Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiesława Kępińskiego


foto

Postanowiłeś wrócić do Warszawy?
    
Tak. I chyba to sam urządziłem. Sam wracałem. Teraz chłopiec dwunastoletni to nie wiem, czy by sobie tak radził, jak ja musiałem.
Pewnie nie... Ale co, siostra cię tak puściła? Czy uciekłeś?
    
Szwagier niestety na tę gruźlicę umarł i nas została trójka - więc prawdopodobnie jechałem z siostrą i z jej synem jakieś dwa - trzy lata młodszym ode mnie, może mniej, może więcej, chłopaczek no - dziesięć, może osiem lat.
     Są takie momenty, że zupełnie nic nie pamiętam. Pamiętam lokomotywę, która mnie wiozła i tego palacza, który walił węgiel do kotła... I [to] też jest zadziwiające, i jednocześnie jestem pełen podziwu dla mojej siostry... Bo to był towarowy pociąg, najlepiej było jechać przy ogniu, więc ona musiała dostać zezwolenie maszynisty, że nas dwoje będzie wiózł. Ale załatwiła, Henia wszystko potrafiła załatwić. Była dzielna, kochana, wspaniała. Tyle wyrzeczeń - zawsze do mnie mówiła "syneczku" - żeby swojego syna i mnie nakarmić, ubrać... Jeszcze w Stefanowie uszył mi krawiec na wsi palto - płaciła starymi krakowskimi pieniędzmi i tymi lubelskimi, bo już weszły lubelskie. I ludzie tak przyglądali się na te banknoty, no bo na diabła ten orzeł bez korony... Ale taka [Henia] była. Niejedna matka tak by nie potrafiła, jak ona. To była wspaniała kobieta.
     Wiosną czterdziestego piątego roku wróciłem do Warszawy i skierowałem swoje pierwsze kroki na Wolę. To bardzo dramatyczny moment. Gdzie myśmy wysiedli z pociągu? Nie dochodził przecież do żadnego centrum, tylko gdzieś we Włochach albo na Dworcu Zachodnim się zatrzymał i potem trzeba było iść na piechotę; ale to już nie była jakaś wielka trudność. Znalazłem się na Wolskiej, pamiętam, że gdzieś naprzeciwko fabryki Dobrolina, która istnieje do tej pory, i zacząłem iść w kierunku cerkwi. Najpierw wstąpiłem do kościoła św. Wawrzyńca, popatrzeć. Ale tam były ślady rozstrzeliwań - na ścianie przyklejony był kawałek czaszki z włosami, oderwać nie można było, tak przysechł. A potem się okazało, że księdza proboszcza zastrzelili przy ołtarzu. Z trudem, ociągając się, ze strachem, obawą, szedłem w kierunku miejsca straceń, tam do tego rowu... Nie wiem, czego się bałem. Że może jeszcze trupy zastanę, czy - dowiem się naprawdę, że oni zginęli? Bo ja cały czas nie wierzyłem. [Myślałem,] że może to nie było prawdą, że zostali zabici, że może to było tylko tak na pokaz, że może ich wypuścili... Nie docierało, że oni nie żyją. Dopiero jak wszedłem do tego rowu, to jest tuż przy bramie cmentarnej, [i] znalazłem książkę kasy chorych. Wtedy jeszcze były na ostatniej stronie zdjęcia rodziców... A ponieważ ta książeczka przeleżała od sierpnia do kwietnia, czyli jesień, zimę i wiosnę, więc i zamokła - tak, że jak wyschła, to się te zdjęcia rozsypały w proch i nie ma śladu. Jako najtragiczniejsza i największa pamiątka została mi książeczka kasy chorych, gdzie były zapisywane zarobki mojego ojca, który pracował między innymi też na cmentarzu prawosławnym - i tam data, i stempelek, i podpis popa, ile zarobił... Przejmujące jest to, że róg tej książeczki jest wyrwany kulą. Czyli, że - jeśli ojciec miał ją w marynarce, w kieszeni - to seria musiała przelecieć mu po piersiach. Można się domyśleć, dlaczego ta książeczka się znalazła i leżała jakby czekała na mnie, [jakby czekała,] że przyjdzie odpowiednia osoba i ją weźmie: albo jak noszono trupy na cmentarz, żeby tam spalić, to wyleciała z kieszeni, albo - ludzie, którzy nosili, to byli Polacy - może ktoś wyciągnął i rzucił, żeby ślad był... I ona czekała na mnie, a przecież była widoczna - czarna, takiego formatu jak to książeczka ubezpieczalni. Jakby czekała na mnie, że to będzie dla mnie pamiątka i świadectwo tego, że oni tu zginęli... I mam ją do dzisiaj. Chciałem nawet oddać do Muzeum Powstania, ale dzieci mi zabroniły. To ma być dla nas pamiątka rodzinna. I nic więcej nie zostało - nawet zdjęć rodziców nie mam, nic. Jak oni wyglądali - to mi się tylko wydaje, że pamiętam, a to wszystko jest nieprawda...
     Ten tragiczny dokument, który mam do dzisiaj, robi wstrząsające wrażenie na ludziach. Bo to wyobrazić sobie, że kula przeszła wyrywając w strzępy róg tej książeczki i potem przez ciało mojego ojca... Drugiej takiej pamiątki chyba nie ma w Polsce ani na świecie.
Przecież mieszkaliście obok. Czy cokolwiek zostało z tego domu?
    
Nic. Zarwane, cała kamienica spalona i stropy zawalone aż do naszej sutereny. Z gruzu wystawało żelazne łóżko - kiedyś były takie żelazne łóżka, jak w wojsku - i to sterczało...
Byłeś sierotą i byłeś bezdomny.
    
Przypuszczam, że Henia już szukała czegoś... Miała na Pradze znajomych. I myśmy tam troszkę [mieszkali] u tych znajomych... Kamienica taka przedwojenna, ale już nowocześniejsza, gdzie były weneckie okna, na Tarchomińskiej... na Pradze [prawie] wszystko ocalało... Dobrze się tym ludziom wiodło, było co jeść... A potem nagle Henia bierze mnie - i chyba swego syna Miecia, bo przecież on cały czas z nami [był] - dryndą, czyli dorożką, z Pragi, przez most pontonowy, taki, co się gibał. I też to było trochę ze strachem, bo tylko w jednym kierunku mogło się dziać - najpierw z Pragi do Warszawy, potem stop, z Warszawy na Pragę; nie można było minąć się, taki wąski był ten most. W każdym razie pojechaliśmy dorożką gdzieś na Wolę. Pamiętam, że pierwsze zamieszkanie było na rogu Bema i Wolskiej, na pierwszym albo na drugim piętrze...
Jednak ciągnęło was na tę Wolę mimo wszystko?
    
Bo to tak, jakby tam miało coś dla nas być, bo my stąd jesteśmy, z tej Woli. I Henia zajęła na rogu Bema i Wolskiej - jeszcze po wojnie stała ta kamienica - pokój, bez wygód, bez okien, bez drzwi, bez podłogi, bo to wszystko zostało wypalone. Pozakrywała okna kocami czy czymś, ale szła zima, nie da rady - trzeba by było palić bez przerwy w jakiejś kozie i siedzieć przy niej blisko, żeby nie zamarznąć. Ale za jakiś czas znowu zmiana. Naprzeciwko tego pokoju zajmujemy mniejszy, ale już z oknami i z drzwiami. Prawdopodobnie myśmy tam chwilę pobyli - to znaczy kilka dni - a tu się coś robiło, żeby była kuchnia węglowa, żeby już można było żyć. Nieustanne przeprowadzki. Ale potem było  coraz lepiej. I w tym pokoiku - tym mniejszym, on miał ze 16 metrów - był [najpierw] tylko zlew i kuchnia, potem już nawet światło było, i prąd. A moja siostra, zaradna, zaraz skombinowała jakąś budę drewnianą, gdzie można było wejść, dojść do bufetu, poprosić setkę wódki i kawałek gorącej zwyczajnej kiełbasy - i tam tym handlowała. To znaczy - to było nielegalnie, [oficjalnie] handlowała jakimiś drobiazgami, ale podstawowy produkt w wyżywieniu to była kiełbasa zwyczajna; a ponieważ tam było dużo ludzi z Woli, robotników, przychodzili tacy różni, żeby sobie golnąć setę i zjeść kawałek kiełbasy. Podziwiam tę zaradność, że ona wszystko jedno, co - żeby tylko zarobić... Ale mieliśmy taką chwilę, kiedy Henia przyniosła jakiś bochen twardego, zeschniętego chleba. Dobrze, że był piekarnik - pokropiła [ten chleb] wodą, włożyła do piekarnika, on tam spuchł, zrobił się miękki - można było go zjeść. Tak, że nawet takie momenty były, że jadło się stary, twardy chleb, w ten sposób odświeżony. A ta kiełbasa to mi się dała we znaki, bo Henia nie miała czasu na jakieś obiadki, a najłatwiej było kiełbasę, więc tak: na śniadanie kawałek chleba, kawałek kiełbachy, czymś popić, [i na] obiad, i na kolację. To ja już potem nie mogłem patrzeć na tę [kiełbasę]. Do tej pory nie mogę; na gorąco - to takie było mdłe, obrzydliwość. No - ale było.
     Jeszcze przed tym mieszkaniem na Woli, Henia zajęła na Wiejskiej - w pięknym przedwojennym gmachu, gdzie w tej chwili jest "Czytelnik" - piękne mieszkanie. Pokój z kuchnią, gdzie było wszystko - meble, pościel, gary; było  niespalone, [a] ktoś nie wrócił do tego mieszkania. Ale długośmy się nie nacieszyli, bo zaraz nas eksmitowali. Bo urzędy, które nie miały gdzie się pomieścić - tak jak w hotelu "Polonia" były urzędy, ambasady. Musieliśmy tę kamienicę opuścić. Zabraliśmy z Wiejskiej wszystko, co się dało - meble, żyrandol, pościel... Uważaliśmy, że to nasze. Kto tam dochodził... I potem było to w tym pokoiku, gdzie już były drzwi wstawione i okno -od razu był żyrandol, łóżka, krzesła.
     Pamiętam, że po wodę, jak te parę dni mieszkaliśmy na Wiejskiej, to chodziłem z wiadrem na Plac Trzech Krzyży, bo tam była studnia. Tak się robiło, żeby trochę wody zdobyć.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten