Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiesława Kępińskiego


foto

     Jesteśmy na Woli, to już jest czterdziesty piąty. Latem wyjechałem do wujka Tarnowskiego pod Połczyn Zdrój, gdzie on zajął poniemieckie gospodarstwo rolne, bardzo zamożne, z domem dla jaśniepaństwa, z domem dla robotników; i całe te obory, stodoły i stajnie... On to zajął z żywym inwentarzem - z krowami, z końmi, z kurami. Jeszcze ci gospodarze, tacy staruszkowie, tam sobie siedzieli, dopóki mogli... Lato było już, tak. Pamiętam, że jak żeśmy tam trafili, było bardzo cieplutko, bardzo fajnie, ryby w stawie pływały, karpie duże. I było co jeść, i masła grubiej niż chleba się kładło, zupka była podawana w wazie i w ogóle było luksusowo, jak w pałacu - tak mi się wydawało oczywiście. To [było potrzebne, żeby nabrać ciała], bo przecież wyobrażasz sobie, jak ja mizernie musiałem wyglądać. I myśmy tam pojechali - córka wujka Tarnowskiego (wujek Tarnowski to rodzony brat mojej matki), w moim wieku chyba była, i ja - żeby u tego wujka odżywić się, nic nie robić, nie uczyć się... Ale [przede wszystkim -] najeść się wszystkiego. Najdłuższe wakacje...
     Pamiętam, że zastało mnie tam Boże Narodzenie. Jak to u Niemców - na każdej wsi musiała być gospoda ludowa, ze scenką, gdzie orkiestra stała i można sobie było potańczyć. Ale była też taka duża teatralna sala, niedaleko naszej wioski, i tam Polacy, którzy byli robotnikami w tych gospodarstwach - pod Połczynem Zdrój było masę gospodarstw niemieckich, wspaniałych zresztą - urządzili sobie Wigilię i Święta. Takie wspólne - była choinka, stoły zastawione, radość z wolności, radość z tego, że zaraz wrócę do domu... Większość warszawiaków. Miałem pierwszy w życiu występ przed publicznością, ponieważ znałem na pamięć jedną z najbardziej uwielbianych i wzruszających piosenek: Piosenkę o mojej Warszawie (to była taka wersja dla mężczyzny i wersja dla dziewczyny). I wypchnęli mnie na tę scenę, ja przerażony - ale jakoś zaśpiewałem wszystkie zwrotki, od początku do końca. Oklaski były niesamowite, bo to było wzruszające; potem Fogg śpiewał, potem ta piosenka była zakazana, bo to się kojarzyło z Powstaniem, z akowcami... "Warszawo ty moja, Warszawo, dziewiątką pojechać w Aleje..." - i tak dalej.
     Mój wujek, "hrabia Tarnowski" zwany na Woli, on był brukarzem, nie żadnym rolnikiem - wobec tego wszystko, co było w tym gospodarstwie, zamienił na gąsiory z wódą. Końmi, furmanką przywozili te gąsiory, stawiał sobie przy łóżku i popijał, popijał, aż przepił wszystko - to znaczy: konie, krowy i co tam jeszcze było. W międzyczasie ci właściciele Niemcy, małżeństwo, zostali wysiedleni, ktoś z Warszawy przyjeżdżał, jakiś brat cioteczny, ktoś tam jeszcze, dorywali się do jedzenia... To była jakby stacja przesiadkowa, z tego gorszego na lepsze - żeby trochę odetchnąć, nabrać ciała, nabrać siły, zabawić się, wypić, zatańczyć... Ja nie piłem oczywiście, ale wujek... Pojechaliśmy kiedyś po zakupy - była zima, śnieg. Dojechaliśmy do sklepu - ja pilnowałem koni, a wujek poszedł kupować. Coś kupował, ale przede wszystkim gąsior - ileś tam litrów wódy, taki gąsior w plecionym koszu. Ale już tam sobie golnął, więc był nie bardzo mocno na nogach. Zrobiło się ciemno, do wioski daleko, ja nie wiem, jak się tam jedzie, ale wujek lejce o kłonicę zawiązał i koń sobie poszedł! Trafił, jeszcze zarżał na podwórku, ucieszony, że zaraz będzie przy korycie.
Długo byłeś u tego wujka?
    
Długo. Od lata, przez zimę, bo wiesz, jednak tam wszystko było, a po co wracać na zimę -  to trzeba być szaleńcem - do Warszawy?
A jak to się w ogóle stało, że wuj tam był w Połczynie?
    
Bo wujek był wywieziony, na roboty przymusowe. I jak Niemców przepędzili to dostał tam gospodarstwo poniemieckie i tam został. "To teraz jest moje, kurczę, ja sobie odbiję to wszystko!" No i tak zrobił. Ktoś skorzystał, te konie się nie zmarnowały na pewno... Ale przyszła wiosna i trzeba było już się pomału zwijać, dlatego, że w gospodarstwie zaczęło być coraz mniej wszystkiego. I pieniędzy, [i] nie było komu robić, rąbać drzewa czy doglądać krów. Wracamy z Leokadią, córką wujka, moją siostrą cioteczną, do Warszawy, to jest wiosną czterdziestego szóstego, jaki miesiąc nie wiem. No i do Heni. Do Heni, bo już miałem gdzie wracać. Na Bema.
     Siostra była cały czas na na Woli w tym pokoiku właśnie, tym malutkim, 16 metrów.  Tam się trochę człowiek poobijał, poobijał, bo nie bardzo było w tym pokoiku co robić, bo to dwa łóżka, jeden stół i dwa krzesła, ciasno... I co - usiądziesz i co masz?
A w tym czasie nie chodziłeś nigdzie do szkoły? Jak to wyglądało?
    
Nie chodziłem do szkoły, nie wiem właśnie, dlaczego. Bo miałem szkołę na Bema zaraz tuż, tuż.. Nie dopilnowane było. A może i chodziłem... Krótko, bo krótko...
     Potem przyszło lato, czterdziesty szósty, mój brat cioteczny wziął mnie i pojechaliśmy na roboty, ale już w Polsce. Za Siedlcami wysiedliśmy z pociągu, i wypatrywaliśmy jakieś gospodarstwa, które się na oko wydawały zamożniejsze. Ja pracowałem u gospodarzy do jesieni. I robiłem wszystko - byłem za parobka. Ale miałem jedzenie, miałem gdzie spać... I znowu, żeby przetrwać, żeby tylko nie głodować. Bo głód jest największym strachem. Przyjechała siostra na jesieni, gospodarze trochę nam dali na zapas, jakieś jedzeniowe produkty, i wróciliśmy do Warszawy. Przyjechała po mnie, bo i trzeba było coś dźwigać, i bała się - bo w międzyczasie ten mój brat cioteczny, trochę widocznie nieodpowiedzialny (był starszy ode mnie), rzucił wszystko i bez uprzedzenia mnie uciekł. Pojechał i zostawił mnie samego. Nie wiem, co mu odbiło. Nieodpowiedzialny człowiek. Ale siostra mnie zabrała, wiedziała gdzie [byłem], bo przecież ja chyba pisałem, czy może gospodarze pisali... Wracam na tę Wolę, a w mieszkaniu jest już następny mąż siostry, i jest nas czworo - i dwa łóżka, takie żelazne, wąskie. Strasznie prymitywnie, ciasno, zlew z zimną wodą, ubikacja w piwnicy, taka, ach, aż strach wejść... I idzie zima. Ten czterdziesty szósty na siódmy. Wiadomo, że będzie ciężka, tak jak wszystkie te zimy, okupacyjne i potem. I znowu wieje...
Nikt z dorosłych nie miał pomysłu na twoje życie?
      
Nikt. Zresztą moja siostra - ona miała bardzo dobry sposób na życie, mówi: "Wiesiu, aby dzisiaj. Jutro, jak Bóg da". I tak było. Ale tak się stało, że Bóg coś wreszcie urządził, coś nakierował, żeby skończyć z takim życiem.
     Do Heni przychodzili kupić wódkę - jak już tej budy nie miała, bo zlikwidowali jej, to w domu handlowała. To przychodzili, ale kto brał, zapłacił, albo [przynosił] coś kradzionego, zamiast pieniędzy. Takie czasy były, nikt się nie zastanawiał, nie przejmował tym, czy to kradzione, czy nie. Chciał wódki, to zostawiał aparat fotograficzny albo zegarek - aby wódkę mieć. Pewnie, że lepiej było dostać pieniądze, no bo co z aparatem - to trzeba było znowu gdzieś sprzedać.
     [Ale] oprócz tych pijaczków przychodził taki pan, którego określam "jeden z przytomnych" - na Woli  "przytomny" to nie znaczy taki, co [nie] stracił przytomności, tylko, że logicznie i rozsądnie myśli. I któregoś dnia usiedliśmy, i on mi zaczął dyktować, też tak nie bardzo składnie, ale na tyle, żeby zrozumieć, o co chodzi. A ja pisałem. Pisałem kulfonami. I wysłaliśmy list do "Expressu Wieczornego", była tam taka rubryka "Przyjaciel". List z prośbą o pomoc, o radę, co mam dalej robić, bo tutaj życia nie ma, nie wiadomo jak się uczyć... I tak dalej, i tak dalej. I ten list został wysłany do "Expressu Wieczornego", był tam taki dział. Pamiętam rysunek, taka dłoń wyciągnięta - przyjaciel, który chce ci pomóc. Tę rubrykę prowadziła Karolina Beylin. Przeurocza, bardzo miła pani. Że to Karolina Beylin, to dowiedziałem się oczywiście potem... Więc jest przełom czterdzieści sześć - czterdzieści siedem, siedzimy w domu, pod kuchnią się pali... Do szkoły nie chodzę, bo za zimno... A może nie było w czym? Nie wiem. To jest ta sama sytuacja, co przed wojną, że nie wychodzi się na dwór zimą, bo nie ma butów. Albo nie było nawet na książki? Nie wiem. Ale to nie był stracony czas. Siedzimy, siedzimy, nagle dzwonek czy pukanie do drzwi, wchodzi chłopak, nieźle ubrany. Okazało się, że to goniec z "Expressu Wieczornego". Nie wiem czy zostawił jakieś pismo, czy tylko Heni powiedział, że umawia nas do redakcji w Alejach Jerozolimskich niedaleko Placu Zawiszy, do pani Karoliny. Na drugi dzień, czy za dwa dni, jedziemy do redakcji, ja z Henią... Henia rozmawia z panią Karoliną Beylin, ja grzecznie sobie stoję i nawet nie słucham, bo wiem, że Henia wszystko dobrze załatwi. I one ustalają, pani Karolina Beylin mówi, że przyszły listy z Wałbrzycha, z jakichś miejscowości... Że pewne rodziny chciałyby mnie, "ale radziłabym pani, żeby Wiesio zgodził się i pani" - tak w tej chwili improwizuję - "na Podkowę Leśną, Stawisko, u państwa Iwaszkiewiczów, których znam osobiście. Jest to wspaniały dom, wspaniała rodzina, niedaleko Warszawy..." i tak dalej. Henia chyba niewiele się namyślała, bo nawet sobie żeśmy nie wyobrażali, że to aż taki dom. Ale przedtem było, też umówione przez Karolinę Beylin i Henię, spotkanie z Jarosławem Iwaszkiewiczem w Teatrze Polskim, na Karasia.
A wiedziałeś w ogóle wtedy, kto to jest Jarosław Iwaszkiewicz?
    
Nie. A skąd! A Podkowa Leśna!? Boże, człowiek żył w Warszawie, i nie widział nic. Nie wiedziałem, co to góry, co to morze, Podkowa Leśna... Nic absolutnie. Do takiej orientacji to za wcześnie jeszcze było. I jesteśmy umówieni. Karolina Beylin daje namiar, Teatr Polski, że tam pan Iwaszkiewicz pracuje, że przez portiernię - która istnieje do dzisiaj - tam dochodzi do spotkania. Wielki gabinet, siedzi pan, bardzo poważny, wysoki. Wstał, przywitał się, rozmawiali, rozmawiali, znowu nic z tego nie pamiętam... Wręczył Heni 100 złotych, żebyśmy mieli parę groszy na te 2-3 dni. I siostra umówiła nas, że tego i tego dnia jedziemy do Podkowy Leśnej.
     Była to niedziela, wysiedliśmy z kolejki EKD w Podkowie Zachodniej, bo to wszystko wiedzieliśmy, i zaczęliśmy iść w kierunku Stawiska. Jezdnia była jeszcze nieasfaltowa, ale [i] tak bardzo egzotycznie dla nas, takie wille wspaniałe... Pytamy się po drodze czy na Stawisko dobrze idziemy. "A tak, to proszę, tutaj brama i tak skosem." Dochodzimy do Stawiska - jakiś wielki wspaniały dwupiętrowy dom, kolumny, ganek... Ja mówię: "Heniu, to chyba nie tutaj, to niemożliwe, to jest za wspaniałe miejsce". No i poszliśmy dalej. A tam była ścieżynka. Dochodzimy - parkan. Bo to było już ogrodzenie Stawiska. Doszliśmy do parkanu, patrzymy na drugą stronę uliczki, a tam jeszcze wspanialszy pałac. To były dwa pałace Wertensteinów. Nie, to trzeba się wrócić, po prostu zadzwonić, zapytać się. No i wróciliśmy, ja zadzwoniłem, zaszczekał pies, ktoś otworzył nam drzwi. Wchodzimy do holu, głównym wejściem, tam nagle ktoś takie suwane drzwi od stołowego zamyka, żeby nie robić zamieszania, bo odbywało się właśnie urodzinowe przyjęcie gospodarza. On się urodził 20 lutego, a ponieważ urodziny wypadały w dzień powszedni, przełożono na niedzielę i to wypadło 23 lutego; mam to zapisane w swoim notatniku. I 23 lutego - za kilkanaście dni minie sześćdziesiąt lat, jak tam przyjechałem...
I zaczęło się dla ciebie nowe życie...
    
Każdy wiek ma swoją dobrą stronę, ja mam pewne refleksje, dosyć nawet niegłupie - że ta jazda kolejką 45 minut, to było jak olbrzymi skok - z Woli w inny świat, jakby jakiś cud, jakieś nie wiadomo co. Albo takie skojarzenie, że pierwsza książka... Bo pan Jarosław mi podsuwał książki...
A właśnie, jak tam zostałeś przyjęty, jak to wyglądało?
    
Otworzył nam - też potem się dowiedziałem - pan Józef Zakrzewski, który tam mieszkał. Pochodził z Konina, kształcił się w Warszawie i jednocześnie - żeby mieć wikt i opierunek, i dach nad głową, to - a był niegłupi, miał jakąś szkołę, liceum czy coś -sekretarzył, przepisywał rękopis Sławy i chwały... Ja nawet, jak się spotykamy teraz, to do niego mówię "mój ty pierwszy sekretarzu"; to kojarzy się z pierwszym sekretarzem...
     Na początku otworzył nam drzwi i wprowadził Henię i mnie do gabinetu, żeby tam spokojnie poczekać, bo ta masa gości musiała wyjść... A dymu od papierosów! I pan Józef zaraz przyniósł nam (to była pora obiadu) obiad tam do gabinetu, i myśmy zjedli obiad, już normalny, przy takim okrągłym antycznym stoliku, który do tej pory istnieje. Po jakimś czasie [pan Józef] zaprowadził mnie i Henię na drugie piętro, na poddasze, gdzie były dwa, trzy czy cztery pokoje, bardzo zabawne, z takimi ściętymi sufitami. W największym pokoju mieszkał pan Józef i - żebym ja miał takiego młodego opiekuna, jak brata (on nawet określał to "starszy brat", był dla mnie starszym bratem) - to [właśnie] tam przygotowane dla mnie było łóżko i biurko. On miał swoje, ja miałem swoje, łazienka obok. I tam sobie mieszkaliśmy jakiś czas.
A kto ci uświadomił, że trafiłeś do domu wielkiego pisarza? Bo przyjechałeś tam, a właściwie nie wiedziałeś dobrze, dokąd jedziesz...
    
Musiała mi Henia powiedzieć. Przecież ona wiedziała, że jedzie do Jarosława - pisarza. Jarosław w Teatrze Polskim był kierownikiem literackim i to niewiele mówiło, ale musiała wiedzieć i ja musiałem to usłyszeć. Byłoby nawet bardzo głupio, że mam tam mieszkać i nie wiem, jak się nazywają ci ludzie. Wiedziałem, że to jest pani Anna, że to jest Teresa - już na drugi dzień. Potem mi się wydawało, że to jest takie strasznie zajmujące mnie przejście, denerwujące, no - nie wiadomo, co z sobą zrobić. Inny świat! Gdzie mam się podziać - czy mam usiąść, czy mam stać i co mam dalej robić? To nie jest tak, jak [kiedy] sobie wracasz do swojego mieszkania, wieszasz [ubranie], myjesz ręce, kładziesz się albo siadasz - wiesz, co robisz.
     Ale chcę wrócić do tego momentu, jak pan Józef nas prowadzi na górę. Widzę jakieś obrazki, cieplutko, w piecach się paliło wtedy węglem... Henia tam jeszcze chwilę pobyła, tak na stojąco, bo się robiło ciemno, więc ona spieszyła się, żeby po ciemku do kolejki nie iść samemu. Pożegnała się... I poszła. A ja się rozpłakałem. Bo to było takie, ja wiem... [Wiedziałem, że] będę miał dobrze, będę miał szkołę, będę miał wszystko, co zamarzę... Jak pan Radosław Romaniuk, doktor polonista, pisze, że dla niego jest miłe, że ja o tej Woli, która właściwie nic mi nie dała - dzieciństwo byle jakie: aby nie był człowiek głodny (chociaż byłem szczęśliwy); okupacja: jeszcze gorzej - [że ja mimo to] wspominam tę Wolę, jak coś kochanego, dobrego, miłego. Miałem rodzinę... Myślę, że dlatego się rozpłakałem. Ale to krótko trwało, bo to były i trochę nerwy, i trochę żal... Przecież mogłem sobie powiedzieć - będę chciał, to wsiądę w kolejkę i pojadę. [Ale] to nie tak łatwo.
     Pierwsza kolacja - o Boże, jaki człowiek przeżywał stres... Wielki stół, wspaniałe obrazy, fortepian, żyrandol, gdańska szafa, pełno pokoi, hol... I posadzono mnie na honorowym miejscu, a tu siedziała rodzina - dwie córki, pani Anna, Jarosław, ktoś jeszcze, nie pamiętam... Półmrok... Nie bardzo wiedziałem, jak się posługiwać sztućcami, ale byłem cwaniak z Woli, powiedziałem sobie "duchu" i patrzyłem. Zanim wziąłem do ręki, to patrzyłem, w którym ręku [oni trzymają]. Ale uczyłem się nawet tego - jak trzymać widelec i nóż. Nie podpierać się łokciem, nie siorbać... Wszystko to musiałem powiedzieć sobie i już to robić. [A jak] łamałem język! Na przykład - śmieli się ze mnie, ja też się śmiałem - mówiłem "siroda", akcent zupełnie nie w tym miejscu: "siroda". Strasznie kaleczyłem język. Ale to była nie moja wina, tylko Woli.
Nie miałeś za sobą edukacji...
    
Żadnej. Poszedłem do szkoły do Podkowy Głównej. Chyba do piątej klasy od razu. Byłem już za stary na to, żeby zaczynać od pierwszej klasy - jak ja bym wyglądał? Nie było mi łatwo nawet z nauką, bo ja musiałem nadrabiać zaległości. W ogóle pojęcia o niczym. Tylko tyle, że umiałem czytać i pisać - to wszystko. I zaczęła się najmilsza w życiu człowieka rzecz - kiedy połykasz książki. U mnie książka nie jedna [leżała] na szafce nocnej, ale przynajmniej cztery, bo niemal na raz czytałem, taki byłem zachłanny... Tak, jak człowiek [który jest] spragniony wody, a nie ma gdzie ją dostać. To samo z książkami. Czytałem i czytałem, to było dla mnie tak piękne, przejmujące... I ta pierwsza książka, to była Cudowna podróż. Ta opowieść jest z innego kraju, ale piękna. I też takie skojarzenie, że ta jazda kolejką na Stawisko, 23 lutego, to tak jakby cudowna podróż - oczywiście krótka, ale też ma takie znaczenie symboliczne: że to jest taka podróż, która okazała się dla mnie przełomowa, cudowna to może za dużo powiedziane - ale [okazała się] cudem. I rzeczywiście cudem, bo - co tu dużo gadać - wszystko, co nagrywamy: to, że się znajduję na tym miejscu egzekucji, to, że zostaję ranny, to, że te pomidory - to wszystko jest zapisane jakby w scenariuszu do filmu, że [ma być] tak, żeby główny bohater uciekał, uciekał, ale żył; żeby go już nic [złego] nie spotkało.
Ale poza edukacją w szkole odbierałeś edukację przede wszystkim od państwa Iwaszkiewiczów. Jak to wyglądało?
    
Była bardzo delikatna, umiejętna... Ponieważ byłem uważnym obserwatorem, to i obserwując też się uczyłem, ale jednocześnie toczyły się rozmowy - o muzyce, o literaturze rosyjskiej... To wszystko wpadało - nazwiska, tytuły, kompozycje, Chopin, Beethoven, pierwsze nazwiska, których nigdy wcześniej nie mogłem usłyszeć! Bo od kogo? Jak? Jeśli chodzi o edukację, to mam umiejętność słuchania i obserwowania... Żałuję tylko, że z pamięcią było gorzej, nie byłem w stanie wszystkiego sobie przyswoić i zapamiętać, to nie jest takie łatwe.
     Ale na przykład kiedyś - jest lato, piękna pogoda, wieczór. Wychodzimy z panią Anną Iwaszkiewicz przed dom, lipowa aleja, wspaniała, potem świerkowa, sad, drzewa, bzy, sierpień... Wyszliśmy z dala od domu, żeby światło nam nie przeszkadzało i pokazywała mi niebo, i wszystko, co wiedziała. Że to jest Wielka Niedźwiedzica, że to jest Gwiazda Polarna, że to jest Orion... Nie musiałem tego czytać, ja dostałem to jakby na tacy.
     Nie było dnia, żeby człowiek się czegoś nie dowiadywał. Albo przeróżne wieczorne dyskusje - o jakimś pisarzu polskim, o Ważyku, że napisał to i to, że Poemat dla dorosłych Ważyka: że to jakieś świństwo, że antypolskie... Albo mnie to nie interesowało, albo nie obchodziło, albo nudziło - ale [jednak] nie było obojętne, bo zostało. Ja mogę nawet teraz wymienić nazwiska.
     Wszystko było dla mnie odkryciem, każdy dzień, każdy moment, każde zdarzenie. Kiedyś zadałem pytanie - czy samobójstwo to jest odwaga, czy tchórzostwo? (Ponieważ gdzieś widziałem, [jak] dziewczyna skoczyła z Poniatowskiego - już po wojnie, akurat z córeczką szedłem i zerknąłem na dół.) No i zaczęła się dyskusja. To znaczy ja zadałem pytanie, a pan Jarosław mi próbował odpowiedzieć [i] wytłumaczyć, że samobójstwo jest tchórzostwem. I teraz też się zastanawiam - czy on to dlatego powiedział, żeby mi dać wiarę w życie i żebym nie próbował kiedyś popełnić tchórzostwo. Ale wydaje mi się, że to rzeczywiście jest tchórzostwo - nie danie sobie rady z tym, co na człowieku ciąży. To musi być potworne obciążenie psychiczne - że już nie mogę, już mam dosyć...
A kiedy poczułeś, że Jarosław Iwaszkiewicz jest dla ciebie nowym ojcem? Bo musiał przyjść taki moment. Na początku przyjechałeś do obcych ludzi; wiedziałeś, że będą ci życzliwi, że zapewnią ci dach nad głową, że będziesz miał co jeść, że będziesz miał zapewnioną edukację i najlepsze warunki... Ale kiedy pojawiła się więź rodzinna?
    
Dosyć późno. Jak już byłem pełnoletni i wybierałem się do wojska... Bo długi czas się [do państwa Iwaszkiewiczów] zwracałem per "pan" i per "pani". Tak samo do córek: "pani Teresa".
Czyli jako nastolatek nie czułeś się ich synem?
    
Nie. Ja nawet podkreślałem to, że ja jestem z Woli. Przychodziła mi taka myśl: [gdyby pan Jarosław chciał] mnie usynowić - to jak ja się mam zachować? Powiedziałem sobie, że nie zmienię nazwiska. Moja więź z rodziną i z Wolą jest bardzo silna. Ale nie przeszkodziła mi stać się mimo wszystko innym człowiekiem, co tu dużo gadać. Nadającym się do współżycia. Ta więź rodzinna [z Iwaszkiewiczami], ona właściwie nigdy nie była pełna, [bo] to jest bardzo trudne, właściwie nie do przejścia, no, co nagle - nie będę chodził i mówił "tata" albo "mama", mowy nie ma! Tamci byli. Mowy nie ma.
     Oswoiłem się [dopiero] już jako dorosły, kiedy już robiłem, co chciałem, jeździłem po szkole z powrotem do Warszawy na five o'clock'i, miałem pieniądze, miałem fajne dziewczyny. Ale najbliżej mi się żyło z Teresą. Ona długi czas była niezamężna i mieszkała na Stawisku, Marysia już była zamężna, więc miała swoje życie. Z ciocią Hanią, panią Anną, było gorzej - bardzo mnie szanowała i kochała, ale ona miała swój świat: świat Boga i religii, i Kościoła. To była osoba prawie święta, delikatna, nawet nie umiała jajek na miękko ugotować czy na twardo. W ogóle [się takimi rzeczami] nie interesowała, nie umiała, nie chciała. Ale umysł był i znakomita tłumaczka francuskiego... Miała swój świat, a poza tym wiedziała, że wszystko jest - kucharka, która mnie nakarmi, kobieta, która sprzątnie i druga, która upierze i uprasuje koszule i mi przyniesie. Zresztą o swoje córki też nie bardzo musiała [się troszczyć], bo miały wszystko, co trzeba. Chociaż - to jest za mało. Tak samo, jak dla córek było za mało, że matka jest taka w innym świecie. Dla mnie też było za mało, ubolewałem nad tym (to tobie mówię) i miałem za złe, i miałem ukryty żal, że pani Anna nie jest taka matka, jak ja bym chciał - jak moja matka czy inne matki: że weźmie cię na kolana czy przytuli, czy zapyta się... I miałem o to żal. Było na dystans. Ale co z tego? Bo była wielka serdeczność. Pamiętam [jak] kiedyś Jarosław wracał z zagranicy samolotem w dniu moich imienin i przyjechał samochodem z lotniska, na Foksal, [gdzie mieszkałem,] kiedy już byłem żonaty. Pani Anna przyjeżdżała na moje imieniny z Podkowy Leśnej. Wcale nie musiała, mogła zadzwonić. Był mi okazywany wielki szacunek, sympatia, no miłość, to może byłoby za dużo powiedziane, ale staram się być delikatny, nie przesadzać w niczym.
Czułeś, że cię tam szybko zaakceptowali i że cię polubili?
    
Właśnie, to. Nie było nachalstwa - "Wiesiu, może to, może tamto". Książkę? Jarosław wiedział, jaką książkę, bo ja bym nie wiedział, jaką wziąć - tam tysiące książek... On wiedział: ten wiek - taka książka, ta, ta, następna. Już na drugi czy trzeci dzień, już sobie mieszkam, książki czytam, już coraz lepiej się czuję, a wszyscy tak się zachowują jak ja bym tutaj od wieków był. Nikt nachalnie na ciebie nie patrzy, nie sprawdza, nie robi ci uwag, nie ma to, że uwagi jakieś publicznie... Kultura i kultura - przede wszystkim.
     Janka Nowicka przynosi mi  miseczkę konfitur swojej roboty... A Stach Włodek - jedziemy do Grodziska po zakupy... Jestem angażowany, i bardzo to lubię. Angażowany - nie to, że muszę, tylko: "Jak chcesz Wiesiu, to jedź ze mną, ja jadę końmi, furmanką do Milanówka czy do Grodziska" - to i jak bym nie chciał? Chciałem. Tak samo jak żniwa - ja już mam 17 lat, przed wojskiem i jest dwóch żniwiarzy z kosami, a ja miałem trzecią i zacząłem walić, dobrze mi szło. Ale byłem szczęśliwy - robiłem to, co na miałem ochotę. Trzeba było pomóc przy ścinaniu suchych świerków - dla zdrowia, człowiek młody, to miał kondycję... Byłem bardzo szczęśliwy, ale jednocześnie jakby stłamszony - to moja psychika takie głupstwa robiła. Taki byłem zakompleksiały i to ze mnie robiło nudziarza, bo ja cały czas poważny, na dystans... Nawet Stachowi Włodkowi, zięciowi Jarosława, zazdrościłem, że on się głośno potrafił śmiać - ja nie potrafiłem się śmiać głośno.
Tak, jakbyś czuł, że jesteś na cenzurowanym?
    
Tak. Ale to było zupełnie niepotrzebne. Teraz, jak wspominam ten dom i tych ludzi - nikt [niczego] nie wymagał ode mnie. Nie potrafiłem się naturalnie zachowywać, ale to wszystko dlatego, że te kompleksy, czy może to przeżycie, może jakiś uraz został do ludzi - nie wiem, nie zbadasz tego.
A w pewnym momencie twój brat się pojawił na tym Stawisku; brat Stanisław.
    
A, tak. Nawet szybko. Stanisław już wrócił z Niemiec i sytuacja się powtarza - jak ze mną - że nie ma pracy, nie ma domu...
Brat ile był od ciebie starszy?
    
On dwudziesty dziewiąty, ja trzydziesty drugi, to jest trzy lata różnicy. Z początku gdzieś [coś] wynajmował jakiś czas, potem pracował... To musiało być przed moim wojskiem w pięćdziesiątym drugim. Poprosiłem, czy by się nie zgodzili, żeby mój brat ze mną zamieszkał; bo pan Józef Zakrzewski ożenił się, zajął pokój obok, tak, że miałem już tylko swój. Oczywiście zgodzili się, z tym że brat był na zasadzie pracownika. Musiał coś w domu zrobić, dostawał jakieś nieduże pieniądze, ale już nie był na zasadzie syna przybranego, tylko pracował. Bardzo też był szanowany i lubiany; bez Stasia ani rusz, bo taki był pracowity i zaradny. I było mi bardzo dobrze, ale krótko to trwało, ponieważ zaraz jak on się sprowadził, to po roku [poszedłem] do wojska na dwa lata. A on został. Potem pracował trochę w Warszawie, śpiewał w zespole "Warszawa", jakiś czas występował przy operze objazdowej - miał talent muzyczny i dobry głos. Ale to wszystko było połączone - że tu ma dom, na Stawisku. Chodził na prywatne ustawianie głosu na Szpitalną, [a] w tych zespołach, z operą objazdową, zwiedził kawałek świata, bo oni jeździli też za granicę. Jemu też się w pewnym sensie udało - nie musiał tułać się... Mógł sobie już potem radzić, potem mieszkanie jakieś zdobył, ożenił się, dziecko. Tak było, jak powinno być. Uczył się,  pracował, miał mieszkanie, miał rodzinę - i chwała Panie Boże Ci za to.
A ty jak długo mieszkałeś na Stawisku?
    
Do wojska.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten