebym w panice gdzieś biegł, oglądał się czy ktoś mnie goni - nic, spokojnie. Tak samo spokojnie wszedłem na to podwórko na Górczewskiej. W jakim celu? Wtedy nie zastanawiałem się, po co ja wchodzę do tych ludzi...
     To było pierwsze podwórko, tuż przy samym wale, przy cmentarzu, na końcu cmentarza prawosławnego. Były kiedyś takie domki z ogródkami, ludzie trzymali tam konie albo kury; a tamten dom istnieje do tej pory. Nie zastanawiałem się, po co ja właściwie wchodzę na to podwórko. Ale coś mną kierowało - że mam tam wejść. Może instynkt... I rzeczywiście - to wejście przydało się o tyle, że wyszła właścicielka, obmyła mi tą krew, obwiązała swoim fartuchem moje rany. Może też mi pokazała, żeby pójść w pole pomidorów - ale ja tego nie pamiętam. W każdym razie znalazłem się na polu pomidorów 200, może 150 metrów od tego domu. A jak pole pomidorów, to mają takie badyle - nawet się "badylarze" mówiło na tych, co mieli takie duże uprawy wokół na Woli. I dzięki temu, że te pomidory były uwiązane - bo to sierpień, więc już dojrzewały - i setki tych palików, to jak się położyłem na brzuchu, to mnie właściwie nawet z bliskiej odległości nie było widać. Już chyba nawet nie miałem siły, żeby daleko uciekać, ale też może podświadomie zdawałem sobie sprawę, że trzeba się ukryć, bo może będą mnie szukali - jak po jakimś czasie pójdą, zobaczą, że był i nie ma; powinien być, a nie ma.
     I rzeczywiście, tak się stało. Ja sobie odpoczywałem, leżałem... Jak długo? Na pewno niedługo. Kilkanaście minut, może więcej. I wreszcie rzeczywiście zjawili się - dwóch Niemców, żołnierzy, jaka formacja - nie wiem, i cywil. I stanęli na skraju tego pola pomidorów, rozglądali się, jeden z tych żołnierzy pokazywał ręką w moim kierunku, [ale mnie nie widział]. Jeszcze nie czułem żadnego strachu. Tym bardziej, że musiałem odrobinę unieść głowę i [spojrzeć] między tymi palikami, żeby ich zobaczyć, żebym mógł dzisiaj właśnie o tym opowiedzieć - bo rzeczywiście tak było, że mnie szukali. A na cmentarzu prawosławnym nie było trudno się schować. Gdzieś tam trochę dalej wejść i zamknąć te drzwiczki... Na pewno by im się nie chciało [szukać]. Ale myśleli, że może... A może w innym celu wyszli, nie wiem. W każdym razie to było dla mnie ostrzeżenie, żeby w dalszym ciągu uważać na siebie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten